Reklama

Myślałem, że będę przewalać marchewkę

Ostatnio znalazłem swoje zeszyty z IV klasy podstawówki i zauważyłem, że w rogach rysowałem ludziki, które się poruszały po przewróceniu kartek. Można to uznać za początki "animacji" - wspomina z uśmiechem Wojtek Wawszczyk, znany na świecie twórca filmów animowanych.

Dzień dobry: Masz 28 lat. Pracowałeś nad efektami specjalnymi do dwóch dużych amerykańskich produkcji. W mediach jesteś przedstawiany jako "nasz człowiek w Hollywood". Co myślisz o takiej etykietce?

Reklama

Nie ukrywam, że przynajmniej na początku trochę mi to przeszkadzało. Filmy robię od prawie 9 lat. Część z nich otrzymała znaczące wyróżnienia i stała się znana na świecie. Właściwie wszędzie, tylko nie u nas. To jakiś zabawny polski folklor, że stało się o mnie głośno dopiero po tym, jak wyjechałem do Stanów i zacząłem pracować przy filmie "Ja, robot". Wchodziłem przecież w skład grupy 200 animatorów. W ekipie był jeszcze z Polski Piotrek Karwas, spotkałem tam Austriaków, Niemców, Japończyków, Szwedów, Rosjan.

Ale chyba nie żałujesz, że zdecydowałeś się na ten wyjazd?

Nie. To było bardzo ciekawe doświadczenie. W filmie "Ja, robot" było prawie 650 ujęć efektowych. Firma, dla której pracowałem, Digital Domain, odpowiadała za trochę więcej niż połowę tego materiału. Moim zadaniem było wyłącznie nadanie ruchu robotom. W takich produkcjach podział zadań jest ściśle określony. Jedna osoba odpowiada za bryłę obiektu, druga za oświetlenie, jeszcze ktoś inny tworzy kontrolery, którymi można poruszać obiektem w programie 3D. W ramach swojej specjalizacji miałem jednak sporo swobody. Jeśli cię to interesuje, zwróć uwagę na scenę ataku robotów, kiedy bohaterowie chcą dostać się do centralnego komputera. Tam przykładowo byłem odpowiedzialny za całą sekwencję: od rozwalania szyby, aż do upadku.

Żeby zamknąć ten watek, próbowałeś odtworzyć, jaką drogą Amerykanie zainteresowali się właśnie Tobą?

Myślę, że to było dosyć proste. Sprawiły to moje filmy autorskie. Na pewno jakimś słowem-kluczem byłby tutaj Siggraph. Jest to taka konferencja dotycząca efektów specjalnych i animacji komputerowej. Co roku studenci, amatorzy, ale także działające na rynku duże firmy wysyłają tam kilkaset, nawet do tysiąca filmów z fragmentami efektowymi. Tylko garstka z nich kwalifikuje się do pokazów. Ja miałem to szczęście, że udało mi się umieścić moje filmy rok po roku. Najpierw był spot zrobiony z Piotrkiem Karwasem dla MTV, potem "Headless", "Mysz" i "Pingwin". Kropla drąży skałę - ten ostatni film chyba zaważył. To była prosta procedura. Najpierw dostałem e-mail, czy jestem zainteresowany pracą. Potem była godzinna rozmowa kwalifikacyjna przez komórkę - dosłownie zwiędło mi ucho. Jeszcze trochę e-maili, proces wizowy i koniec.

Twoje filmy były pokazywane na całym świecie. W sumie zebrałoby się kilkadziesiąt festiwali i pokazów. Jeździłeś razem z nimi?

Trochę świata zobaczyłem. Byłem we Francji, Holandii, w Niemczech miałem nawet cykl wykładów. Chyba najbardziej egzotycznym miejscem była jednak Japonia. Zostałem zaproszony jako gość specjalny festiwalu w Tokio.

Czy tam dowiedziałeś się o istnieniu japońskiego fanklubu?

Nie. (śmiech) Fanklub zaczął działalność dużo wcześniej. Japończykom bardzo przypadł do gustu film "Headless". Został umieszczony na branżowym serwerze i miał naprawdę niezłą liczbę ściągnięć. Wokół tego powstała produkcja jakichś gadżetów - wręczano specjalne koszulki itp. Te kontakty mi się bardzo przydały. "Klubowicze" przysyłali mi na przykład płyty DVD z filmami japońskiego mistrza animacji, Hayao Miyazakiego, storyboardy. Kiedyś to wszystko było w Polsce praktycznie niedostępne.

W 2002 roku ukończyłeś wydział animacji łódzkiej filmówki. Cztery filmy, praca w Stanach, jedno zlecenie w Indiach - animacje do gry komputerowej. Kiedy zdążyłeś to wszystko zrobić? Zacząłeś jeszcze na studiach?

Tak. "Headless" powstał na trzecim roku. "Mysz" - koprodukcja polsko-niemiecka - była moim filmem dyplomowym. Z "Pingwinem" było o wiele trudniej. Miałem taki rok ogromnego ryzyka po skończeniu szkoły. Wydawało mi się, że mam już pewne sukcesy na koncie i całkiem niezłe wykształcenie. Było mi jednak bardzo trudno znaleźć pracę. Do tego stopnia, że poważnie się zastanawiałem, czy nie zmienić branży. Że pójdę gdzieś przewalać marchewkę... (śmiech)

Jednak udało ci się utrzymać w zawodzie...

Postawiłem wszystko na jedna kartę. Powiedziałem sobie, że spróbuję zrobić jeszcze jeden film. Później najwyżej się poddam. Ile można walić głową w mur? No więc postarałem się o takie kilkusetzłotowe stypendium z Ministerstwa Kultury, a potem wykonałem krok naprawdę desperacki. Udałem się do wydziału rozrywki w Sosnowcu, moim rodzinnym mieście. Miałem ze sobą scenariusz, muzykę do filmu i storyboardy. Udało mi się wyprosić 3 tysiące złotych. Pozwoliło mi to przeżyć parę miesięcy, podkradając jedzenie z lodówek znajomych. (śmiech) Miałem trzy nielegalnie dorobione klucze do łódzkiego akademika. Pożyczyłem od kolegi komputer, bo nie było mnie stać na kupno. Tak więc ukrywałem się po tych trzech pokojach i pracowałem po nocach. Jak zaspałem, chowałem się przed sprzątaczkami w szafie... (śmiech). I tak w 2 - 3 miesiące, dzięki ogromnej pomocy kolegów, powstał "Pingwin"...

A jak to się zaczęło? Czy marzyłeś od dzieciństwa, żeby robić filmy?

Nawet o tym nie śniłem. Miałem różne pomysły na życie. Chciałem zostać informatykiem, albo kucharzem. O egzaminach do szkoły filmowej dowiedziałem się przypadkiem. Na przygotowania miałem dosłownie kilka dni. Udało mi się przeczytać jakieś 30 stron z książki "Animacja w Polsce". W komisji same sławy - Piotr Dumała i inni. Proszą mnie o wymienienie polskich animatorów. A ja znam tylko nazwiska ludzi, którzy dawno nie żyją. Zaczęli się śmiać i stwierdzili, że nauczę się tego później. Nigdy nie kształciłem się w kierunku artystycznym, ale zawsze lubiłem rysować i zajmować się różnymi projektami artystycznymi. Z kolegą nagraliśmy chyba ze 40 kaset magnetofonowych, na których zmienialiśmy głosy i robiliśmy różne wygłupy. Ostatnio znalazłem swoje zeszyty z IV klasy podstawówki i zauważyłem, że w rogach rysowałem ludziki, które się poruszały po przewróceniu kartek. Można to uznać za początki "animacji". (śmiech) Film jest jakaś wypadkowa tych wszystkich zainteresowań.

Co jest potrzebne, żeby stać się dobrym animatorem?

Dużo cierpliwości. Niektórzy nie posiadają tej cechy. Dla mnie animacja ma w sobie coś z muzyki. Tutaj też liczy się rytm, choć operuje się złożeniami ruchów. Tak jak w muzyce najpierw trzeba mieć wyczucie, słuch, a potem można się zastanawiać nad technicznymi aspektami wykonania. Trzeba nauczyć się obserwować i rozpisywać postać na "ruchową partyturę", tak aby wszystko wyglądało poprawnie i mieściło się w określonym czasie. To zajęcie daje jednak olbrzymią satysfakcję, jest w tym coś z medytacji, stylu życia. Czasami trudno to określić pracą. Może dlatego nie potrafiłbym się wpasować w etat dla jakiegoś studia graficznego. Tłuc od 8. do 20. reklamy jakichś soczków, proszków do prania. Nie mam problemu z robieniem zleceń od czasu do czasu, ale muszę mieć jakąś selekcję. Co tu dużo mówić, potrzebuję trochę wolności. I mogę się tylko cieszyć, że obecnie mogę sobie na to pozwolić.

Nad czym teraz pracujesz? Słyszałem, że chodzi o duży projekt...

Tak. Złożyły się na to pieniądze polskie i niemieckie - w sumie całkiem niezły budżet. Dzięki temu mogłem zatrudnić ludzi z Polski, Niemiec, innych krajów. "Drzazga", bo tak będzie się nazywał film, opowiada historię drewnianej ławki, która zakochuje się w pewnej dziewczynie. Będzie to rzecz o miłości niespełnionej, niemożliwej. Nie chodzi tutaj o jakiś wielki dramat. To jest trochę tak jak z dziecinnymi fascynacjami, kiedy zakochujemy się w aktorkach, piosenkarkach. Wizja pewnej relacji, która nie może zaistnieć...

Masz jakiś cel ostateczny, do którego dążysz?

Nie ma czegoś takiego. Najbliższe kilka miesięcy, wiadomo - ukończyć film. Potem chcę wydać na DVD specjalną składankę moich wcześniejszych rzeczy, napisałem dwie książeczki dla dzieci, trzeba by je zilustrować i wydać, mam w głowie scenariusz kolejnego filmu o facecie, który staje się żarówką, dwa pomysły na produkcje pełnometrażowe, rysuję komiks, chciałbym napisać taką przekrojową książkę o animacji w Polsce, z różnych szkiców można by zrobić jakaś ciekawą publikację, może coś w rodzaju terminarza. Zauważyłeś, że nie ma fajnych kalendarzy w Polsce?

Ufff... Czy ty kiedyś odpoczywasz?

Oczywiście. (śmiech) Daję słowo, że potrafię wrzucić na luz. To prawda, że nie miałem ostatnio czasu na wakacje, ale jak skończę film, na pewno to sobie odbiję. Wyjadę, zrobię coś... Jeszcze nie wiem, co to będzie, ale na pewno coś szalonego.

Rozmawiał Dominik Gąsiorowski

KTO? Wojtek Wawszczyk. Reżyser filmów animowanych, ma 28 lat.
CO ZROBIŁ? Absolwent Wydziału Animacji Łódzkiej Szkoły Filmowej. Stypendysta Filmakademie Baden - Wuerttemberg w Ludwigsburgu (Niemcy). Autor filmów "Headless", "Mysz", "Pingwin", kilkunastu animowanych reklam telewizyjnych, współtwórca efektów specjalnych do amerykańskich produkcji "Ja, robot" i "Aeon Flux".
CO LUBI? Wędrówki po górach.

Dzień Dobry

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: marchewka | pingwin | szkoły | mysz | robot | śmiech | filmy | film

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje