Reklama

Mateusz Borek: Trzeba było zacisnąć zęby i otrzeć parę łez

Mateusz Borek /East News

Jako młody człowiek wyjechał do Anglii, gdzie zmywał naczynia i obierał warzywa. Wszystkie pieniądze wydawał na mecze i musicale. Wrócił do Polski, by rodzinną Dębicę zamienić na Warszawę, w której skrupulatnie dążył do realizacji swojego marzenia - bycia dziennikarzem. Dziś jest nie tylko jednym z najlepszych komentatorów sportowych, ale i osobowością telewizyjną. O tym wszystkim mówi Mateusz Borek w rozmowie z Łukaszem Piątkiem.

Reklama

Łukasz Piątek Interia: Wygrał pan czy jednak odpuścił?
Mateusz Borek:
- Co takiego?

Wyścig. W 2015 r. w rozmowie z Tomaszem Ćwiąkałą dla "Weszło" powiedział pan:  "Jestem zmęczony ściganiem się z życiem".

Reklama

- Życie generalnie jest sinusoidalne. Są okresy lepsze, są i gorsze. Przychodzą też takie momenty, kiedy na jakiś czas traci się sens robienia tego, co robiło się do tej pory, człowiek zastanawia się, czy zmierza w dobrym kierunku, ile jeszcze w danej dziedzinie możne zrobić, czy jest spełniony, czy to rzeczywiście są najważniejsze rzeczy w życiu. Rozmawiając w tamtym czasie z Tomkiem, nie chcę mówić o kryzysie twórczym, bo to za duże słowo, natomiast prawdopodobnie przechodziłem przez okres pełen pytań i wątpliwości. Wydaje mi się, że w tej chwili wygląda to trochę inaczej, być może dlatego, że wszedłem w wiek Mickiewiczowski - imię jego czterdzieści i cztery.  

- Ponadto znalazłem sobie kilka innych płaszczyzn, które zapewniły mi taki "drive". Nigdy w życiu nie pracowałem dla pieniędzy, natomiast uważam, że pieniądze na pewnym poziomie powinno się mieć. Nigdy nie były one największą motywacją w mojej pracy, bo wychodziłem z założenia, że trumny nie mają kieszeni. Kasy nie powinno się magazynować, żeby później kolejne pięć pokoleń ją rozwalało. Wydaje mi się, że dzieci powinno się wychować, wykształcić, a same pieniądze mają być środkiem do fajnego, ciekawego życia, do realizowania swoich pasji. Dlatego ja zawsze mówię, że nawet w momencie, kiedy moja stacja nie ma ligi mistrzów czy jakiegoś innego turnieju, to warto mieć te pieniądze, żeby samemu pojechać i obejrzeć mecz. Przecież od tego wszystko się zaczęło, kiedy jako dzieci zakochiwaliśmy się w sporcie.

- Nie wiem, czy wygrałem ten wyścig, czy może poległem. Wiem jedno - jestem teraz w takim momencie, gdzie po lekkim kryzysie i obniżce formy, założyłem kolce i wróciłem na bieżnię.

I bierze pan na swoje barki jeszcze więcej ciężaru, bo zaczyna pan działać jako promotor boksu.

- Boks generalnie jest trudny w Polsce do zrobienia. Tutaj absolutnie nie chcę robić wycieczek personalnych, bo ostatnio zrobiło się za dużo w tym wszystkim nienawiści, goryczy, ciężkich relacji między promotorami. Trzeba zacząć od tego, że w Ameryce wygląda to następująco - przychodzi telewizja Showtime czy HBO i mówi: proszę pana, mamy 5 milionów dolarów, potrzebujemy za to zrobić galę, proszę o przesłanie karty walk, bo jako telewizja musimy to zatwierdzić, ponadto chcemy, żeby w walce wieczoru zaboksował ten i ten. W Polsce takich możliwości nie ma. Tutaj są inne finanse. Kontrakt z telewizją oczywiście daje możliwości - przy dużej kreatywności promotorów - pozyskania sponsorów, reklamodawców, wypromowania zawodników, zbudowania ich w mediach. Natomiast to są zwykle pieniądze, które przy dobrej karcie sportowej pozwalają tylko na zapłacenie bardzo małej części tej karty walk. Żeby to się złożyło, trzeba po pierwsze zainwestować w promocję i sprzedać bilety, po drugie dostać licencję od telewizji, po trzecie być na tyle wzbudzającym zaufanie i kreatywnym, żeby przekonać paru sponsorów, a po czwarte być przygotowanym finansowo na to, że jak się któryś tam czynnik nie do końca złoży, to jesteś w stanie dołożyć ze swoich. Ponieważ mam jakieś tam swoje działalności życiowe, to jestem w stanie robić galę ze świadomością ryzyka, że w najlepszym wypadku wyjdę na zero. Ale są ludzie, dla których to jedyne zajęcie w życiu, dlatego na przestrzeni kilku gal w roku muszą wypracować taki dochód, żeby móc później za co żyć. Bardzo często mijamy się z innymi promotorami w tej optyce. Ja chcę robić show dobrze opakowane, z dobrymi, emocjonującymi walkami. Nie mam obsesji sztucznego budowania zawodnika po to, żeby go później sprzedać na złoty strzał, jak robi to wielu polskich promotorów. Nie mam potrzeby detalicznego wyciągania kasy z gali. Zatem nie ma tragedii, kiedy muszę dołożyć kilka złotych, a już całkiem sympatycznie się robi, jak wychodzę na zero.

Przed czerwcową galą mówił pan pół żartem, pół serio, że jeśli nie wypali, to trzeba będzie sprzedać mieszkanie...

- Na szczęście nie musiałem tego robić. Nie trzymam za dużo pieniędzy na koncie, bo zawsze wychodziłem z założenia, że pieniądze powinny pracować. Naprawdę byłem przygotowany na to, że jeśli się nie powiedzie, to sprzedam to mieszkanie. Drugą galę zrobiliśmy w Częstochowie z innymi promotorami - Mariuszem Grabowskim i Andrzejem Gmitrukiem. Tam byłem w jeszcze trudniejszej sytuacji, bo chciałem zrobić wielką galę w Krakowie 2 grudnia, ale telewizja zarezerwowała tę datę dla innego promotora - Andrzeja Wasilewskiego, dlatego musiałem przerwać swoje negocjacje z Dereckiem Chisorą. Andrzej ostatecznie na kilka tygodni przed swoją galą odwołał całe przedsięwzięcie, wypłacając jakąś rekompensatę Tauron Arenie. Zarządca Tauron Areny błyskawicznie do mnie zadzwonił z pytaniem, czy nie chciałbym jednak zrobić gali u nich. Grzecznie odmówiłem, bo jestem człowiekiem w miarę rozsądnym w biznesie i zdaję sobie sprawę z tego, że aby sprzedać bilety na tak dużą halę, potrzeba 4 miesięcy.

Kiedy budzi się pan rano, to myśli sobie - mogę wszystko, ale nic nie muszę?

- Nie, bo pycha to już tylko krok przed upadkiem. Wolę się obudzić z uśmiechem na buzi i przeświadczeniem, że jest następny, fajny dzień, uśmiechnąć się do losu, bo mam coś ciekawego do zrobienia. Nie wyobrażam sobie nic nie robić. Patrzę na wielu moich znajomych, trochę starszych ode mnie, patrzę na mojego ojca, który ma w tej chwili 67 lat i jest dyrektorem Miejskiego Ośrodka Kultury w Dębicy, cały czas jest czynny zawodowo, i tak sobie wyobrażam, że praca zawodowa w życiu człowieka jest niezwykle istotna. Nie tyle z powodu historii materialnych, co z potrzeby zmuszenia ciała i umysłu do wysiłku, żeby rano wstać, ogolić się, umyć, mieć cel. Moja praca pozwala mi się wolniej starzeć intelektualnie. Jeśli człowiek ma coś codziennie do zrobienia, musi myśleć, pisać, rozmawiać, spotykać się, to te komórki wolniej obumierają. Generalnie sobie nie wyobrażam życia bez ludzi. Zawsze z nimi żyłem, od dziecka. Byłem człowiekiem towarzyskim i kontaktowym. Moje dzieciństwo w Dębicy to był świat kultury, sportowców, kibiców, ale i tej ciemniejszej strony miasta. Wszędzie byli ludzie, dlatego dla mnie to bardzo ważne, żeby się nimi otaczać.

Mówi pan, że budzi się z uśmiechem na buzi, zresztą pan zawsze jest uśmiechnięty. Aż dziw bierze, że nie reklamuje pan pasty do zębów.

- Może dlatego nie, że nie zrobiłem kompozytu na zęby. Dziś dużo ludzi ma sztuczny uśmiech. Ja niestety jadę na swoich zębach. Z tym też się wiąże ciekawa opowieść. Nigdy nie byliśmy zamożnym domem, ale za to bardzo szczęśliwym. Moja mama najpierw pracowała w Stomilu, który produkował opony, potem była dyrektorem Hotelu Igloopol, w międzyczasie uczyła angielskiego w dębickim liceum, a kończyła swoją pracę zawodową, bo zmarła przedwcześnie, mając swój biznes odnowy biologicznej. To były pieniądze, które pozwalały nam normalnie żyć. Tata całe życie był wspaniałym człowiekiem, żył tak jak lubił, otaczał się kulturą, którą nadal kocha. Był dyrektorem teatru, zajmował się amatorskim ruchem artystycznym, dużo recytował, jeździł na konkursy, prowadził lokalny, amatorki teatr. Później, kiedy mama zachorowała, musiał zmienić pracę. Wykonywał ją rzetelnie, ale chyba nie do końca go pasjonowała. To było widać. Na starość wrócił do kultury, dlatego dzisiaj jest w dalszym ciągu w Miejskim Ośrodku Kultury w Dębicy. Zarobki rodziców pozwalały nam dobrze zjeść, fajnie spędzać czas. Żyliśmy jak normalna rodzina na 48 metrach kwadratowych. I teraz odnośnie tych zębów i jedzenia - mama zawsze powtarzała, że najistotniejsze są trzy rzeczy: dbanie o zęby, dobre buty i dobre jedzenie. Wydawaliśmy kupę kasy na dobrej jakości jedzenie, bo rodzice zawsze nam wpajali, że to jest nasze paliwo, więc jeśli jesz byle co, to z czasem wyglądasz i czujesz się byle jak.

Ale propozycję reklamowania innego środka do higieny już pan otrzymał...

- Żelu pod prysznic.

Którym miał się pan polewać stojąc pod prysznicem. Dlaczego pan nie skorzystał?

- Żona powiedziała, że skoro od kilkunastu lat nie posiadam kraty na brzuchu, to mam się nie wygłupiać.

Co dziś Mateusz Borek powiedziałby tamtemu Mateuszowi, który jako dwudziestolatek przyjeżdża do Warszawy?

- Że podjął dobrą decyzję. Zaryzykował. Opłaciło się. Gdyby tego nie zrobił, to dziś pewnie pracowałby w dębickiej telewizji kablowej. A może poszedłby w zupełnie inny zawód, bo nie byłoby go stać na pracę w lokalnym dziennikarstwie. Nie umiem dziś tego zwizualizować i zdefiniować, co by było, gdybym tam został. Zawsze kochałem swoje miasto i nie miałem problemów przyznać się, gdzie są moje korzenie. Choć miałem też okres trudnej miłości z Dębicą, a cała historia związana była z osobą byłego burmistrza, który wówczas zarządzał miastem, i który w skurw***ski sposób upokorzył mojego tatę, zarzucając mu rzeczy, które nie miały miejsca. Natomiast od momentu, kiedy pojawił się inny burmistrz, zawsze deklaruję, że jestem chętny do pomocy w moim rodzinnym mieście.

- Przyjeżdżając wtedy do Warszawy miałem przewrót w swoim życiu prywatnym, więc uznałem, że powinienem spróbować innego życia. Wsiadłem do pociągu i przyjechałem. Znalazłem pokój na Targówku, skąd do centrum jechałem autobusem 55 minut. Pracowałem najpierw jako recepcjonista, później zahaczyłem o nieruchomości. Nie miałem pieniędzy, na pomoc rodziców za bardzo nie miałem co liczyć, musiałem się sam utrzymać, żeby zacząć szukać później tej pracy, którą chciałem wykonywać - czyli dziennikarstwa. Idąc do gazety z ulicy, odbiłeś się raz, drugi, trzeci. W telewizji to samo. Nie było nawet mowy o jakichś praktykach. Dopiero w 1997 r. nastąpił przełom. W Polce otworzył się Eurosport, gdzie zatrudnił mnie Witek Domański. Pracowałem także w agencji PR Andrzeja Persona. Potem pojawił się Janusz Basałaj i zaproponował mi pracę w Canal Plus. Janusz zaznaczył od razu, że nie będę tam komentatorem, ale reporterem, który musi się wszystkiego nauczyć. To była fajna szkoła. Janusz chciał mnie sprawdzić charakterologicznie, bo powiedział, że nie będę u niego komentował, a po miesiącu komentowałem. Widocznie musiał zobaczyć, jaka będzie reakcja chłopaka, który dostał szansę komentowania w Eurosporcie, ale musi zrobić kilka kroków do tyłu, żeby odnaleźć się w innej stacji. Wytrzymałem to ciśnienie.

Kiedy wysiadł pan na dworcu w Warszawie, to od samego początku miał pan cel, żeby być kiedyś w tym miejscu zawodowym i w ogóle życiowym, w którym dziś pan jest?

- Wiedziałem, co chcę robić. Wcześniej studiowałem na prywatnej uczelni w Nowym Sączu, ale tak bardzo spodobało mi się życie studenta, że opuszczałem coraz więcej zajęć. W końcu mama powiedziała, że jeśli nadal będę olewał zajęcia, to rodzice przestaną mi finansować szkołę.

I wtedy się pan zbuntował

- Tak. Wyjechałem do Londynu. Myłem naczynia, obierałem warzywa, uciekałem średnio dwa razy w tygodniu w zielonym mundurku z obywatelami Ekwadoru przed policją, bo pracowałem na czarno. Po sześciu miesiącach, kiedy zdałem sobie sprawę, że harując na dwie zmiany nic nie odkładam, bo wszystkie pieniądze wydawałem na musicale i na mecze, kupiłem bilet i wróciłem do Polski. Przyjeżdżając do Warszawy wiedziałem, że będę pracował jako dziennikarz. Zadawałem sobie tylko pytanie, jak szybko się uda ten plan zrealizować. Miałem marzenie, żeby przed czterdziestym rokiem życia skomentować finał mistrzostw świata. Udało się dużo szybciej.

Jest pan zaskoczony, że to wszystko tak szczęśliwie się dla pana ułożyło? To kwestia szczęścia, pracy, talentu?

- Talent to jakieś 15 procent w tym zawodzie, przynajmniej moim zdaniem. Przez to, w jakim domu się wychowałem, miałem wysoki poziom wiedzy ogólnej. A to też pomaga, bo w tym zawodzie na samym końcu chodzi o to, żeby być sobą, a nie kalką. A kiedy możesz nie być kalką? Wtedy, gdy masz w głowie coś więcej niż tylko wiadomości przeczytane z codziennej gazety sportowej. Z racji tych wszystkich teatrzyków, słuchu muzycznego, obcowania od ósmego roku życia z mikrofonem na scenie, bo bawiłem się w konferansjera jako małolat, było mi łatwiej. To też kwestia genów. Mój tata zawsze miał świetną dykcję, wygrał sporo konkursów recytatorskich, choć nigdy nie kształcił się w tej materii. Kolejna rzecz - szczęście. Szczęściem jest trafienie na właściwych ludzi. Miałem w Warszawie przyszywanego wujka Artura Barcisia, bo mój tata znał się z nim od lat, spotkałem na swojej drodze Andrzeja Persona, który przedstawił mnie Januszowi Basałajowi, pierwszą transmisję zrobiłem z Andrzejem Janiszem. Później szansę dał mi Marian Kmita. To byli ludzie, którzy coś we mnie zobaczyli.

- Ostatnio jednak myślę, że miałem taki upór "chama z Podkarpacia". Wiedziałem, czego chcę. Zawsze byłem pracowity i miałem ambicję. Nie pękałem, nie bałem się. Chyba jest coś takiego, że jak jesteś fajnym chłopakiem albo fajną dziewczyną i jesteś stąd, pochodzisz z zamożnego domu, wymyślasz sobie jakiś zawód, w którym chcesz funkcjonować, to oczywiście się starasz. Z tą różnicą, że nie robisz tego ze świadomością, że jeśli się nie powiedzie, to nie żyjesz. A ja tę świadomość miałem. Dlatego byłem zawzięty. Do tego dochodziły takie dylematy, co jeść od poniedziałku do piątku, bo w weekend zaprosiłeś dziewczynę do kina, więc trzeba uciułać na bilety. Wtedy pojawia się myśl, że trzeba ten moment przetrwać, wytrzymać, że tak nie będzie zawsze. To nie jest tak, że ja nie miałem w życiu momentów, kiedy trzeba było zacisnąć mocno zęby albo otrzeć kilka łez. Bardzo często myślę o wielu rzeczach w życiu i sądzę, że nawet mając rodzinę, przyjaciół, ludzi, którzy cię otaczają i ci pomagają, to i tak przez te najcięższe chwile musisz przejść sam. Sam wewnętrznie musisz z tym wygrać, złamać te ciężkie momenty. I ja je łamałem, raz lepiej, raz gorzej, ale łamałem.

Przypomniałem sobie, że jeszcze po drodze prowadził pan hurtownię koszul. Dlaczego porzucił pan ten biznes? Chodziło o ambicję, czy nie wstrzelił się pan z biznesem w rynek?

- Biznes prosperował bardzo dobrze. Hurtownię prowadziłem razem z kolegą Jurkiem. Byliśmy małolatami. Natomiast jak to czasami między facetami bywa - poróżniliśmy się w pewnym sprawach. Zapadała decyzja, że trzeba się rozstać. Jurek jeszcze chwilę handlował tymi koszulami, ja poszedłem w inną stronę.

To wróćmy do Warszawy i do okresu, kiedy staje się pan osobą znaną. Odbijała czasami sodówka?

- Zależy, co rozumiemy pod tym pojęciem. Jeśli mnie pan pyta, czy chodziłem więcej po klubach i balowałem, to tak. Byłem sam, nie miałem rodziny, nie byłem z nikim związany. Co ma robić młody chłopak, który kończy komentować mecz w sobotę o 22? Wracałem do domu, brałem prysznic i w miasto. To też wynikało z mojego charakteru, bo byłem i jestem towarzyski, co już wcześniej powiedziałem. Zwyczajnie ciągnęło mnie do ludzi. Nie wiem, czy można to traktować w kategorii sodówki. Generalnie do dziś jest tak, że w każdym większym mieście w Polsce mam swoich kumpli, których poznałem dawno temu, ale nadal mam z nimi kontakt. Jeśli jadę gdzieś w Polskę, to zawsze mam się z kim spotkać, zjeść kolację, fajnie spędzić czas. Trzeba też pamiętać o tym, że dziś Polska zrobiła się bardziej kolorowa. Wtedy nałożenie żelu na włosy i włożenie ekstrawaganckiego garnituru traktowane było w kategoriach szpanu i lansu.

Ale pan faktycznie wtedy się wyróżniał ubiorem i stylem bycia na tle innych dziennikarzy

- Bo to wynikało też z mojego domu. Mama zawsze chodziła dobrze ubrana. Mieliśmy przyjaciół  w Belgii, którzy w latach osiemdziesiątych przysyłali nam ubrania - najczęściej używane. Jak miałem jakieś pierwsze zarobione pieniądze to niestety - bo tak muszę dziś powiedzieć z perspektywy czasu - wydawałem je nie na te rzeczy, na które powinienem je wydać, dzięki czemu mógłbym dużo szybciej dojść do pewnego komfortu finansowego. Pamiętam taką historię, kiedy Artur Barciś budował dom. Namawiał mnie, żebym kupił działkę obok niego. Ta ziemia kosztowała siedem dolarów za metr. Mówię do Artura: - "Daj spokój. Gdzie ja tam będę w jakąś ziemię inwestował. Kupię sobie za to z pięć garniturów i fajny zegarek". Okazało się później, że w ciągu roku cena tej ziemi wzrosła z siedmiu do 84 dolarów za metr. Człowiek było młody i głupi. Chciał po prostu żyć i niczym się nie przejmować. Z drugiej strony mówię sobie, że nic w życiu nie jest przypadkowe. Bo może dzięki temu, że nie kupiłem tej działki, tylko wydałem te pieniądze na rzeczy konsumpcyjne i materialne, z pozoru głupie, mogłem te garnitury na siebie założyć, mogłem pójść w 15 miejsc, mogłem poznać następnych 15 ludzi, mogłem zrobić następne 15 chałtur. Tym samym otworzyłem następne 15 furtek w swoich życiu.

- Nie umiem udawać kogoś, kim nie jestem. Gdybym ja dziś nagle stał się mrukiem, stałbym się smutny, zgorzkniały, zgryźliwy, to ludzie powiedzieliby, że jestem chory psychicznie. Zawsze byłem wesoły, uśmiechnięty, żyłem na tak. Mam to po mamie. Ponadto tam u góry jest zapisane, ile czasu nam pozostało. Nie powiem hedonistycznie, żebyśmy żyli tak, jakby to miał być nasz ostatni dzień. Natomiast żyjmy fajnie, z uśmiechem, z ludźmi, spędzajmy czas z przyjaciółmi, bo przecież nie wiemy, czy to się skończy za 30 lat, za 15, czy może za chwilę. Ja tak żyję i jestem z tego życia zadowolony. Czasami, jak już gdzieś ten procesor się przegrzewa, to mamy z żoną swój alternatywny świat w Tajlandii, gdzie możemy się odciąć od wszystkiego.

Często odwiedza pan swój dom w Tajlandii?

- Staram się jak najczęściej. Średnio spędzamy tam trzy miesiące. To dla nas miejsce oczyszczenia ciała i duszy. Zwalniamy. Przestajemy patrzeć w telefon komórkowy, nie zakładamy zegarków, nie sprawdzamy, czy ktoś dzwonił lub napisał maila. Wszystko staje się obojętne w pozytywnym znaczeniu. Wstajesz tak, jak wstaje słońce, chodzisz spać, jak przychodzi noc. Żyjesz od posiłku do posiłku, zmieniając tylko plażę. Robię tam dużo rzeczy, których w Warszawie nie robiłem od lat. Podjadę do miejscowego marketu budowlanego, kupię puszkę farby, pomaluję jakiś słupek w ogrodzie, wymienię żarówkę, naprawię drzwi, skoszę trawę.

Kiedy opowiada pan o tym miejscu, to bije od pana radość...

- Bo to wspaniałe miejsce. Mogę się opalać i równocześnie robić coś fajnego, jak choćby to wspomniane malowanie. Za chwilę ściana mojego domu, czy te słupki wyglądają fajnie, bo człowiek coś zrobił. Po prostu czysta przyjemność. Nie myślisz o niczym, nie spieszysz się, nie stresujesz. Chce ci się dzisiaj pomalować dwa słupki, to pomalujesz dwa. Jak jutro zachce ci się pomalować trzy następne, to zrobisz to. A jak ci się odechce, to nie pomalujesz, zrobisz to za pięć dni, nic się nie dzieje. Jesz, ile chcesz, bo od tego jedzenia się nie tyje. Jak kupuję tam kurczaka, to jest on trzy razy mniejszy od tego polskiego, bo jest naturalnie wyhodowany. Generalnie ludzie dookoła, którzy przedkładają być nad mieć są uśmiechnięci - niezależnie od tego, czy mają zapłacone miseczką ryżu za całodzienną, ciężką pracę. Kiedy człowiek się budzi i widzi piękne słońce, zieloną dżunglę, to zaczyna myśleć w innych kategoriach, że może czasami za bardzo pędzimy. Natomiast trzeba też powiedzieć, że nie da się tam żyć na dłuższą metę. Ten wyjazd na dwa-trzy miesiące to idealny moment, żeby się wyczyścić - głowę, duszę, ciało. Potem wraca się ze zdwojoną energią i tutaj w Polsce intensyfikuje się swoją działalność.

Boi się pan zdziadzieć na stare lata?

- W ogóle nie mam takiego poczucia, że ten proces starzenia się już zachodzi i mając 44 lata powinienem przystopować, inaczej się zachowywać, wyciszyć. Wiadomo, że nie osiągnę już sylwetki sprzed 20 lat, ale mimo to staram się być aktywny fizycznie. Do pana też przyszedłem prosto z treningu. O 10 idę poćwiczyć, a dopiero później jadę do pracy, bo specyfika tej roboty jest taka, że zaczynamy później, ale i kończymy później.  U mnie w tym cyklu pracy sobota czy niedziela niczym nie różni się od wtorku czy soboty. W naszym fachu nie ma powtarzalności życia. Kiedy rozmawiam z kolegami pracującymi w korporacjach, to u nich jest jakiś schemat - praca od poniedziałku do piątku, powtarzalność wolnych weekendów, wyjazdy na majówkę, latem wakacje, zimą narty itd. Taki świat jest bardzo uporządkowany. Nie powiem, że to coś złego. Każdy lubi inne życie. Ja wiem jedno - nie umiałbym się odnaleźć w takiej pracy. Dostałem kiedyś bardzo dobrą propozycję finansową z dużej korporacji telekomunikacyjnej, pewnie razy pięć to, co wówczas zarabiałem jako dziennikarz. Zastanawiałem się nad tym i zdałem sobie sprawę, że musiałbym przestać chodzić na spotkania, a zacząć uczęszczać na meetingi, że już nie będę chodził na obiady a na lunche, że będą dinnery zamiast kolacji, że moje życie będzie oparte na mailingu. Stwierdziłem, że to nie jest mój świat i nie jest on wart żadnych pieniędzy, żeby rezygnować z mojego rytmu życia. Bo ja mam życie ciekawe i kolorowe, może nawet czasami beztroskie. Poza tym lubię ten niepokój, niepewność. Człowiek uzależnił się od adrenaliny wynikającej z tego, że nie wiesz, co przyniesie jutro. Ze mną nie można planować zbyt wielu rzeczy, bo dziś jestem w Warszawie, ale jutro mogę w innej części świata z uwagi na obowiązki zawodowe.

Ten dom w Tajlandii i trzymiesięczne wakacje, które pan funduje sobie i rodzinie, to taka rekompensata za ten czas poświęcany pracy? Ma pan czasami takie poczucie, że przez pracę i związane z nią częste wyjazdy, coś panu ucieka, że traci na tym pańska relacja z synem, z żoną?

- Raczej nie. Kiedy są dni zajęte, to są zajęte, a kiedy człowiek jest w domu, to w nim jest i daje siebie całego. Wydaje mi się, że potrafię to wszystko tak poskładać, żeby rodzina nie cierpiała. Wiem, gdzie jest mój dom, wiem, czym jest dla mnie rodzina.

Lubi pan luksus?

- A co pan rozumie pod tym pojęciem?

Dobre zegarki, garnitury, samochody...

- Jak pan widzi - nie mam Roleksa. Nigdy mnie nie ciągnęło, żeby zbierać na jacht. Nie jeżdżę na szpanerskie narty, bo bliżej mi do hokeja - z tego względu, że w domu nigdy nie było kasy na narty, więc zakładało się łyżwy i szukało się kawałka zamarzniętego jeziora. Nigdy mnie nie ciągnęło do jakichś super drogich aut. Nie mam ciśnienia, że moje auto musi być wypasione. Dom w Tajlandii też nie był kaprysem. To był przypadek. Pojechałem z żoną do znajomego, który ma tam dom. Poznałem Taja, który miał kilka spraw do wyjaśnienia z Rosjanami, pomogłem jako tłumacz, a koniec końców okazało się, że ten człowiek ma na sprzedaż nieruchomość. Żal było nie skorzystać, bo zaproponował dobrą cenę i raty zero procent.

Jakie ma pan wady zdaniem pańskiej żony?

- Nie wystarczy panu miejsca... Na pewno bałaganiarz, żarłok, trudny charakterek. Żona uważa, że trzeba mnie dyscyplinować, bo jak się mnie nie pilnuje, to podobno mogę się zatracić i stać się zbyt zabawowy. Chyba najczęściej ma jednak pretensje o to, że nie sprzątam po sobie. Sama mnie do tego przyzwyczaiła, bo wszystkie domowe historie wzięła na siebie. Dziś trudno, żeby po 12 latach zaczęła wymagać ode mnie sprzątania w domu czy zrobienia prania. Takie rzeczy ustala się i dociera na początku znajomości. Teraz jest za późno. Moja żona świetnie prowadzi dom i ma do tego wyjątkowy talent, więc ja się nawet nie chcę jej wtrącać. Aha, byłbym zapomniał - zbyt duży wpływ kolegów - o to też się złości.

I mając to wszystko na uwadze - nie ma w domu spięć, kiedy po pracy przyjmuje pan wieczorem trzy mecze w telewizorze?

- Mamy cztery telewizory, prawie jak Presley. Żona ma swoje programy, filmy, seriale. Młody coraz częściej ogląda ze mną mecze, bo bardzo lubi piłkę. To też dla mnie taki fajny moment, że możemy coś budować z synem - wspólnie spędzać czas, oglądając piłkę nożną, dyskutując o tym, co dzieje się na boisku. Oglądamy pierwszą połowę, w przerwie gramy jeden na jednego, a w drugiej połowie on najczęściej idzie spać. Żona poznała mnie, kiedy już siedziałem po uszy w futbolu, w pracy. Wiedziała, że wygląda to właśnie tak. Dla niej to, że oglądam tyle meczów czy boksu, jest naturalne. Puka się tylko w głowę, dlaczego z soboty na niedzielę nastawiam budzik na trzecią rano i zasiadam przed telewizorem oglądać walkę. Mówi, że muszę być psychicznie chory, skoro zamiast nagrać walkę albo obejrzeć powtórkę, ja wstaję o tej trzeciej, oglądam galę, później kładę się znowu do łóżka o piątej, dosypiam do dziewiątej, żeby na jedenastą być w Polsacie i prowadzić na żywo Cafe Futbol.

Gdzie spędza pan święta?

- W Warszawie. Przyjedzie tata, babcia, siostra z mężem i dziećmi, teściowie. Zawsze spędzamy święta w Polsce. Co więcej - nigdy nam się nie zdarzyło, żebyśmy święta spędzali poza domem, gdzieś w hotelu. Zaraz po świętach uciekamy z żoną na tydzień w ciepełko, natomiast 12 stycznia na miesiąc lecimy do Tajlandii.

A co z planami na 2018 rok?

- W kwietniu lub maju planuję zrobić wielką galę bokserską, potem wybieram się na mistrzostwa świata do Rosji, ale już nie w roli dziennikarza, a w roli kibica. Od wiosny razem z moim szefem Marianem Kmitą będziemy się zastanawiać, jak w lipcu pokazać widzowi ligę mistrzów, która wraca do domu - na antenę Polsatu.

Czego w nadchodzącym roku można życzyć człowiekowi spełnionemu, zamożnemu, szczęśliwemu i uśmiechniętemu?

- Żeby nie było gorzej. Że jak się spotkamy w grudniu 2018, to człowiek będzie o rok starszy, ale tak samo szczęśliwy i zdrowy. Naprawdę nie mam większych oczekiwań. Dawno temu zdałem sobie sprawę, że świat się nie kręci wokół nas i nie jesteśmy jego pępkiem. Na koniec to może będzie smutna konstatacja, ale najlepiej widać to na przykładzie święta Wszystkich Świętych. Ktoś bliski nam umiera, są setki ludzi na pogrzebie, kondolencje, mnóstwo zniczy i kwiatów. Mijają kolejne lata i na tym grobie jest coraz mniej świeczek, coraz mniej osób przychodzi. Musimy to zaakceptować, że za kilkanaście, kilkadziesiąt lat, nawet jeśli coś tam znaczymy i nam się wydaje, że znaczymy, że mamy bardzo szerokie spektrum zainteresowań, to musimy się liczyć z tym, że i nam ktoś w końcu tę świeczkę będzie musiał zapalić.

Rozmawiał Łukasz Piątek

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje