Reklama

Radosław Paczuski: W sporcie nie ma miejsca na wymówki

Mistrz FEN - Radosław Paczuski /materiały prasowe

Przeszkody stojące na mojej drodze nie były trudne, bo jak człowiek chce, to szuka sposobu, by je ominąć, a jak nie chce, to szuka wymówki. W profesjonalnym sporcie nie ma na nie miejsca - przyznaje w rozmowie z Interią Radosław Paczuski, mistrz wagi średniej organizacji Fight Exclusive Night w formule K-1.

Warszawianin. Rocznik 1993. Mógł być piłkarzem, ale postawił na sporty walki. Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Najpierw z powodzeniem reprezentował Polskę w kickboxingu i muay thai, a następnie został pierwszym w historii mistrzem Fight Exclusive Night i DSF Kickboxing Challenge, dwóch największych organizacji promujących kickboxing w kraju.

Reklama

Dariusz Jaroń, Interia: Zacznijmy od sztuki wyboru. Młody chłopak, dobrze zapowiadający się piłkarz, na przekór wszystkim zamienia korki na rękawice bokserskie. Dlaczego?

Radosław Paczuski: - To była trudna decyzja, ale wiedziałem czego chcę. Byłem w stu procentach przekonany, że chcę zostać fighterem, chociaż wszystkie czynniki zewnętrzne - rodzice, znajomi, trenerzy - podpowiadały mi, żebym został przy piłce nożnej, bo idzie mi na boisku bardzo dobrze. Zaczynały się też pierwsze propozycje kontraktowe.

Miałeś umowę na stole?

- Dostałem kilka propozycji od drużyn seniorskich z drugiej i trzeciej ligi. Byłem zawodnikiem Legii Warszawa, to był top zespołów młodzieżowych w kraju. Występowałem w kadrze Mazowsza, raz nawet dostałem powołanie na zgrupowanie reprezentacji Polski. Gdybym postawił na piłkę tak sumiennie, jak postawiłem na sporty walki, może teraz grałbym w jakimś znanym klubie.

Jak długo grałeś w piłkę nożną?

- Dziewięć lat.

Kawał czasu...

- Byłem gotowy na poświęcenia. Postanowiłem, że zostanę zawodnikiem sportów walki. Wiedziałem, że to jest to, co kocham, to chcę w życiu robić. W piłce nożnej jest inaczej: jest nas jedenastu na boisku, wszyscy gramy o zwycięstwo, nawet jak ktoś jest w gorszej dyspozycji, koledzy pomogą naprawić błąd. W ringu wszystko zależy ode mnie. Sam do niego wchodzę, sam walczę. Wiadomo, że są 2-3 osoby w narożniku, podpowiadają mi, chcą mojego zwycięstwa, ale w ringu sam muszę się skonfrontować z przeciwnikiem.

Zamiłowanie do sportów walki pojawiło się nagle?

- Właściwie to zawsze się nimi interesowałem, ale nie miałem wcześniej możliwości podjęcia treningów. Wywodzę się ze skromnej rodziny, nie stać mnie było na karnet do klubu. Zacząłem trenować tylko dlatego, że dowiedziałem się o istnieniu sekcji bokserskiej w klubie parafialnym PKS Radość, założonej przez księdza Mirosława Mikulskiego. Zajęcia były za darmo. W innym wypadku nie miałbym na nie pieniędzy.

Piłka nożna nawet na poziomie drugiej ligi daje niezłą pensję i możliwość utrzymania się. Zrezygnowałeś z tych pieniędzy, a jednocześnie nie miałeś komfortowej sytuacji w domu pod względem finansowym.

- Trzeba sobie zadać pytanie: co jest w życiu najważniejsze? Pieniądze czy możliwość realizowania siebie i swojej pasji. Ja postawiłem na marzenia. Chociaż dzisiaj jestem na topie, wiem doskonale, że sporty walki nie są tak dobrze opłacanym sportem jak piłka nożna, ale absolutnie nie żałuję swojej decyzji.

Kiedy zacząłeś utrzymywać się ze sportu?

- Niedawno. Nie można żyć wyłącznie z uprawiania kickboxingu. Wielu chłopaków walczących zawodowo musi pracować. Jeden jest górnikiem, drugi kucharzem, a inny strażakiem. Ja jestem nie tylko zawodnikiem, ale też trenerem. Prowadzę z bratem w Warszawie Uniq Fight Club. To nie są żadne kokosy, poza tym część mojej pracy wykonuję misyjnie.

Co masz na myśli?

- Jeśli przychodzi do mnie jakiś młody człowiek, a tak się często zdarza, i mówi, że nie ma na składkę, to ja i tak go do siebie przyjmę i będę szkolił tak, jak każdego innego klubowicza. Daję tym chłopakom szansę, żeby rozpoczęli swoją drogę do kariery tak, jak ja zaczynałem u ks. Mikulskiego. Jak kogoś rzeczywiście nie stać, może u mnie trenować. Szczególnie dotyczy to dzieci.

Czego je uczysz? Co jest dla ciebie najważniejsze poza tą częścią sportową, techniczną?

- Duży nacisk kładziemy na wychowanie tych dzieciaków. Wszelkie zajęcia ruchowe najczęściej kojarzone są wyłącznie ze sportem, ale trzeba pamiętać właśnie o ich wychowawczej roli. U nas obowiązują te same zasady, co w klubie parafialnym ks. Mikulskiego. Nie ma przeklinania, witamy się na początku wszyscy ze sobą, poznajemy. Traktujemy się tak samo, niezależnie od tego, czy ktoś trenuje miesiąc czy pięć lat. A dzieciaki, poza techniką, uczą się ciężkiej pracy. To jest w życiu najważniejsze, bo nic nie przychodzi za darmo. Trzeba być regularnym, sumiennie trenować i sporo sobie odmówić, żeby potem coś z tego poświęcenia mieć.

Jak te poświęcenia w wieku nastoletnim wyglądały u ciebie?

- Pamiętam chociażby okres osiemnastek. Odmawiałem, a jak szedłem na imprezę, to bawiłem się trochę inaczej niż wszyscy. Sporo poświęciłem, ale czuję, że było warto. Byłem mistrzem organizacji DSF, teraz jestem mistrzem FEN-u.

Jak się wobec tego motywujesz, żeby codziennie podnosić sobie poprzeczkę?

- Wstaję rano i jadę na trening. Dla mnie to jest normalna rzecz, nie muszę się dodatkowo nakręcać. Stawiam sobie oczywiście kolejne cele, być może będą to walki z zagranicznymi zawodnikami. Jest kilka liczących się organizacji na świecie, dlaczego nie spróbować tam swoich sił? Chciałbym też spełnić się jako trener, wychować przyszłych mistrzów. Mamy w sekcji ok. 40 dzieciaków. Część trenuje dla siebie i lepszej sprawności, część ma intencje, żeby tym mistrzem zostać. Zamierzam im w tym pomóc.

Widzisz swoją przyszłość w MMA?

- Jest to jakiś pomysł. Rozpocząłem nawet treningi MMA. Nie mówię "nie", ale bardziej optuję za kolejnymi walkami w kickboxingu, w mojej ocenie są bardziej efektowne i klarowne dla odbiorców, nawet jeśli nie znają się specjalnie na sportach walki. Ja w klatce MMA? Być może w przyszłości... kto wie?

Pytam o MMA w nawiązaniu chociażby do Damiana Janikowskiego, który również wywodzi się z innej dyscypliny sportów walki, a w klatce KSW radzi sobie bardzo dobrze. Nie ukrywajmy też, że finansowo byłaby to pewnie korzystna perspektywa...

- Na pewno. Damian świetnie odnalazł się w MMA. Widać, że chłopak lubi ciężko pracować, przecież za darmo mu to nie przyszło. Poświęcił wiele sportowi i zbiera plony. Bardzo się cieszę jego sukcesem, bo to pokazuje, że można wygrywać w MMA, przechodząc z innego obszaru sportów walki.

Kończąc ten wątek - chciałbyś za kilka lat pójść jego śladem, gdyby zgłosiło się do ciebie z konkretną ofertą np. KSW?

- Jeśli dostałbym sensowną propozycję, na pewno bym ją rozważył. Myślę, że moglibyście mnie wtedy zobaczyć w roli zawodnika MMA. Byłoby to ciekawe doświadczenie, bo jeśli chodzi o moje umiejętności stójkowe, mógłbym się bez problemu zmierzyć z każdym zawodnikiem KSW. Oczywiście trzeba by było poprawić zapasy i parter, ale jeśli chodzi o umiejętności w mojej płaszczyźnie, nie boję się nikogo. Mierzyłem się z najlepszymi zawodnikami kickboxingu na świecie.

Wspomniałeś o bezalkoholowych osiemnastkach. Unikanie imprez, żeby nie tracić czasu na regenerację organizmu, to wciąż dla ciebie wyrzeczenie czy już styl życia?

- To moja codzienność. Trzeba sobie odpowiednio ustawić priorytety. Dla mnie było to zostanie mistrzem, wygrywanie ze wszystkimi przeciwnikami. A wyrzeczenia czy przeszkody stojące na mojej drodze nie były trudne, bo jak człowiek chce - to szuka sposobu, by je ominąć, a jak nie chce - szuka wymówki. Trenowałem kiedyś w sali, w której było 15 stopni poniżej zera. Postawiłem z boku wodę, zacząłem się rozgrzewać, a po kwadransie w butelce był sopel lodu. Trener mówił nieraz, żebyśmy szli do domu, bo za zimno jest. Zostawaliśmy. Droga na szczyt jest zawsze usłana przeszkodami, ale jak ktoś ma cel, wie jak je pokonać.

Im ta droga trudniejsza, tym na mecie milej...

- Tak, człowiek docenia sukces, jest z siebie bardziej dumny. To bardzo ważne.

Jesteś z siebie dumny?

- Na pewno jestem zadowolony ze swojej drogi. Startowałem od zera w wieku 15 lat. Wiele osób mówiło mi, że nic nie osiągnę w sportach walki, żebym nie rezygnował z piłki, bo to jest dla mnie szansa. Mało tego, w czwartej walce zostałem ciężko znokautowany. Trafiłem do szpitala, a lekarze zabronili mi trenować przez pół roku. Z wielu stron usłyszałem wtedy, żebym zostawił kickboxing, bo właśnie dostałem sygnał, że to nie jest sport dla mnie.

I co zrobiłeś?

- Dwa dni później poszedłem na trening. Trochę mi się w głowie kręciło. To nie było najmądrzejsze, natomiast tyle miałem w sobie ambicji, że już chciałem szykować się na rewanż.

Rozmawiał: Dariusz Jaroń

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje