Reklama

"Nie obraziłem się na komisję"

Nie obrażałem się na komisję, natomiast prawo jest od tego, żeby je traktować poważnie i posługiwać się nim - mówi Włodzimierz Cimoszewicz w wywiadzie udzielonym portalowi INTERIA.PL.

Paweł Amarowicz, INTERIA.PL: Obraził się Pan na komisję śledczą ds. Orlenu czy przestraszył się Pan ewentualnych pytań posła Giertycha?

Reklama

Włodzimierz Cimoszewicz: Ani jedno, ani drugie. Nie obrażałem się na komisję, natomiast prawo jest od tego, żeby je traktować poważnie i posługiwać się nim. W sytuacji, w której ogromna większość członków komisji z takich czy innych powodów stwarzała wątpliwości co do swojej bezstronności - a to jest elementarny wymóg wobec tej komisji, jak i każdej instytucji, która ma poszukiwać prawdy - skorzystałem z mojego uprawnienia do złożenia wniosku o wykluczenie tych osób z przesłuchania. Oczywiście nie ulegało dla mnie wątpliwości, że niektórzy członkowie komisji wykorzystają przesłuchanie do walki politycznej, propagandowej. Nie ukrywam, że nie lubię w czymś takim uczestniczyć, to z reguły jest rodzaj brudnego politykowania. No ale zapewniam, że potrafiłbym sobie z tym poradzić.

Jeśli Pański wniosek o wykluczenie 7 członków komisji śledczej upadnie, pojawi się Pan w Sali Kolumnowej 26 lipca i będzie odpowiadał na pytania posłów?

Przede wszystkim chcę dać szansę Prezydium Sejmu, żeby zrobiło to co wynika z obowiązującego prawa. Zamówione specjalnie w tej sytuacji ekspertyzy jednoznacznie mówią, że to prezydium jest władne do rozpatrzenia moich wniosków, co więcej, ma prawo to zrobić z urzędu. Od tego będzie bardzo wiele zależało. Mam nadzieję, że członkowie komisji potrafią się zachować bezstronnie. Ja sam nie będę uczestniczył w podejmowaniu decyzji w tym zakresie. Jest jeszcze dodatkowe pytanie - które już prezydium musi odpowiedzieć, bo ja mogę być traktowany jako strona w sporze - obecny skład komisji po wykluczeniach, ustąpieniach niektórych jej członków, nie odpowiada prawnemu, ustawowemu wymogowi reprezentatywności dla struktury politycznej Sejmu. Prezydium musi odpowiedzieć co w tej sytuacji należałoby zrobić.

A jak Pan ocenia pracę komisji?

Jak wiadomo jest koniec kadencji. Ta komisja już dawno powinna przygotować sprawozdanie, w przeciwnym razie tego sprawozdania nikt już nie będzie mógł rozpatrzyć, co z kolei zwiększa prawdopodobieństwo, że sprawozdanie przegłosowywane przez większość może mieć charakter czysto polityczny, a przez to sprawić że cała dotychczasowa praca komisji nie będzie miała wartości.

Czy zaskoczył Pana wynik sondażu po Pańskim ostatnim wystąpieniu przed komisją śledczą? Nie stracił Pan, a nawet zyskał...

Po opuszczeniu Sejmu w sobotę wyjechałem z Warszawy i programowo wyłączyłem się przez dwie doby. Przyznaję, że byłem zaskoczony tym, że podobno poparcie dla mnie wzrosło. Sądziłem, że po tym jak w sobotę głównie wypowiadali się moi przeciwnicy, po tym jak zaangażowani politycznie komentatorzy przedstawiali swoje opinie, wielu ludzi może krytycznie odebrać moje zachowanie. Ale jak widać ludzie zachowują zdrowy rozsądek.

Długo bił się Pan z myślami czy jednak kandydować? Nie żałuje Pan teraz, gdy powoli rozpętuje się dobrze nam wszystkim znane polskie piekiełko polityczne?

Niestety ma pan rację. Ale ja wiedziałem co się będzie działo, dlatego długi czas opierałem się takiemu zamiarowi politycznemu. To jest bardzo przykre, powiem szczerze, że osobiście jest to bardzo dolegliwe. Trzeba być pewnie masochistą, żeby lubić tego typu sytuację. Ona jest wprost nieznośna. Ale chciałbym tylko mieć nadzieję na jedno, że zwykli Polacy nie ulegną tej atmosferze panującej w dyskusji publicznej i zachowają zdrowy rozsądek i zdolność do patrzenia z dystansu.

Jakie są szansę na wystawienie przez lewicą wspólnego kandydata w wyborach prezydenckich, mówiąc wprost - czy Marek Borowski ustąpi na Pana korzyść?

Niestety słyszę jego kolejne deklaracje, że nie będzie ustępował. To byłoby jak sądzę rozsądne. Z mojego punktu widzenia - przepraszam nie chcę żeby to było poczytane za arogancję, którą mi wielu przypisuje - to czy Marek Borowski zrezygnuje czy nie, staje się coraz mniej ważne, sądząc po wynikach sondaży. Natomiast z punktu widzenia szans lewicy w wyborach parlamentarnych, współpraca między wszystkimi formacjami lewicowymi byłaby ważna. Jestem przekonany, że z punktu widzenia ludzi, którzy nie sympatyzują z lewicą, ale rozsądnie myślą o funkcjonowaniu demokracji w państwie, byłoby rzeczą nieobojętną, żeby lewica miała przyzwoitą reprezentację. Ale oczywiście dzisiaj po wszystkich swoich błędach nie zasługuje na większość w parlamencie. Jest oczywiste, że rządy muszą przejść do innych środowisk politycznych. Ale byłoby dobrze, żeby opozycja w Sejmie nie składała się tylko z ugrupować populistycznych, radykalnych, bo będzie on przypominał jako żywo obecny i parę miesięcy po wyborach może bić rekordy niepopularności.

Jaki ma Pan pomysł na prezydenturę? Widzi Pan siebie bardziej jako mediatora i reprezentanta kraju czy aktywnego uczestnika gry politycznej wchodzącego w spory i korzystającego z uprawnień głowy państwa?

Chciałbym być bardzo aktywnym reprezentantem Polski w świecie. Mam do tego - powiedziałbym - dość wyjątkowe kwalifikacje: 35 lat zajmowania się prawem międzynarodowym i stosunkami międzynarodowymi, 3,5 roku bycia ministrem spraw zagranicznych. Gdy chodzi o nasze polskie sprawy, tu w kraju. To będę starał się przekonywać do mojego sposobu myślenia o uprawianiu polityki. Do tego, że lepiej łączyć niż dzielić, porozumiewać niż kłócić, koncentrować się na tym, co od nas zależy czyli przyszłości, a nie na tym, co od nas nie zależy, czyli przeszłości, że państwo wymaga od nas ogromnej odpowiedzialności i zdolności do kompromisu. Korzystając z uprawnień prezydenta jako strażnika konstytucji, przywiązywałbym ogromną wagę do legalizmu działania innych władz, zwłaszcza ustawodawczych. Jeżeli będę wybrany, to w moim otoczeniu dwa zespoły specjalistów będą miały priorytet - specjaliści od polityki zagranicznej, stosunków międzynarodowych i prawnicy, konstytucjonaliści. Tak, aby w Polsce każdy obywatel był pewien, że prezydent będzie dbał o jego konstytucyjne prawa i wolności. Wreszcie prezydent powinien być inicjatorem przedsięwzięć społecznych.

Czy jeżeli przegra Pan wyścig do prezydentury, to definitywnie odejdzie Pan z czynnego życia politycznego? Jaki jest Pana pomysł na życie poza polityką?

Tak, to oczywiście będzie bezpowrotny koniec mojej działalności politycznej. Prawdopodobnie zajmę się wtedy z jednej strony w jakimś zakresie pracą akademicką, a mam czym się dzielić z młodym pokoleniem, z drugiej strony poświęcę się rozmaitym moim hobby, zainteresowaniom - głównie ekologicznym, związanym z podglądaniem i ochroną przyrody. Mam milion pomysłów, ciągle odkładanych na emeryturę.

Czy przedstawi Pan kiedyś publicznie swoją małżonkę?

Tak oczywiście tak, chociaż ona z tego powodu nie jest szczęśliwa, ponieważ jest osobą ceniącą sobie prywatność i to jest pewien problem, bo ja rozumiem zainteresowanie społeczne żoną kandydata na prezydenta, ewentualną żoną przyszłego prezydenta. Ale jednocześnie jest tak, że każdy z nas, kto sam nie zajmuje się działalności publiczną czy polityczną, ma prawo do zachowania swojej prywatności. My już w jakimś stopniu ograniczamy tę swoją prywatność, w ostatni weekend gościliśmy sporo dziennikarzy, którzy chcą przygotować materiały, teksty o mojej rodzinie. Dziennikarka jednego z tygodników jedzie nawet z nami do USA na ślub mojego syna, więc niedługo i żona i dzieci będą wszechobecne w mediach.

Odczuwa Pan jeszcze skutki wypowiedzi podczas powodzi w lipcu 1997 roku?

Jeszcze raz - choć jak dotąd bezskutecznie - chcę powiedzieć, że mnie zdarzenie z lipca 1997 boli nie mniej niż wielu ludzi, którzy mi pamiętają moją wypowiedź. Dlaczego? Dlatego, że nigdy ludzie nie usłyszeli pełnej wypowiedzi i ja tego po dzień dzisiejszy nie mogę zrozumieć, jak to było możliwe? Zapytany przez dziennikarzy, czy powodzianie mogą liczyć na odszkodowania, odpowiedziałem że nie mogą liczyć na odszkodowania, bo żeby mówić o odszkodowaniu, trzeba być ubezpieczonym. Natomiast powodzianie mogą liczyć na pomoc przy wykorzystaniu wszystkich środków, jakimi rząd dysponuje. Tego dnia, pół godziny później, po powstaniu sztabu kryzysowego, były podejmowane pierwsze decyzje o udzielaniu także materialnej pomocy powodzianom. I nie mogę zrozumieć, jak to było możliwe, że moją wypowiedź rozrąbano jak siekierą na pół. Pierwsza część dotarła do wszystkich i była wielokrotnie powtarzana, a druga nigdy się nie ukazała. Mam poczucie osobistej krzywdy, mówię to zupełnie szczerze.

Czy pracują dla Pana specjaliści od kreowania wizerunku, marketingu politycznego?

W tej chwili tworzy się mój sztab, co jest też pośrednim dowodem, że nie było żadnej socjotechniki, żadnego makiawelizmu w tym scenariuszu ostatnich wydarzeń. W tym sztabie będą ludzie odpowiedzialni za współpracę z mediami. Ale to będzie zespół bardziej o charakterze technicznym, organizatorskim, niż od opracowywania wizerunku. Ja wiem oczywiście, że w świecie są specjaliści od kampanii wyborczych i kreowaniu wizerunku kandydata. Swego profesjonalizmu dowiedli w Rosji przy ponownym wyborze Jelcyna. Ale twierdzę, nie chcą urazić tych popularnych w mediach panów, że w Polsce nie ma tego typu specjalistów, a ci którzy się przedstawiają jako wielcy spece od kreowania wizerunku, mają o tym zielone pojęcie i w związku z tym z nikim takim nie współpracuję.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje