Reklama

Michał Witkowski: Nie da się już wyjść z domu bez makijażu

Michał Witkowski /Adrian Błachut /archiwum prywatne

- Kiedy idąc ulicą co chwila ktoś mnie zaczepia, żeby zrobić sobie selfie, nie da się już wyjść z domu bez makijażu. Poza tym ja kocham być sławnym, być ubranym może nie kontrowersyjnie, ale jednak "na bogato", mieć wszędzie zniżki, gratisy. W każdej knajpie przychodzi na koniec właściciel i daje butelkę wina, to uzależnia - mówi w rozmowie z Interią pisarz Michał Witkowski, którego najnowsza powieść "Wymazane" trafiła właśnie do księgarń.

Łukasz Piątek, Interia: Uregulował pan już rachunki?

Reklama

Michał Witkowski: - Jakie znowu rachunki?

Mówił pan, że na okres pisania książek pozbywa się wszystkich "rozpraszaczy" - telefonu, internetu. Ale żeby faktycznie nie kusiły, to nie płaci pan przez jakiś czas rachunków i w końcu operator sam wszystko wyłącza...

- A no, tak! To jedyny sposób na prawdziwy brak netu! To już dawno uregulowane.

Ma pan w ogóle jakieś sprawdzone sposoby na pisanie książki?

- Mnóstwo.

Na przykład?

- Tacy pisarze jak ja, którzy z tego żyją, często są pod tym względem szalenie wymagający. Muszę mieć ten sam widok, ten sam stary notebook. Muszę mieć te same pierścionki na palcu, ten sam gatunek kawy, tę samą muzykę. Pisanie to strefa odruchów Pawłowa. Nakładam pierścionek i już mi leci ślinka na pisanie. Po prostu mózg kojarzy pewne przedmioty i czynności z pisaniem.

A jeśli ta ślinka mimo wszystko nie chce lecieć, czyli okazuje się, że w danym dniu nie ma weny, to daje pan sobie spokój, czy jednak w jakiś sposób próbuje się pan stymulować do pisania?

- Daję spokój. Ale coraz rzadziej zdarza się, że nie mam weny. Raczej takie poważne blokady to przechodziłem przez pierwsze pięć powieści. "Wymazane" jest dziewiątą.

W wywiadach mówi pan dużo o przygotowywaniu się do pisania swoich powieści, dlatego chciałem zapytać, czy "Wymazane" również tego wymagały?

- "Wymazane" żywiło się głównie moimi wspomnieniami z różnych etapów życia, opowieściami mojej szalonej babci, właściwie nie było potrzeby badań terenowych poza jednym deszczowym wypadem do Suwałk i w okolice - aby zobaczyć te wszystkie wioski i miasteczka obdarzone tak ciekawymi nazwami, jak Czerwone Bagna. Ale przyroda w "Wymazanym" wzięta jest z południowego wschodu, z Polesia.

W pana najnowszej powieści można gdzieś pana odnaleźć? Może w głównym bohaterze?

- I w głównym bohaterze, i nawet w starych babach, oraz oczywiście w pisarzu Michale Witkowskim, w Sylwii... No, może nie w Jagodzie!

Przecież Jagoda uwielbia imprezy, a z tego co kojarzę - pan również...

- Po pierwsze - nie lubię imprez. Jestem dość autystyczny. Chodziłem na imprezy dla badań do prozy, ale zawsze strasznie cierpiałem. Po drugie, Jagoda to jest ten show-biznes z najniższej półki, spod znaku reality show. No i wszelka ludyczność, grille, piwka - to wszystko jest mi dość obce.

Zanim powstała powieść "Wymazane", napisał pan dwie książki, które nigdy nie zostały wydane. Dlaczego?

- Po wydanej dwa lata temu powieści "Fynf und cfancyś" napisałem powieść o show-biznesie pt. "Fioletowe światło", która została odrzucona z przyczyn artystycznych, po prostu redaktorom z wydawnictwa się nie podobała. Tę powieść każdy może przeczytać zgłaszając się do mnie. Następnie napisałem "Wymazane".

Podobno, żeby przeczytać "Fioletowe światło", trzeba głębiej sięgnąć do kieszeni, bo wychodzi pan z założenia, że to biały kruk. Prawda to?

- Absolutnie nie!

"Wymazane" to pana najlepsza książka?

- Nie wiem, ja podchodzę do moich książek jak do dzieci, trudno powiedzieć, które dziecko najbardziej się kocha. Ale myślę, że jest inna. Dojrzalsza. Poważniejsza.

A pan - w swojej ocenie - również spoważniał, jako Michał Witkowski?

- No cóż, po tylu różnych ciosach zawsze się poważnieje. Ale poza tym wizerunkowo i programowo poważnieję.

Widziałem zdjęcie z wypadu na ryby, które zamieścił pan niedawno na Facebooku. Wyglądał pan zwyczajnie, nie pstrokato.

- Ależ ja już od bardzo dawna nie ubieram się pstrokato. To czereśniactwo. Dobre dla Macadamian Girl. Za to łowiłem w pełnym makijażu!

Świat mody nadal pana fascynuje?

- Absolutnie nie, a już na pewno nie polskiej mody. Moje serce bije szybciej, ale tylko kiedy oglądam na YouTubie pokazy światowe, jak Rick Owens czy Margiela.

Czyli koniec z chodzeniem na pokazy? Koniec z kilkudniowym przygotowywaniem "stylówki"?

- Jak jeszcze mnie ktoś zaprosi, to oczywiście mogę się wybrać. Co do kilkudniowego przygotowywania stylówki - szkoda mi już na to czasu i energii artystycznej, którą można wykorzystać na pisanie książek, robienie show w teatrach, malowanie grafik.

Pytam teraz zupełnie serio, bo czytając wywiady z panem, nigdy nie mogłem tego zrozumieć, mianowicie - dlaczego nazywał się pan blogerką modową, a nie blogerem?

- A dlaczego Masłowska śpiewa pod męskim pseudonimem? To zawsze znak jakiejś ironii i dystansu do postaci.

Znowu muszę nawiązać do pana wypowiedzi, bo często mówił pan o sobie, że nie jest pisarzem, że pan tylko pisze książki. Natomiast na początku naszej rozmowy powiedział pan o sobie - "Ja, pisarz".

- Co do pisarza, przyjdzie się już pewnie pogodzić z tą rolą, choć jest dość uciążliwa...

Dlaczego uciążliwa?

- Bo stereotypy na temat pisarza rodziły się w romantyzmie i w latach 50. Jedne i drugie są ciężkie do przejścia. Abnegat w starym swetrze, z fajką, a jednocześnie głos narodu.

Ale nikt pana nie zmusza, żeby poddawać się stereotypom.

- W chwili, kiedy mówię o sobie: jestem pisarzem polskim, wszyscy zaczynają tego ode mnie wymagać.

To kim pan jest tak naprawdę? Albo, kim pan chciałby być? Ciężko mi pana zdefiniować.

- Bo widzi pan, jak ktoś jest sobą, a nie papieżem, naukowcem, pisarzem, czy inną rolą społeczną, ale po prostu sobą, to zawsze ciężko zdefiniować.

Przejmuje się pan krytyką?

- Co do mojej literatury, sam znam jej niedoskonałości, ale wiem, że bez tego by nie istniała. Za każdym razem popełniam te same błędy, ale to są słabe strony książki, współistnieją z mocnymi. Nie da się ich wyeliminować, ponieważ na moim pisaniu odciska się mój charakter.

A kiedy czyta pan nieprzychylne panu tytuły artykułów tudzież komentarze internautów, to pojawia się u pana jakaś refleksja, że może faktycznie w jakimś danym momencie przegiął pan wypowiedzią, zachowaniem, ubiorem?

- Po pierwsze - nigdy nie czytałem ani artykułów z portali plotkarskich ani tym bardziej tego szamba, jakim są komentarze bezrobotnych frustratów. Po prostu ludzie tam zatrudnieni, często bez studiów, o wiele młodsi ode mnie, których nie było jeszcze na świecie, kiedy ja siedziałem w 1992 roku na pokazie Chanel w Paryżu, nie mają kompetencji, aby mnie oceniać.

Czyja opinia jest dla pana najważniejsza?

 - Oczywiście moja. Często bardzo krytyczna. Mam oczy i potrafię ocenić zarówno moją stylizację - bywa, że krytycznie - jak i umiem czytać, i potrafię wykazać wady każdej mojej książki. Tyle tylko, że niekoniecznie rozpowiadam o tym dookoła.

Ale ze zdaniem pana mamy również się pan chyba mocno liczy. Mówił pan w wywiadach, że pewnego okresu swojego życia nie będzie już nigdy poruszał, bo sprawia pan tym przykrość swojej mamie. Nadal tak jest?

-Tak, oczywiście. Ale na przykład w kwestii stylizacji czy prozy już mama niewiele ma do powiedzenia. Oczywiście, że nie chcę wygłaszać kontrowersyjnych tekstów, ani nosić kontrowersyjnych stylizacji, ani zachowywać się kontrowersyjnie i pod tym względem na pewno nie jestem całkiem niezależny, muszę się dostosować do odbioru w Polsce i do odbiorcy. Każda kontrowersyjna wypowiedź czy zachowanie oznacza poważne straty finansowe chociażby.

Co pan ma na myśli mówiąc: - Każda kontrowersyjna wypowiedź czy zachowanie oznacza poważne straty finansowe chociażby?

- Nie wiem, czy pan zauważył, ale od około dwóch, trzech lat nie było ani kontrowersyjnej stylizacji, ani wypowiedzi. Musi pan pamiętać, że duża część moich zarobków to typowo "celebryckie" fuchy, takie jak opłaty za pojawianie się na imprezach, na zakupach w jakimś centrum handlowym, pokazanie się w knajpie. I takie propozycje natychmiast znikają po każdej kontrowersyjnej wypowiedzi czy stylizacji. Teraz na przykład grałem w serialu. Dlatego ważne jest, że wewnątrz książki, mogę być totalnie niezależny.

Jest coś, czego pan w sobie nie lubi? Mówię o charakterze...

-Oj, bardzo dużo! Ale z niektórymi wadami po czterdziestce już nie ma chyba sensu walczyć...

Co to za wady?

- Nie jestem skłonny do aż takiej szczerości z panem.

Żałuje pan czegoś?

- Owszem, żałuję dwóch lat "zadawania się z modą" i "blogerki modowej". Dlatego, że artystyczne efekty w postaci powieści "Fioletowe Światło" były takie sobie, choć jest ona bardzo śmieszna, ale mało głęboka. A inwestycja czasu, nerwów i pieniędzy oraz ilość głupoty i smolltoków jakie musiałem wypić, absolutnie nieadekwatna do efektów.

W związku z tym ma pan teraz jakiś nowy pomysł na siebie?

- Właściwie to nie potrzebuję nowych pomysłów na siebie. Staram się trochę ograniczać ilość moich różnych zajęć, aby móc bardziej się wyciszyć i pozwolić sobie na skupienie do prozy, którego największymi wrogami są imprezy ściankowe.

Złośliwi powiedzą, że Michał Witkowski znowu staje się "smutnym pisarzem w szarym sweterku"... 

- Właśnie, że nie. Nie ma już powrotu do sweterka, nawet Burberry. Kiedy idąc ulicą co chwila ktoś mnie zaczepia, żeby zrobić sobie selfie, nie da się już wyjść z domu bez makijażu. Poza tym ja kocham być sławnym, być ubranym może nie kontrowersyjnie, ale jednak "na bogato", mieć wszędzie zniżki, gratisy. W każdej knajpie przychodzi na koniec właściciel i daje butelkę wina, to uzależnia. Nie mogę "wylać dziecka z kąpielą".

- Biorę psychotropy, które wpływają na moją zmianę osobowości. Jestem bardzo szczęśliwy sztucznym szczęściem, zagwarantowanym w ulotce - powiedział to pan w rozmowie z Tomaszem Raczkiem w programie Kultowe Rozmowy. Nadal ta ulotka gwarantuje panu szczęście?

- Owszem, na szczęście!

Rzeczywistość jest aż tak straszna, że trzeba tuningować ją tabletkami?

- Nie, depresja to choroba polegająca na obniżonej zdolności pewnej części mózgu do produkcji serotoniny, czysto medyczna ułomność, bez wpływu żadnych powodów z zewnątrz.

Terapia chyba zakłada, żeby z czasem tę farmaceutykę odstawić i spróbować żyć bez niej. Pan próbował?

- Nie zakłada, jeśli po trzech próbach odstawienia za każdym razem po miesiącu wracała depresja w formie nasilonej.

Kończąc naszą rozmowę chciałem jeszcze wrócić do jej początku - czyli do tematu książki. Pojawiają się pierwsze recenzje powieści "Wymazane", recenzje bardzo pozytywne. Można chyba powiedzieć, że wrócił pan w świetnej formie. A co z planami na przyszłość?

 - Oczywiście, że mnie to cieszy, ponieważ trzy razy wstrzymywałem się z oddaniem do druku tej powieści. Za każdym razem zadawałem sobie pytanie, czy to aby jest to i za każdym razem musiałem sobie odpowiedzieć "no, du*y nie urywa..." I dopiero za czwartym razem, kiedy kolejne pół roku pisałem i przekopywałem powieść, byłem zadowolony i już "urywało". Teraz zwykle następuje u mnie przerwa pomiędzy powieściami, nie jestem Mrozem, aby pisać pięć książek rocznie. To jednak jest literatura wysokoartystyczna, tu wszystko idzie wolniej.


INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje