Reklama

​Olaf Deriglasoff: Jesteśmy skolonizowani i sami na to pozwoliliśmy

"Spotykam czasami kolegów, którzy nie zdążyli wyhamować i dalej jadą bez trzymanki" /Lukasz Piecyk/REPORTER /East News

Reklama

Jak dużo jest wątków autobiograficznych na "Magia y tresura"?

Ta płyta to właściwie w 100 procentach autobiografia. To są różne fragmenty mojego życia, rzeczywiste postaci i wydarzenia. Łączę je w tekstach w prawdziwe, choć nieco fantastyczne opowieści.

Reklama

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że "czujesz się nieprzystosowany do społeczeństwa". To brzmi ładnie, ale to komunał. Co to właściwie znaczy?

Gdy jako dziecko poszedłem po raz pierwszy do przedszkola, poproszono, abym się przedstawił. Olaf Deriglasoff przez dwa "f" na końcu. Pamiętam twarze wszystkich dookoła. Na zasadzie: "że co proszę?!" To był pierwszy moment, kiedy zrozumiałem, że coś ze mną nie tak. Że nie przystaję do reszty. Mały chłopiec z Gdyni, który idzie do przedszkola z takim nazwiskiem... 

Moi rodzice często się przeprowadzali, chodziłem do czterech podstawówek. Każda nowa nauczycielka, każda nowa szkoła, nowi koledzy na podwórku - wszystkim musiałem się tłumaczyć, dlaczego się tak nazywam i kim właściwie jestem. W szkole zakapiory z wyższych klas podchodziły pytali, jak mam na nazwisko. Odpowiadałem, a oni: "O ty szwabie!" i w ryj. 

Potem, gdy podrosłem, już nie mieli tak łatwo, ale nadal byłem "ten z dziwnym nazwiskiem". Z biegiem lat odkryłem też, że mam zupełnie inną wyobraźnię niż moi koledzy. Okazało się, że nie czytają książek, a ja czytałem mnóstwo. Bardzo wcześnie zacząłem czytać książki dla dorosłych. Tak więc nie miałem za bardzo o czym pogadać z rówieśnikami. 

Miałem inną wyobraźnię. Moi koledzy tłukli się, nikt nie myślał o konsekwencjach, aż ktoś lądował na pogotowiu, komisariacie. Ja, choć nie byłem święty, raczej nie nie przepadałem za robieniem krzywdy.

Co w takim razie znaczy być przystosowanym? Wystarczy mieć polskie nazwisko i nie czytać książek, żeby przystosować się do ogółu?

Przystosowany, czyli nie odstający od grupy. Na podwórku gdy jest pomysł, że gramy w piłkę, to wszyscy grają w piłkę. Nie ma możliwości, żeby ktoś miał inne zainteresowania. No chyba, że dziwak. 

Tak to wyglądało w moim przypadku. Dopiero potem, gdy poznałem punk rock, to odnalazłem swoich ludzi. Wtedy już nikomu nie przeszkadzało, że nazywam się, jak się nazywam, bo każdy miał jakąś ksywę Żarówa, Żyleta, Szelest, Wariat, więc Olaf nie był już dziwny. Do tego cudacznie się ubierali - więc dziwność stała się atutem. Nadal byłem inny, ale byliśmy inni razem.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje