Reklama

Polak na Marsie? On wierzy, że tam dotrze

Wyprawa człowieka na Marsa - choć na tę chwilę pozostaje tylko w sferze marzeń - od lat budzi duże emocje. Nie mniejsze podniecenie, ale i kontrowersje towarzyszą projektowi prywatnej, holenderskiej firmy, która za cel postawiła sobie kolonizację Czerwonej Planety. Jedną z osób, która za kilka lat może postawić stopę na Marsie, jest Polak, Maciej Józefowicz.

Maciej Józefowicz to jeden z setki kandydatów z całego świata mających szansę  polecieć na Marsa w ramach misji Mars One. Zawodowo zajmuje się marketingiem w firmie IT, ale prywatnie jest wielkim pasjonatem kosmosu.

Reklama

Ostatnio dużo się dzieje wokół ciebie. Na Facebooku napisałeś, że co chwila wpadają do ciebie ekipy telewizyjne z prośbą o wywiad. Jak odnajdujesz w tej nowej sytuacji?

Maciej Józefowicz: - Chyba każdy z nas ma w sobie jakieś dążenie do sławy, więc chcę  wykorzystać tę chwilę najlepiej jak tylko się da. Z drugiej strony to bywa czasami trochę denerwujące, bo dziennikarze z telewizji, radia czy Internetu zadają te same pytania.

- W ogóle to mam takie wrażenie, że osobą, która najmniej się tym wszystkim przejmuje, jestem ja. Widzę w oczach dziennikarzy błysk przerażenia, kiedy opowiadam im o planach podboju Marsa i o bilecie w jedną stronę i to mnie, muszę przyznać, trochę bawi. Trzeba jednak pamiętać o tym, że żyję tu i teraz, na razie niczego nie zamierzam zmieniać, bo tutaj mam swój własny kawałek podłogi.

Często słyszysz pytanie: Ty tak na poważanie z tym Marsem?

- Dosyć często.

Zatem na poważnie?

- Jestem dopiero na początku tej przygody, ale chcę zobaczyć, co jest na jej końcu. Do tematu podchodzę serio, bo to moja wielka pasja.

Dlaczego zaangażowałeś się w projekt lotu na Marsa? Źle ci na Ziemi?

- Od zawsze interesowałem się kosmicznymi tematami - astronomią, fantastyką, kolonizacją innych planet. Pewnego dnia znalazłem informację o projekcie podboju Marsa, który organizuje prywatna firma. Pomyślałem sobie, że wyślę zgłoszenie, bo przecież nic nie tracę. Wyszedłem z założenia, że jeśli się nie uda, to życie mi się nie zawali, a znając siebie - gdybym nie wysłał zgłoszenia, a lot na Marsa faktycznie by się odbył, to do końca swoich dni plułbym sobie w brodę.

Długo zastanawiałeś się nad wysłaniem zgłoszenia?

- Projekt został ogłoszony w 2011 roku, a cała procedura kwalifikacyjna ruszyła dwa lata później, więc miałem sporo czasu na zastanawianie się. Jednak, gdy już kwalifikacje ruszyły, to wiedziałem,  że to zrobię.

Jak wyglądała procedura kwalifikacyjna?

- Musiałem nagrać wideo, na którym przedstawiałem argumenty, dlaczego to ja jestem odpowiednim kandydatem do lotu na Marsa. Wypełnienie kwestionariusza, odpowiedzenie na przeróżne pytania: jak znoszę rozłąkę z najbliższymi, jak radzę sobie ze stresem, czy jestem świadomy, że to prawdopodobnie bilet w jedną stroną itp.  Zgłosiło się 200 tysięcy ludzi, spośród których wyłoniono 1000 kandydatów zakwalifikowanych do kolejnego etapu.

W jaki sposób dowiedziałeś się, że jesteś w gronie 1000 osób, które mają szansę polecieć na Marsa?

- Cała korespondencja i wymiana informacji  z organizatorami Mars One odbywa się przez e-mail.

Co działo się później?

- Poproszono mnie o przedstawienie zaświadczenie lekarskiego, mówiącego o tym, że jestem ogólnie zdrowy i nie mam uzależnień.

Poszedłeś do lekarza i powiedziałeś: Panie doktorze poproszę zaświadczenie, bo lecę na Marsa?

- Tak. Trochę się zdziwił, ale podpisał. To były standardowe badania, jak te przy medycynie pracy.

Na czym polegał kolejny etap rekrutacji?

- Po dostarczeniu zaświadczenia lekarskiego przez kilka miesięcy czekałem na uruchomienie kolejnego etapu, jakim była rozmowa przez Internet z doktorem Norbertem Kraftem, który odpowiada za szkolenie astronautów. To człowiek, który wcześniej pracował dla NASA i Japońskiej Agencji Kosmicznej. Pytania podzielone były na te bardziej prywatne: jak czuję się z myślą o podboju Marsa, co mogę od siebie wnieść, oraz typowo techniczne: szczegóły wyprawy, warunki panujące na Marsie - taka twarda, techniczna wiedza z liczbami i faktami.

Przeszedłeś przez drugi etap i znalazłeś się w gronie 100 osób, które mają szansę polecieć na Marsa. Czy wiesz już, jakie kolejne zadania postawią przed wami organizatorzy Mars One?

- Za kilka miesięcy odbędą się jeszcze dwa etapy, które skończą się wyborem 24 finalistów. Te osoby już docelowo będą się przygotowywać do misji na Marsa. Organizatorzy wyprawy chcą przede wszystkim sprawdzić, jak będziemy zachowywać się w grupie osób, z którymi prawdopodobnie spędzimy resztę swojego życia.

Podobno organizatorzy wyprawy na Marsa chcą zebrać pieniądze dzięki reality show, w którym mielibyście wystąpić...

- Docelowo cała misja ma się stać takim reality show. Nie chodzi jednak o podglądanie nas przez 24 godziny, lecz o stworzenie filmu dokumentalnego o pierwszej w historii wyprawie na Marsa. Natomiast co do obecnych etapów, to mówi się, że być może któraś z telewizji nabędzie prawa do ich pokazywania właśnie w formie reality show. Na razie jednak nic nie jest postanowione.

Żeby wysłać was na Marsa potrzeba sześciu miliardów dolarów. Na razie zebrano około 700 tysięcy. W internecie nie brakuje negatywnych komentarzy, że to nie ma prawa się udać, bo po pierwsze organizatorzy nigdy nie zbiorą takich pieniędzy, a po drugie Mars One to tylko stowarzyszenie prowadzone przez holenderskiego przedsiębiorcę - bez doświadczenia, bez odpowiedniej grupy specjalistów, bez poparcia rządu.

- Zdaję sobie sprawę z tych wszystkich wyzwań finansowych, czasowych i technicznych, które ten projekt czekają, ale ja nie twierdzę, że to jedyny i najlepszy sposób dostania się na Marsa. Nie mam pojęcia, czy to się uda. Natomiast myślę sobie, że kilkadziesiąt lat temu dla niektórych tak samo nierealnym było polecieć na Księżyc. Jeśli nawet nie uda się stanąć na Marsie, to mimo wszystko zrobimy jakiś krok ku temu, by za x lat ktoś tam poleciał. Jeśli ja dołożę do tego swoją maleńką cegiełkę, to tym bardziej będę szczęśliwy.

Jeśli mimo wszystko uda się i na Marsa polecisz, to co będziesz tam robił?

- W czteroosobowej grupie każdy otrzyma jedną lub więcej specjalności. Dwie osoby mają przejść przeszkolenie medyczne, by czuwać nad zdrowiem i życiem pozostałych uczestników wyprawy. Dwóch  ludzi odpowiadać będzie za konserwację i naprawy systemów mechanicznych. Część poświęci się badaniom - chodzi o geologię Marsa oraz o poszukiwanie śladów marsjańskiego życia.

Jak mają wyglądać pierwsze chwile po wylądowaniu?

- Po przybyciu na miejsce przez 48 godzin będziemy odpoczywać w lądowniku, żeby przyzwyczaić się do przejścia ze stanu nieważkości w stan grawitacji marsjańskiej, która jest mniejsza niż ta na Ziemi, ale jednak jest. Następnie łazikiem zostaniemy przetransportowani do naszej bazy, która będzie już rozstawiona na tyle, by nas przyjąć. My tę bazę będziemy ciągle udoskonalać i przygotowywać do przyjęcia kolejnej załogi, która dołączy do nas dwa lata później.

Myślisz o jakimś symbolicznym geście tuż po wylądowaniu na Marsie?

- Na pewno znajdzie się czas i miejsce na wbicie flagi. Wezmę jakieś gadżety związane z Warszawą i moim rodzinnym miastem Krosnem.

Jak twoi znajomi i rodzina zareagowali, kiedy powiedziałeś im, że masz zamiar polecieć na Marsa i już nigdy nie wrócić na Ziemię?

- Reakcje były skrajne, ale generalnie pozytywne. Jedni trzymają kciuki, żeby misja nie wypaliła i żebym został wśród nich, drudzy mocno mi kibicują, bo widzą, że to moja pasja.

Jerzy Rafalski astronom z toruńskiego Planetarium twierdzi, że ten projekt jest nie tylko szalony, ale i niemoralny. Masz wrażenie, że uczestniczysz w czymś szalonym?

- Nazwałbym to twórczym szaleństwem, które popycha ludzkość do zrobienia czegoś niesamowitego, rewolucyjnego, historycznego. Moim zdaniem warto od czasu do czasu obrać taką szaloną drogę, by zobaczyć, co nas czeka na samym końcu. Można się na niej zgubić, ale można też coś bardzo fajnego znaleźć.

Dr Joseph Roche - fizyk, który pracował dla NASA z ciekawości zgłosił się do Mars One i stwierdził, że cały ten projekt to tylko finansowe oszustwo. Podobno wyłoniona przez organizatorów setka osób, w której m.in. jesteś ty, miała otrzymywać dodatkowe punkty za kupowanie oficjalnych gadżetów Mars One lub przekazywanie dotacji na fundusz projektu. Możesz to potwierdzić? Nie obawiasz się, że ci ludzie faktycznie są nieuczciwi i żerują na ludzkiej naiwności i waszych marzeniach?

- Punkty, które można otrzymać za finansowe wsparcie lub zakup gadżetów Mars One, nie mają przełożenia na klasyfikację kandydatów. Ich celem jest zintegrowanie społeczności wspierającej projekt, tak jak w grach online czy aplikacjach sportowych. Wśród obecnej setki są i ludzie z dużą liczbą punktów, jak też tacy, którzy nie kupili żadnego gadżetu - jak ja.

Organizatorzy Mars One mają już plan zagospodarowania Czerwonej Planety na kilka lat od momentu wylądowania. Tymczasem amerykańscy specjaliści twierdzą, że człowiek na Marsie umrze po 68 dniach. Takie dwie skrajne opinie pokazują, że mówiąc delikatnie - ktoś jest oderwany od rzeczywistości. A przecież chodzi o ludzkie życie...

- Raport specjalistów z MIT nie był wymierzony przeciwko misji, wskazywał tylko na pewne kwestie techniczne, które należy rozwiązać przy jej planowaniu. Główne zastrzeżenie amerykańskich specjalistów dotyczy tego, że rośliny uprawiane wewnątrz bazy, będą produkować zbyć dużo tlenu, co w konsekwencji doprowadzi do tego, że atmosfera stanie się zbyt łatwopalna lub - jeśli będziemy chcieli usunąć tlen na zewnątrz - nie będziemy w stanie jej skutecznie uszczelniać. Zatem albo spłoniemy albo udusimy się.

- Z drugiej strony, mamy doświadczenie z zamkniętymi ekosystemami, jak Biosfera 2, w której ludzie potrafili żyć przez dwa lata i mieli problem nie ze wzrostem, ale właśnie ze spadkiem stężenia tlenu w atmosferze. To doświadczenie może stać się podstawą do dalszych badań przy rozwiązaniu tego problemu. Miejmy nadzieję, że przez te jedenaście lat, jakie w obecnym harmonogramie zostało do startu, technologia na tyle się rozwinie, że na część z tych pytań otrzymamy pewne i konkretne odpowiedzi. To zbyt odległa perspektywa czasowa, żebym dziś musiał się tym martwić.

Dziś może nie musisz, ale jeśli trafisz do finału i to ty będziesz miał polecieć na Marsa, to chyba pojawią pewne wątpliwości. Być może do tego czasu założysz rodzinę. Będziesz umiał powiedzieć żonie i dzieciom, że tata wychodzi z domu i już nigdy nie wróci?

- Nie chcę zamartwiać się hipotetycznymi sytuacjami dopóki one nie nastąpią. Ja wcale nie wykluczam, że odwidzi mi się w temacie Marsa. A może będzie tak, że odwidzi mi się w temacie rodziny. Nie wiem tego. Jak przyjdzie czas decyzji, to będę decydował. Teraz mam swoje życie, którego nie zamierzam zmieniać. Wyprawa na Marsa nie definiuje mojego życia. Traktuję to w kategorii przygody. Nie dajmy się zwariować.

A gdybyś się dziś dowiedział, że jutro wsiadasz do kapsuły i lecisz na Marsa, to co byś zrobił?

- Poleciałbym...

Dziś ktoś lub coś jest w stanie zatrzymać cię na Ziemi?

- George R.R. Martin, jeśli dokończy "Pieśń Lodu i Ognia".

Rozmawiał: Łukasz Piątek

 

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje