Reklama

Mięśniaki, ogry i spółka: Cienie i blaski zawodu ochroniarza

Na swojej drodze spotkał go chyba każdy z nas. Jest wszędzie tam, gdzie coś się dzieje. Na meczu, w klubie, dyskotece, koncercie, czy festiwalu. Pracuje po to, byśmy czuli się bezpieczniej, lecz jego praca często bywa niedoceniana. O ciężkiej i niewdzięcznej pracy ochroniarza rozmawiamy z facetem, który tę robotę wykonuje od półtorej dekady.

Oto Mirek. Ma 35 lat, mieszka w dużym polskim mieście. W branży ochroniarskiej pracuje od 15 lat. Zna ją od podszewki. Pracował już chyba na każdym z możliwych stanowisk, oprócz prezesa. Zabezpieczał mecze podwyższonego ryzyka, pikniki, dożynki, imprezy sylwestrowe, koncerty i festiwale. Rządził "bramką" w klubie studenckim, pomagał w selekcji gości w dyskotece, jeździł w konwojach pieniężnych, a także w grupie interwencyjnej. W rozmowie z INTERIA.PL opowiada o cieniach i blaskach tej niebezpiecznej i niewdzięcznej pracy, nie unikając nawet trudnych tematów.

Co trzeba zrobić, by dostać pracę w twojej branży? Czy są jakieś minimalne wymagania?


- Jasne, że są. Trzeba mieć wykształcenie podstawowe, dwie ręce i dwie nogi. Hmm, czekaj, choć właściwie jak nie masz ręki albo nogi to nawet lepiej. Zatrudnia cię zakład pracy chronionej i jako inwalida masz większe szanse na pracę.

Jak zostałeś ochroniarzem? Czy to był zawód, który sam sobie wybrałeś?


- Trochę z głupoty (śmiech). Byłem nastolatkiem, gdy mój ojciec spytał, czy nie chcę sobie dorobić. W wieku 17 lat zacząłem pierwszą pracę jako ochroniarz obiektu Polskiej Telefonii Komórkowej. Potem pracowałem w salonach samochodowych, gdzie były naprawdę godziwe warunki, a po paru latach trafiłem do firmy ochroniarskiej. Tam przebyłem drogę od zwykłego pracownika, aż do szefa ochrony. Można powiedzieć, że przeszedłem wszystkie szczeble...

Szczeble - to brzmi jak hierarchia. Ochroniarz ochroniarzowi nierówny?

Mógłbym podzielić ich na kilka grup. Pierwszy to pracownik ochrony obiektów. Bez licencji ochroniarskiej, zarabiający najmniej. Od 3 złotych za godzinę. Następnie są licencjonowani pracownicy obiektów, oni zarabiają nieco więcej. Potem są konwojenci z licencją na broń. Dostają od 8 do 14 złotych. No i w końcu grupa interwencyjna. Patrolują miasto i jeżdżą na wezwania tam, gdzie coś się dzieje. Wszystko to za 8 do 13 złotych za każde 60 minut pracy.

Na jakim stanowisku pracujesz obecnie? Nadal jesteś szefem ochrony?

- Już nie. Zostałem zdegradowany. To długa historia. Kiedyś pomogłem komuś, kto nie miał zupełnie nikogo. Byłem dla niego jak starszy brat. Załatwiałem zlecenia, kryłem jego wpadki przed szefostwem. Dziś on jest na moim miejscu, a ja jeżdżę na konwoju. To była dla mnie nauczka. Przestroga, że w tej branży nie ma co szukać sobie przyjaciół. Trafia się tu na różnych ludzi z różnych środowisk i każdy może podłożyć ci świnię. Trzeba rozdzielać życie prywatne od zawodowego. Poza tym na porządku dziennym jest mobbing. Gnębienie pracownika, czekanie na jego błąd, donoszenie, podpieprzanie...

To jedyne minusy tego zawodu?

- Jasne, że nie. Najbardziej mnie wkur...a, że jako pracownicy ochrony fizycznej zatrudniani są inwalidzi. Zakłady pracy chronionej biorą ich w pierwszej kolejności, dają umowy o pracę, a potem otrzymują za nich zwroty i dofinansowania. Nie mam nic do inwalidów, ale to są ludzie np. niewidzący na jedno oko, mający problemy z koordynacją ruchową. Albo ktoś jest sprawny i jest w stanie zapewnić bezpieczeństwo, albo po prostu szuka innej pracy.
 Robotę psują nam jeszcze byli policjanci i żołnierze. Przechodzą wcześnie na emeryturę, mają 3-3,5 tysiąca na rękę, a u nas dorabiają sobie godząc się na śmiesznie niskie stawki typu parę złotych za godzinę. Żaden z nas nie przyszedłby do pracy za tak śmieszne pieniądze, a oni idą, bo nie chce im się siedzieć w domu z żonami...

Zapytam wprost - da się wyciągnąć średnią krajową?


- Żeby zarobić sensowne pieniądze, trzeba się natyrać. Przykładowo na 3 tysiące złotych trzeba pracować 370 godzin. Większość z nas robi na dwa etaty i jest to dobre dla pana Gowina. Emerytury na pewno nie dożyjemy. Tylko nieliczni farciarze mają etat - 8 godzin i do domu...

Reklama

A sama praca? Lubisz to, co robisz?

- Jasne. Przede wszystkim ubóstwiam rozmawiać z ludźmi. Przez lata wyrobiłem sobie umiejętność przemawiania do tłumu. Próbowałeś kiedyś? Nie? To stań przed paroma tysiącami ludzi i spróbuj coś powiedzieć. Mnie za pierwszym razem trzęsły się ręce i patrzyłem nie na nich, tylko na kartkę. Teraz jednak mam pewność siebie. No i trudno ze mną nawiązać słowną walkę - potrafię zgasić gościa tak, że momentalnie milknie. Ktoś nawet powiedział mi, że powinienem spróbować występować w stand-upach (rodzaj komedii słownej polegającej na wykonywaniu monologu przed publicznością - przyp. red.)

Ciekawe. Niektórzy pewnie są mocno zdziwieni, gdy zamiast używać siły, wojujesz słowem...

- No co ty, przemoc to tylko w ostateczności. Czasem bywa tak, że zdarzają się ochroniarze nadpobudliwi, ale gdy byłem kierownikiem, to takich starałem się odstawiać na bok, żeby ich potencjał wykorzystać w inny nieco sposób. Wiadomo, że stereotyp pracownika ochrony jest nieciekawy. Na przykład, gdy pracowałem w klubie studenckim, to studenci postrzegali nas jako bandę ogrów, która przyszła tylko po to, żeby komuś spuścić łomot...

Ciężko współpracuje się ze studentami?

Zależy. Najgorsi są ci z pierwszego roku, którzy przyjeżdżają na studia z innych miast. Wypiją za pieniądze rodziców i wojują. Najczęstsze teksty to "Co ty mi możesz zrobić?" albo "Nie wiesz kim jest mój ojciec", czy "To twój ostatni dzień w tej pracy". Nie mówiąc już o tym, ile nasłuchamy się ch...ów i innych epitetów. Czasem bywa śmiesznie, gdy student "ciupie" pracownikom ochrony i wyzywa ich od debili i matołów, a na "bramce" wszyscy z tytułem magistra.

Jak wspominasz pracę w klubie studenckim?


- Świetnie trafiłem, bo miałem super współpracę z menedżerem i właścicielem obiektu. Przez lata wydarzyło się milion różnych sytuacji i naprawdę nigdy się nie nudziłem. Studenci to przeważnie dyskutanci i większych awantur nie było. Podczas, gdy ja pracowałem, każdy zdawał sobie sprawę, że uderzenie ochroniarza oznacza gruby wpier...l. Naprawdę wszyscy mieli tego świadomość.

Z tego co wiem, to w twoim klubie odbywało się też wiele koncertów. Miałeś okazję poznać jakieś gwiazdy?

- Całą masę. Najbardziej polubiłem rapera O.S.T.R. Piłem z nim piwo, to miły i sympatyczny gość. Tak samo jak bracia z Golec uOrkiestra. Oni robią robotę, no i zawsze jest po koncercie dobra impreza. Spodobało mi się podejście Krzysztofa Krawczyka. Podszedł do nas i powiedział, że bardzo docenia naszą pracę, a rzadko się zdarza, żeby ktoś w ogóle nas zauważał. Beata Kozidrak na przykład w ogóle udawała, że nie słyszy, gdy coś do niej mówiłem. Aha - był też jeden śmieszny gość, który zarzekał się, że jeśli w garderobie poczuje zapach mięsa, to opuszcza lokal. To był Morrisey, weganin. Pił tylko wulkaniczną wodę Fiji...

Wspominałeś też o pracy w dyskotekach. Czy tam metody działania są inne?

- Nieco inne. Tam nie ma legitymacji studenckich, więc są inne kryteria selekcji. Nie wpuszczać łysych, "rozkozaczonych", w dresach, w białych butach, czy ubranych na sportowo. A jak przyjdzie dwóch przypakowanych i łysych, to wtedy nie ma żadnych szans, żeby weszli. Wpuszcza się normalnie wyglądających klientów no i wszystkie ładne dziewczyny. Sposobów na odmówienie wstępu jest wiele. Karta klubowa, lista na wejściu, przepełnienie klubu. Najgorsze w tym jest, że ludzie nie rozumieją jednej rzeczy: jeśli ochroniarz mówi "nie", oznacza to "nie". Kłótnie mogą tylko pogorszyć sytuację...

Cenna rada. Jak jeszcze można zadrzeć z ochroniarzem?

Nie polecam zadawania się z dziewczyną ochroniarza. To bardzo niedobrze, gdy narzeczone odwiedzają swoich chłopaków w pracy. Oni pilnują, a one się bawią. Wtedy awantura wisi w powietrzu. Niektórzy goście klubu nie są świadomi sytuacji i balują z dziewczynami, nie wiedząc, że mają na sobie czujny wzrok. Nie daj Boże objąć taką dziewczynę, czy pocałować. Wówczas "liść" to naprawdę najmniejszy wymiar kary.

A jak to jest z imprezami poza miastem? O bójkach na festynach i wiejskich dyskotekach krążą prawdziwe legendy...


- Na wioskach wiadomo jak jest - to są harpagany. Kozakują między sobą, więcej piją, szybciej włącza im się nieśmiertelność. Praca tam często nie ma nic wspólnego z ochroną. Tylko pranie i gazowanie.

Bywa groźnie?


No, raz było naprawdę nieciekawie. Pracowaliśmy na wiejskim festynie. W pięciu. Ja, dwóch wielkich "ogrów" i dwóch kolegów normalnej postury. Wyprosiliśmy kogoś, kto wszedł bez kolejki, bez biletu. Potem, gdy impreza się już zakończyła, ten gość uderzył jednego z moich ludzi. Ruszyliśmy z pomocą, ktoś psiknął gazem, rozpędziliśmy towarzystwo. Po paru minutach patrzymy, a od strony wsi nadciąga 30 chłopa. Ze sztachetami, kijami bejsbolowymi. Nas było pięciu, mieliśmy tylko gaz, ale postanowiliśmy, że ruszamy do walki. W ostatniej chwili, gdy chwytaliśmy się za łby, przyjechały radiowozy policji. Gliniarze "zglebowali" awanturników i uratowali nam skórę.


To spytam teraz dla kontrastu o najprzyjemniejszy moment, który pamiętasz z pracy. Był taki?


Oj tak. Ochraniałem kiedyś dużą imprezę w centrum miasta. Wiesz, muzyka klasyczna, arie operowe. Pod sektor dla niepełnosprawnych podeszła niewidoma dziewczynka, która bardzo chciała porozmawiać z jedną wokalistką. Największą gwiazdą koncertu. Powiedziałem, że nie obiecuję, bo nie wiedziałem nawet jak ta kobieta wygląda. Jakiś czas później za kulisami zaczepiła mnie jedna z artystek. Chciała wprowadzić na "backstage" dwoje dzieci, które nie miały identyfikatorów i zezwolenia na wejście. Powiedziałem, że nie ma szans, ale coś mnie tknęło i spytałem, jak się nazywa. Przedstawiła się imieniem i nazwiskiem, które wymieniła ta niewidoma dziewczynka. Zaproponowałem więc dil: wprowadzę jej dzieci, jeśli zgodzi się podejść na sektor dla niepełnosprawnych. Zgodziła się, a mina małej dziewczynki wynagrodziła mi wszystkie złe momenty, jakie spotkały mnie w tej pracy.

Ostatnio bardzo medialny stał się temat kibiców. Co ty możesz powiedzieć o swojej pracy na stadionach piłkarskich?

- Szczerze? Kibic to jeden z najgorszych klientów. Z prostej przyczyny - wyprowadzając jednego, zawsze istnieje zagrożenie, że zrobi się z tego afera. Najczęściej problemy są już przy wpuszczaniu na stadion. Co ciekawe, awanturują się głównie starsi kibice. Nie chcą się poddać kontroli, krzyczą, że chodzą na ten stadion już 40 lat, przemycają alkohol. Czasem przymykamy na to oko i wpuszczamy ich na obiekt, konfiskując pochowane "małpki" i "ćwiartki". Dla świętego spokoju wpuszcza się też ludzi lekko podchmielonych.

No dobra, a co gdy szykuje się jakaś większa zadyma?

- Są tacy, którzy przychodzą do pracy z nastawieniem, że będzie się "grubo" działo. Ale większość z nas woli spokojnie przeżyć dyżur, skasować dniówkę i pójść do domu. Gdy jakiś kibol rozrabia na stadionie, naprawdę mało kto zaryzykuje zatrzymywanie go za 80 złotych, które mamy wypłacane. Zeznawać potem przeciwko komuś takiemu, to duże ryzyko. Wiąże się to z rozpoznaniem na mieście, a to z kolei nie wróży dobrze na przyszłość. Może zdarzyć się wszystko - od "dojechania" na mieście, do "wjazdu na chatę". Takie sytuacje miały miejsce. Kiedyś było inaczej - mieliśmy kominiarki i ryzyko było mniejsze. Bywało śmiesznie, bo niektórzy kibice nie mieli pojęcia, że są gazowani i pałowani na sektorze przez ludzi, z którymi poza stadionem dobrze się znają...

A'propos gazowania. Gaz to jeden z elementów twojego wyposażenia. Czego jeszcze używasz w pracy?

- Gaz pieprzowy do rozpraszania tłumów, gaz żelowy do użytku w pomieszczeniach. Skuteczny, bo po jego zastosowaniu pacjent jest z głowy na 15 minut. Siedzi sobie w kąciku i płacze. Mamy też "Lole", czyli pałki szturmowe. Długie, gumowe. Najczęściej używamy ich na wsiach. Są też tzw. "batony", choć według przepisów nie możemy ich używać. Ochroniarze z licencją mają też kajdanki, a pracownicy konwojów i grup interwencyjnych pistolety. Na szczęście nie miałem jeszcze potrzeby korzystać z "klamki" i mam nadzieję, że nie będzie takiej konieczności.

Nie wierzę, że podczas patroli na grupie interwencyjnej jest aż tak sielsko...

- Większość przypadków, to fałszywe alarmy. Jakieś 80 procent wezwań przyciskami napadowymi stanowią przypadkowe naciśnięcia albo zwykła głupota. My pędzimy na złamanie karku, łamiemy wszystkie przepisy, a tak okazuje się, że ktoś się po prostu bawił. Tylko w Siemianowicach Śląskich zdarza się, żeby "napadówkę" włączali specjalnie. Jest tam grupa osiłków, która z nudów zawiadamia ochronę, tylko po to, żeby się sprawdzić w sparingu. Zajeżdża samochód, a tam dwóch naszych leży na glebie w minikasynie. Trzeba ich było wtedy odbić.

Co jeszcze czyha na pracownika interwencyjnego?


- To przede wszystkim żmudna praca. 25 do 40 wezwań na noc. Ludzie są przemęczeni, jeżdżą umundurowani w autach bez klimatyzacji, nie dostają od pracodawców wody nawet w największe upały. Czasem nawet dopłacają do paliwa z własnej kieszeni, gdy ich wóz służbowy przekroczy określone spalanie. Dodatkowo można zarobić na przykład karę za brudne buty. Albo za podwiezienie kolegi z pracy, który skończył służbę. Stawki są spore: 400 dla kierowcy, 200 dla pasażera no i 600 dla podwożonego.

Czego życzyłbyś sobie na przyszłość? Co zmieniłbyś w swojej branży, żeby pracowało się lepiej?

- Jest tego trochę. Chciałbym, żeby były umowy o pracę. Żeby dla szefów najważniejsi byli ludzie, żebyśmy mogli dostawać normalne stawki. Chciałbym, żeby nasza praca została odbierana przez społeczeństwo jako coś pożytecznego. Żeby ludzie widzieli we mnie normalnego człowieka, a nie tylko przerośniętego ogra, który ma satysfakcję, tylko wtedy, gdy komuś da po gębie. Tak, to w zasadzie by wystarczyło...

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: ochroniarz | Pałka | Kibol | zatrzymanie | akcja protestacyjna | Męska robota | pożytek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje