Reklama

Ostatni atak lodowych wojowników: wyprawa na K2 i ratunek na Nanga Parbat

Za tym beznamiętnym komunikatem kryje się wielka gorączka, która ogarnęła wszystkich: rodziny himalaistów, działaczy PZA w Polsce, ekipę w bazie pod K2 i polskie media.

Reklama

Ale największa odpowiedzialność spada na Krzysztofa Wielickiego. Bo to była jego decyzja, że do akcji ruszą jedni z najważniejszych ludzi na wyprawie. I gdyby coś więcej wydarzyło się pod Nanga Parbat, to losy wyprawy na K2 byłyby przesądzone.

Tylko sto dziewięćdziesiąt kilometrów dzieli Nangę od K2. Może ze trzy godziny lotu. Tylko pięćdziesięciu tysięcy dolarów potrzeba, by zorganizować transport wojskowym helikopterem. Ze Skardu pod K2, znów do Skardu, w końcu pod Nangę Parbat.

Internauci nie czekają, dwie wielkie zbiórki pieniędzy w serwisach crowdfundingowych w kilka godzin napełniają sakiewkę Pakistanu dwukrotnie większą kwotą. A ja siedzę przed telewizorem z otwartym laptopem, na zakładkach mam i portale internetowe, i Facebooka, i pakistańskie profile agencji, i profil partnera Elisabeth. Odświeżam, odświeżam, odświeżam strony. Za każdym razem nowa wiadomość, za każdym razem gorsze wieści.

Elisabeth schodzi, jest odmrożona, Tomek został w namiocie na 7200 metrach. Ma ślepotę śnieżną, obrzęk mózgu i jest poważnie odmrożony. Nie może się samodzielnie poruszać. (...)

Dwudziesty siódmy stycznia, godzina 8.58, w Pakistanie dochodzi 13.00. Lecą! Dwa helikoptery poderwane. Bezcenne godziny mijają, czas dłuży się w nieskończoność. Pół godziny później, po międzylądowaniu w Payu, siadają w bazie pod K2. Szybkie pakowanie sprzętu i ratowników. (...)

Wspinają się lodowym kuluarem na ścianie Kinshofera, w którym dwa lata temu odpadł Adam Bielecki, zaliczając siedemdziesiąt metrów lotu. Kontuzja ręki wykluczyła go wówczas z dalszego wspinania, zakończył wyprawę. A w nocy strach ma większe oczy. Jeszcze większe.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje