Reklama

Mariolka nie idzie na wojnę

O tym, co jest pociągającego w czarnych charakterach i... żołnierzach, a także dlaczego dziennikarze chcą zmusić aktorkę do dobrowolnego postawienia się pod pręgierzem, rozmawiamy z Agnieszką Dygant.

Proszę opowiedzieć o postaci, którą pani gra w "Tylko mnie kochaj".

Reklama

Agata jest współwłaścicielką firmy architektonicznej. Jest to osoba młoda, wykształcona i złośliwa. W filmie pełni funkcję czarnego charakteru. To mnie bardzo cieszy, bo nie miałam jeszcze okazji grać takiej roli. Mam nadzieję, że postać będzie na tyle ciekawa i przewrotna, że widzowie dostrzegą także jej sympatyczne cechy.

A co łączy ją z Michałem, granym przez Macieja Zakościelnego?

Agata i Michał żyją w tzw. luźnym związku. Chodzi o pewnego rodzaju układ w duchu dzisiejszych czasów. Właśnie ta powierzchowność ich relacji, ten brak zobowiązań powoduje, że kiedy pojawia się konkurencja - postać grana przez Agnieszkę Grochowską - ich związek się rozpada. I jeszcze jeden element. Agata ma pewną słabość do mężczyzn w mundurach... Ale więcej nie mogę zdradzić.

Ważne role w "Fali zbrodni", "Na dobre i na złe", od niedawna doszła "Niania" w TVN i do tego film kinowy. Chyba jest pani bardzo zapracowana?

Na razie wytrzymuję kondycyjnie (śmiech).

"Polska Sandra Bullock". Co pani sądzi o takich porównaniach?

Dziennikarze widocznie potrzebują takich wytrychów. Kiedyś czytałam, że w pewnych ujęciach jestem podobna do Sophii Loren. Teraz, ponieważ gram w "Niani", wiele osób mówi, że bardzo im przypominam Fran Drescher (odtwórczynię głównej roli w oryginalnej wersji serialu - przyp. red.). No, ale w takim razie znaczyłoby to, że Fran Drescher jest podobna do Sandry Bullock, która z kolei jest podobna do Sophii Loren itd. (śmiech).

Mam wrażenie, że niespecjalnie lubi pani sferę "promocji". Wszystkie te wywiady, sesje zdjęciowe najwyraźniej panią męczą.

Nie mam nic przeciwko konferencjom prasowym i odpowiadaniu na pytania związane z filmem. Nie lubię pytań o sprawy prywatne.

Odpowiadanie na identyczne pytania chyba też bywa męczące?

Niektóre pytania siłą rzeczy muszą się powtarzać. Czasem jednak są to śmieszne sytuacje. Moja ulubiona wygląda tak: dziennikarz mówi "gra pani w trzech serialach". I już. To koniec pytania (śmiech).

Gdyby miała pani sama postawić się pod pręgierzem?

Rozumiem to jako pewien zarzut. Dlatego tłumaczę, że co prawda gram w trzech serialach, ale te postacie są od siebie bardzo różne i co ważne, osobno płacone (śmiech). Trzeba mieć trochę dystansu do tego, co się robi. Zwłaszcza, że nie kręcimy "Ben Hura" czy "Człowieka z żelaza". Czy tego chcę, czy nie - salowa Mariolka z "Na dobre i na złe" nie zmieni oblicza polskiej kinematografii (śmiech).

Nie chciałaby pani częściej występować w teatrze?

W zeszłym roku zagrałam w Teatrze Polskim w Poznaniu. Chodziło o rolę w przedstawieniu "Zwyczajne szaleństwa" w reżyserii Pawła Szkotaka. Nie mogę jednak powiedzieć, że chciałabym się związać na stałe z teatrem. Po skończeniu szkoły rzeczywiście nie widziałam dla siebie innej drogi. Teraz z kolei nie potrafię sobie wyobrazić, że jestem na etacie, zależna w jakiś sposób od układów. Wszystko ma swoje dobre i złe strony. Fajnie być zapraszaną do jakichś projektów. Wtedy ma się wrażenie, że jest się osobą na 100 proc. potrzebną.

Z jakimi reżyserami chciałaby pani pracować?

Z Fellinim (śmiech). To trudne pytanie, bo dotyczy marzeń i łatwo udzielić banalnej odpowiedzi. Z zagranicznych reżyserów pewnie byłby to Pedro Almodóvar. Poza tym przychodzą mi do głowy takie sztandarowe nazwiska: Wajda, Zanussi. Chyba jednak nie myślę w takich kategoriach. Potrzebne są wszystkie elementy: dobry scenariusz, reżyser, klimat w zespole. Niczego nie przyjmuję na wiarę. To, że dany reżyser zrobił świetny film z moim kolegą, nie gwarantuje, że ze mną będzie tak samo. Staram się dużo proponować od siebie, co nie znaczy, że buntuję się przeciwko wskazówkom. Najlepiej jest, kiedy aktor i reżyser spotkają się pośrodku drogi. Chyba najbardziej kieruję się intuicją.

Zdobyła pani nagrodę na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Czy wróci pani kiedyś do śpiewania? Może wyjdzie jakaś płyta?

Raczej nie. Teraz trochę się z tego śmieję. Wyjazd do Wrocławia to było porywanie się z motyką na słońce. Jakimś argumentem było to, że Wojtek Kościelniak od razu zaprosił mnie do drugiego etapu konkursu. Znajomi i profesorowie namawiali mnie, mówiąc, że to zawsze jakaś szansa. No więc siłą rozpędu wzięłam jakąś piosenkę i pojechałam. Cieszę się, że dostałam nagrodę, ale miałam więcej szczęścia niż rozumu. Dzisiaj nie poszłoby mi pewnie tak łatwo.

Rozmawiał Dominik Gąsiorowski

Dzień Dobry

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: pytania | śmiech

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje