Reklama

Polak, który przeżył dwanaście kar śmierci...

Michał Pauli za przemyt ecstasy trafił do Bang Kwang - jednego z najcięższych więzień na świecie. Do szmuglowania narkotyków namówiła go przyjaciółka, która później okazała się tajną agentką policji. Tajski sąd skazał Polaka na dwunastokrotną karę śmierci. W więzieniu spędził sześć lat, by pewnego dnia usłyszeć od strażnika, że wychodzi na wolność. Ułaskawił go król.

Pana historią zainteresowały się największe media w Polsce. Nie ma pan dosyć wracania pamięcią do tego koszmaru?

Michał Pauli: - Bywają chwile, kiedy zastanawiam się,  po co znowu o tym opowiadać.  Dochodzę jednak do wniosku, widząc obecną sytuację, że moja historia jest nie tylko przestrogą dla młodych ludzi, którzy mogliby w równie głupi sposób dostać się do tego "piekła na Ziemi", ale też pozwala się zastanowić nad bezwzględnością systemu, który w imię wyższego celu, jakim jest "wojna narkotykowa", dopuszcza się okrucieństwa.

Reklama

Swoją historię spisał pan w książce pt. "12 x śmierć", która na polskim rynku stała się bestsellerem.

- Jest to zapis, z którego każdy może skorzystać. Jedni dowiedzą się czegoś o samej Tajlandii, innym zaś po przeczytaniu książki zapali się lampka kontrolna i dzięki temu uświadomią sobie, że to, co przeżyłem, tak naprawdę może spotkać również ich. Taka wymarzona wycieczka do Tajlandii może zakończyć się życiową tragedią.

- Warto pamiętać, że ten  najczęściej wybierany przez turystów kraj ma swoje ciemne strony. Moja przyjaciółka, która niedawno stamtąd wróciła, powiedziała mi: " Michał, ja cię teraz rozumiem". Niesamowite poczucie wolności, wywołane atmosferą i ludźmi, sprzyja tam całej masie oszustów, których nie brakuje na każdym kroku. Sam przez wiele lat poznawałem ten świat z perspektywy innej niż turystyczna. Jest to więc książka o Tajlandii, jakiej nikt nie chciałby poznać osobiście. Dlatego warto o niej przeczytać.

Trafił pan do jednego z najcięższych więzień na świecie - Bang Kwang. Można zwariować w takim miejscu?

- Szybciej niż może się to komukolwiek wydawać. Człowiek siedzi w ciasnym pomieszczeniu z kajdanami na nogach, jest tak tłoczno, że ciężko znaleźć miejsce by usiąść.  Ludzie chodzą po sobie. Umierają, narkotyzują się. Drżałem na samą myśl, że przyjdzie mi spędzić w więzieniu resztę życia, ale mimo wszystko starałem się jej do siebie nie dopuszczać. Były momenty, kiedy czułem się totalnie zniszczony psychicznie. To nie była depresja, ale coś sto razy gorszego.

- Człowiek nie ma żadnego odnośnika, bo przecież inaczej funkcjonuje się ze świadomością, że za pięć czy dziesięć lat wyjdzie się wreszcie na wolność. Ja miałem przed sobą tylko jedną, wielką nieskończoność... I ta pieprzona nieskończoność mnie wyniszczała. Wiedziałem, że jeśli nie będę wierzył w to, że kiedyś opuszczę ciasną klatkę, to długo tam nie przetrwam.

- Miewałem przeróżne myśli, które utrzymywały mnie tak naprawdę przy życiu. Czasami wierzyłem, że pomoże mi rodzina - chociaż ta nie mogła przecież nic zrobić, a innym razem snułem plany o mojej ucieczce helikopterem. Dziś wydaje się to głupie i infantylne, ale wówczas był to jedyny sposób, by nie zwariować i nie poddać się. Bardzo często pisałem listy, by po prostu czymś się zająć i choć na chwilę odciąć się od tego wszystkiego, co tam się działo. Doskonale wiedziałem, że tych listów nigdy nikt nie przeczyta, ale mimo wszystko było to jakąś odskocznią.

Więzienie bardzo zmienia człowieka?

- W sensie fizycznym zmiany zachodzą bardzo szybko. Ciągłe pocenie się w tych warunkach zmienia strukturę  skóry. Głód przyczynia się do utraty wagi.  Zaspawane na nogach kajdany powodują rany, a następnie gangrenę. To jednak jest szczegół w porównaniu ze zmianami w psychice.

- Widywałem trupy, które leżały obok mnie nawet po kilka dni. W tych temperaturach ciało szybko się rozkłada.  Widywałem ludzi zakatowanych na śmierć przez strażników. Ból i cierpienie przechodzą do porządku dziennego i są na stałe wpisane w życie za kratami. Człowiek uodpornia się na widok cierpienia innych. Następuje totalne zezwięrzęcenie.

W książce opisuje pan warunki panujące w więzieniu. Przyznam, że mnie ten fragment "wbił w fotel". Co dla pana było tam najgorsze?

- Nie da się w jednym zdaniu opisać, co było najgorsze. Na pewno największy szok przeżywa się na samym początku, bo człowiek trafia do małej klatki, później do sądu, gdzie kradną mu nawet buty, a następnie jak worek śmieci ląduje u faceta, który zakłada mu na nogi kajdany. To jest jak zderzenie ze ścianą. Wówczas jeszcze nie dociera do człowieka, co tak naprawdę się stało. Dopiero po pewnym czasie można się przyzwyczaić do myśli, że jest się na samym dnie prawdziwego piekła i musi zdarzyć się cud, by kiedykolwiek się stamtąd wydostać.

- Ogromny brud, smród, pełzające i wchodzące dosłownie wszędzie robactwo, które w pewnym momencie nawet zalęgło się pod moją skórą... Nigdy nie zapomnę widoku rozkładających się na przepoconych kocach ludzkich ciał i tego ohydnego zapachu. Cały czas paliło się ostre światło, które wielu doprowadzało do szału. Krwawe pojedynki gangów, wszechobecna przemoc i poniżanie. Dla mnie bardzo trudnym momentem była także podróż do sądu, gdzie przez kraty więźniarki mogłem oglądać świat. Miałem świadomość, że to, co widzę, być może widzę po raz ostatni.

Co należy robić i czego nie powinno się robić, by móc przetrwać w takim miejscu?

- Ja przez bardzo długi okres nie chciałem uczyć się tajskiego, a to przede wszystkim w tym języku można było porozumieć się ze strażnikami i innymi więźniami. Wychodziłem z założenia, że lepiej będzie, jeśli nie dowiem się, co oni mówią, bo w przeciwnym razie będę zbyt przerażony tym, co usłyszę. Teraz wiem, że popełniłem błąd, bo mając w więzieniu pieniądze, można załatwić i kupić różne rzeczy, ale do tego niezbędny jest język tajski.

- Pomimo wszystkich przeciwności nie można tracić nadziei. Często powtarzam, że trafiłem do więzienia m.in. dlatego, że jestem artystą. To właśnie moja artystyczna naiwność w pewnym momencie mnie zgubiła, bo zaufałem osobie, przez którą trafiłem za kratki. Ale również ta sama naiwność sprawiła, że nie straciłem wiary w siebie i w odzyskanie wolności. Marzenia przenosiły mnie ponad mury więzienia.

- Moja rodzina wydała mnóstwo pieniędzy na tajskiego adwokata, który specjalnie przedłużał sprawę w sądzie, żeby wyciągnąć więcej pieniędzy. Teraz wiem, że było to niepotrzebne. Mogłem się przyznać przed sądem dużo wcześniej.

Dlaczego wyrok w pana sprawie brzmiał "12 razy śmierć" ?

- Za wszelką cenę chciano zrobić ze mnie tzw. grubą rybę, bo tabletki ecstasy wysyłałem Tajce o imieniu Pim, która koniec końców okazała się tajną agentką policji. Skoro wydano kilka tysięcy dolarów na całą akcję, to należało podbić statystykę i wlepić mi surową karę. W aktach napisano, że wysłałem paczkę i odebrałem ją w Tajlandii, co jest nieprawdą, bo była to przecież prowokacja policyjna. Oni o wszystkim doskonale wiedzieli, wszystko zaplanowali, mieli gotowy scenariusz.

- Dla sądu byłem strasznym przestępcą, zagrażającym tajskiemu społeczeństwu. Wysłałem dwanaście kopert z ecstasy i za każdą z nich dostałem karę śmierci. Sąd uznał te dwanaście wysłanych listów za dwanaście bezprawnych wkroczeń na teren Tajlandii i tyle samo prób handlu narkotykami. Stąd taki wyrok. Później zamieniono go na dożywocie.

Co grozi w Polsce za takie przestępstwo?

- W Polsce kary są niewspółmiernie niższe. Sam prawdopodobnie dostałbym wyrok kilku lat więzienia, jako osoba nigdy nie karana.  Nie oznacza to jednak, że nasze prawo jest dużo lepsze, co widać w statystykach, które pokazują, jak wielu młodych ludzi znajduje się w polskich więzieniach właśnie z powodu narkotyków.

Po sześciu latach spędzonych w więzieniu został pan ułaskawiony. Zastanawiał się pan, co by było, gdyby do ułaskawienia nie doszło?

- Prawdopodobnie dziś już bym nie żył. Pod koniec mojej odsiadki miałem duże problemy ze zdrowiem. Przez pół roku funkcjonowałem ze stwierdzonym zapaleniem woreczka żółciowego. Nie mogłem jeść i miałem cholestazę, która objawia się m.in. niesamowitym swędzeniem całego ciała. Zrobiłem się cały żółty. W stanie krytycznym przewieziono mnie do szpitala, gdzie zostałem zoperowany. Byłem bliski śmierci, bo kiedy trafiłem na stół operacyjny, ważyłem 55 kg, a normalna moja waga wynosi 80 kg.

Ma pan kontakt z osobami poznanymi w tajskim więzieniu?

- Jest kilku chłopaków, którym udało się opuścić to piekło - Kanadyjczyk, Holender i Nepalczyk. Kontaktujemy się głównie za pomocą Facebooka, ale raczej na zasadzie napisania od czasu do czasu: "Cześć, co słychać". Natomiast z tymi, którzy nadal siedzą, kontakt jest praktycznie niemożliwy.

- Jak tak patrzę na syntezę tego naszego więziennego życia, to mam przed oczyma obraz zawziętej rywalizacji o cokolwiek do jedzenia czy miejsce do spania. Z drugiej strony, nawet w takich warunkach, a może szczególnie w tak nieludzkiej sytuacji nawiązują się  niesamowite przyjaźnie. Ciągle mam w pamięci ludzi, których uważam za przyjaciół. Liczę, że uda im się stamtąd wydostać i kiedyś ich zobaczę.

Czy kiedykolwiek usłyszał pan od swoich bliskich, że po wyjściu z więzienia jest pan zupełnie innym człowiekiem?

- To jest ciekawe pytanie, bo rodzina i przyjaciele twierdzą, że niespecjalnie się zmieniłem. Natomiast ja uważam, że pod wieloma względami bardzo. Stałem się nieufny i zdecydowanie mniej wrażliwy. Patrzę na świat przez inny pryzmat. Można powiedzieć, że straciłem nadzieję na jego naprawę.  Miewam też sporo paranoi, bo bardzo często śni mi się więzienie i po przebudzeniu przez dłuższą chwilę nie wiem, gdzie jestem.

- Wydanie mojej książki może nie pomogło mi jakoś znacząco w sensie terapeutycznym, ale jednak podziałało na moją duszę kojąco. Tak czy inaczej - ten lęk tajskiego więzienia cały czas we mnie drzemie i to chyba już się nigdy nie zmieni.

W listownych prośbach do króla Tajlandii wstawili się za panem: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski i Lech Kaczyński. Spotkał się pan z którymś z nich?

- Do wszystkich napisałem listy z podziękowaniami. Natomiast przy okazji kręcenia jednego z programów telewizyjnych spotkałem się z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim. Porozmawialiśmy chwilę. Pan prezydent nie robił mi wyrzutów w stylu "co ci strzeliło do głowy?!", ale pytał, jak sobie teraz radzę, jak się odnajduję w nowej rzeczywistości, jakie mam plany. To było bardzo pozytywne spotkanie.

Wstawiennictwo polskich prezydentów było przełomowe dla pana sprawy?

- Bez wątpienia tak. Napisałem ten "King’s Pardon", ale trzeba pamiętać, że oprócz mnie zrobiło to także kilkadziesiąt tysięcy innych więźniów z całej Tajlandii. Mówi się, że wszystkie te dokumenty leżą w różnych instytucjach i są zjadane przez karaluchy. Ja miałem to szczęście, że do mojego "King’s Pardonu" dołączone były listy z podpisami naszych prezydentów. Jakiś urzędnik to zauważył i dzięki temu dokumenty trafiły do króla Tajlandii.

- Istotna była także pomoc ambasady i samego ambasadora Polski. Miałem ogromne szczęście. Chcę jednak podkreślić, że to jeszcze nie dawało mi gwarancji ułaskawienia, bo król rocznie wypuszcza na wolność jedną, góra dwie osoby. A bywa również tak, że przez kilka lat nikt nie otrzymuje ułaskawienia. Do ostatniego dnia mojego pobytu w Bang Kwang nie byłem pewien czy się uda.

Pamięta pan swój pierwszy dzień na wolności?

- Wolny poczułem się samolocie, kiedy opuszczaliśmy terytorium Tajlandii. Wiedziałem, że nic mi już nie grozi, że tam nie wrócę. Wylądowałem w Wiedniu i chciałem zadzwonić do rodziny. Na lotnisku zacząłem rozglądać się za sklepem, w którym mógłbym kupić kartę do budki telefonicznej. Wszyscy patrzyli na mnie jak na idiotę. Okazało się, że tam takich kart już się nie produkuje i do automatu należało włożyć zwykłą kartę bankową. Cóż... Trochę się pozmieniało na tym świecie...

- Tego samego dnia przyleciałem do Polski i pamiętam, że było cholernie zimno, bo był to początek grudnia, a ja przez kilka lat funkcjonowałem w tropikach, siedząc w dusznej i nagrzanej od słońca celi.

- Dla mnie niesamowitą rzeczą było to, że mogłem sobie obrać kierunek, w którym chciałem iść. Nikt mi nie rozkazywał, nie zmuszał mnie, nie krzyczał, nie poganiał. Nie byłem ograniczony czasem i przestrzenią. To było cudowne uczucie.

Spotkał się pan z opiniami typu: "Facet popełnił przestępstwo, a teraz zgrywa bohatera, lansuje się i w dodatku zarabia na tym pieniądze"?

- Wydając moją książkę, liczyłem się z tym, jaka może być reakcja części naszego społeczeństwa.  Nigdy jednak nie spotkałem się, by ktoś "prosto w twarz", na którymś z moich spotkań autorskich, wystosował jakąś konstruktywną krytykę. Wiem natomiast, że jest cała masa negatywnych opinii, które krążą w internecie, i są one wypisywane przez ludzi incognito.

- Łatwiej jest kogoś skrytykować niż zrozumieć. W naszym społeczeństwie panuje przeświadczenie, że jeśli "pojedziemy" po kimś, to od razu lepiej się poczujemy. Ludzie potrzebują medialnych kozłów ofiarnych, w stronę których można rzucić trochę gówna. Ja dla nich jestem doskonałym przykładem, bo przecież Michał Pauli to diler, który teraz ośmiela się opowiadać swoją historię.

- Tylko ja wiem, co przeżyłem i przez co przeszedłem, więc naprawdę nikt i nic nie jest w stanie popsuć mi humoru i życia jakimś komentarzem. Po to napisałem tę książę, by ludzie zrozumieli, ile złego niesie wojna narkotykowa i czym ona naprawdę jest.

- Przemyciłem ecstasy i wiem, że to nie jest powód do dumy. Mam też nastoletnią córkę, którą sam wychowuję i wcale bym się nie ucieszył, gdyby zaczęła brać narkotyki.  Ale też nie demonizuję tego tematu, opowiadając jej o szkodliwości wszystkich używek. Sam jestem pewien, że gdyby wówczas Pim poprosiła mnie o heroinę, to na pewno bym odmówił.

- Kiedyś powiedziałem, że nie czuję się gorzej niż przeciętny przemytnik alkoholu. Oczywiście, od razu odezwało się grono ludzi, którzy poczuli potrzebę umoralnienia mnie. Niestety, jest w tym wszystkim bardzo dużo hipokryzji. W Polsce tysiące ludzi rocznie umiera od legalnej wódki, która przyczynia się do coraz większej patologii, a według badań jest dużo bardziej szkodliwa od tego, za co zostałem skazany na dwanaście kar śmierci.

Wróci pan kiedyś do Tajlandii?

- Chciałbym tam wrócić, ale nie wiem, czy będzie mi to dane. Prawdopodobnie nie dostanę wizy, bo książka została przetłumaczona na język angielski i ambasadzie nie spodoba się, że źle wyrażam się o tajskim sądownictwie i policji. Jeśli nawet udałoby mi się tam dotrzeć, to obawiam się, że ktoś bardzo szybko podłożyłby mi świnię. Nie chcę prowokować losu.

- Azja cały czas mnie fascynuje, więc ciągnie mnie do niej. Marzę o podróżach do Birmy i Kambodży.

Czy to prawda, że ta sprawa cały czas się za panem ciągnie?

- Niestety, tak. Po powrocie do Polski od razu trafiłem na przesłuchanie, bo okazało się, że istnieje tutaj podwójna karalność spraw narkotykowych. W tej chwili moja sprawa została zawieszona, bo prokurator stwierdził, że musi ściągnąć z Tajlandii więcej dowodów. W każdej chwili mogą ją odwiesić, ale może się również zdarzyć, że nigdy tego nie zrobią. Cały czas żyję w nieświadomości, co się ze mną stanie.

Może pan ponownie trafić za kratki...

- Obawiam się tego. Istnieje taka możliwość, że zostałbym zamknięty na kilka lat.

Jest pan przygotowany na taki wariant?

- Nikt nie jest w stanie przygotować się na więzienie. Nie mam zamiaru udawać twardziela tylko dlatego, że już raz przeżyłem prawdziwe piekło. Naprawdę nie jestem ciekawy, czym różni się polskie więzienie od tego tajskiego. Wolałbym nie mieć możliwości sprawdzenia tego na własnej skórze. Mam swoje życie, które powoli wychodzi na prostą. Mam córkę, dla której chcę żyć. Na wolności...

Jak obecnie wygląda pana życie?

- Moją pasją jest malarstwo i na nim się koncentruję. Jestem zapraszany na różne wystawy i spotkania. Obecnie moje prace można oglądać w warszawskiej Galerii Bezdomni, w Oranżerii przy Muzeum Pałacu w Wilanowie. Czasami uda mi się sprzedać jakiś obraz, ale nie są to wielkie kwoty, więc tych pieniędzy cały czas brakuje. Książka "12 x śmierć" sprzedała się bardzo dobrze, ale w Polsce ciężko jest się utrzymać z pisania.

Obecnie pracuję nad swoją drugą książką pod roboczym tytułem "13-te". Ta trzynastka jest bardzo symboliczna, bo po "12 x śmierć" nadszedł czas na trzynaste dla mnie życie. Książka zostanie wydana w tym roku i będzie miała trzynaście rozdziałów. Jest opisem mojego życia po wyjściu z więzienia, ale także powrotem do przeszłości, czyli m.in. do czasu, kiedy poznałem Pim. Ponadto śledzę i opisuję w niej losy moich kolegów, którym udało się wydostać z Bang Kwang. Od ponad roku prowadzone są też prace przygotowawcze do ekranizacji mojej książki.

- Nie wiem, jak dalej będzie wyglądało moje życie. W obecnych czasach nie mam szans na stałą pracę.  Znów zastanawiam się, czy wyjechać z Polski, by móc normalnie żyć. Jeśli nie uda mi się zrealizować moich planów, to zawsze zostaje zmywanie garów w Anglii.

Wysłuchał: Łukasz Piątek

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje