Łukasz Zięba: Chciałbym obudzić w ludziach wrażliwość

Łukasz Zięba / fot: Zackery Michael /materiały prasowe

Zaciera się w nas człowieczeństwo, bardziej skupiamy się na pieniądzach, wizerunku, pozycji i popularności, a zatracamy rzeczy najważniejsze - zwyczajną dobroć i miłość między ludźmi. Staram się te przemyślenia wrzucać gdzieś w mój taniec - podkreśla Łukasz Zięba. Pochodzący z Krakowa tancerz od kilku dobrych lat z powodzeniem rozwija swoją karierę w Nowym Jorku.

Reklama

W 2009 roku Łukasz Zięba zajął drugie miejsce w IV edycji "You Can Dance", przegrywając jedynie z Anną Kaperą. Po programie wyjechał do Nowego Jorku - na stypendium do elitarnej szkoły tanecznej The Ailey School.

W Stanach Zjednoczonych mieszka i pracuje do dziś. W połowie lipca przyjechał do rodzinnego Krakowa z warsztatami i sztuką taneczną. Dwa pokazy odbędą się w najbliższą niedzielę (22 lipca, godz. 18 i 20) w klubie ZetPeTe - więcej o sztuce na stronie internetowej organizatora.

Reklama

Dariusz Jaroń, Interia: Przyjechałeś do Krakowa z warsztatami i spektaklem tanecznym "Aurum III". Co to za przedsięwzięcie?

Łukasz Zięba: -  Pomysł zrodził się w Nowym Jorku, a jego współautorami poza mną są Willy Laury, Eriko Iisaku i Scott Schneider. To projekt o charakterze edukacyjno-performatywnym. Jeździmy z nim z Nowego Jorku do naszych rodzimych miast, czyli Paryża, Krakowa i Tokio. Spektaklowi towarzyszy produkcja kilkuczęściowego filmu tanecznego związanego jedną większą historią. Pierwsza część filmu już powstała, wyświetlimy ją w niedzielny wieczór, będzie - oprócz samego tańca - ważną częścią przedstawienia.

Na jakim etapie jesteście z tym międzynarodowym tournee?

- Właśnie wróciliśmy z Paryża, teraz pora na Kraków. Wyjazd do Tokio planujemy na przełomie roku.

Opowiedz, czym - poza spektaklem - zajmujesz się obecnie w Nowym Jorku?

- Od kilku lat występuję jako tancerz. Pracowałem m.in. w Metropolitan Opera, Aspen Santa Fe Ballet, Company XIV czy Lar Lubovitch Dance Company. Ostatnio coraz mocniej zacząłem się angażować w choreografię, tworzenie tańca, a nie tylko występowanie na scenie. Stąd też wziął się ten projekt. Poczułem, że to jest odpowiedni moment w życiu, w którym mogę powoli zacząć tworzyć taniec i dzielić się nim z publicznością w takiej formie.

Masz na myśli kwestię dojrzewania artystycznego? Zważywszy na twój warsztat i doświadczenie to brzmi bardzo skromnie...

- Dojrzałość nie jest związana wyłącznie z doświadczeniem tanecznym, osiągnięciami, czy tym, w jakich zespołach występowałem na świecie. Chodzi o to, czy jestem gotowy i świadomy tego, w jaki sposób chcę tworzyć sztukę i swój taniec. Bardzo łatwo jest tworzyć taniec, chcąc siebie lub kogoś innego zadowolić, udowodnić sobie czy otoczeniu pewne rzeczy. A ja przez taniec chcę zakomunikować innym swoje doświadczenia życiowe. Zacząłem zauważać, że taniec - czy jakakolwiek forma sztuki - to jest medium, za pośrednictwem którego przekazuję przetworzone przez siebie informacje z powrotem do ludzi.

Z jakim przekazem chciałbyś dotrzeć do widzów?

- Chciałbym obudzić w ludziach wrażliwość i miłość do siebie nawzajem. Szczególnie jest to ważne w dzisiejszych czasach, gdy mamy tyle konfliktów, niejasnych sytuacji politycznych i ekonomicznych, a przepaść między bogatymi i biednymi stale się powiększa. Zaciera się w nas człowieczeństwo, bardziej skupiamy się na pieniądzach, wizerunku, pozycji i popularności, a zatracamy rzeczy najważniejsze - zwyczajną dobroć i miłość między ludźmi. Staram się te przemyślenia wrzucać gdzieś w mój taniec.

Do Nowego Jorku wybrałeś się sam. Miałeś stypendium z prestiżowej szkoły tańca, oczywiście bardzo pomocne, ale jako młodych chłopak rzuciłeś się w obce miasto, mentalność i kulturę. To był rodzaj odwagi, świadomości szansy zaistnienia po programie? Pytam, bo nie każdy decyduje się na podobny krok...

- Pojęcia nie miałem, w co się pakuję! Traktowałem ten wyjazd jako szansę, dostałem się do szkoły, ale nie wiedziałem, co może mi przynieść jej ukończenie. Trochę było w tym szczęścia, trochę ślepej odwagi, którą nadal u siebie dostrzegam. Poszedłem za ciosem, chciałem spróbować czegoś większego, bardziej wymagającego.

Drugie miejsce w "You Can Dance" bardziej cię zmotywowało niż ewentualne zwycięstwo? Gdybyś wygrał, tego głodu mogłoby zabraknąć.

- Myślę, że tak. Ostatnio się nawet nad tym zastanawiałem. Nie byłem zły czy rozczarowany, że zdobyłem drugie, a nie pierwsze miejsce, bo dzięki temu był we mnie ten głód. Zwyczajnie chciałem więcej. Swoją drogą przed programem nie miałem żadnego doświadczenia tanecznego, poszedłem na casting udając, że umiem tańczyć - właściwie po roku chodzenia na zajęcia. Dopiero po programie, będąc w Nowym Jorku, zdobyłem prawdziwy warsztat. A to, że doszedłem tak daleko w "You Can Dance" było dla mnie wielkim zaskoczeniem. Nie ważne czy zająłbym drugie, czy dziesiąte miejsce, i tak byłbym z tego powodu szczęśliwy i zmotywowany do pracy.

Piszą do ciebie młodzi tancerze z Polski z pytaniem, co zrobić, żeby powtórzyć twoją ścieżkę?

- Zdarza się. Piszą też tancerze, z którymi pracuję na warsztatach w kraju i na świecie. To dla mnie bardzo miłe, staram się jak najdokładniej pomóc, bo wiem, że kariera taneczna nie jest rzeczą prostą.

Jest jakaś ogólna recepta, którą możesz się podzielić?

- Warto próbować znaleźć własną drogę. To, że mi się udało osiągnąć sukces w jakiś konkretny sposób nie znaczy, że to jest właściwy kierunek dla każdego. Najważniejszą rzeczą dla osiągnięcia jakiegokolwiek sukcesu jest umiejętność słuchania samego siebie - swojego serca, intuicji i podążania za tym głosem. Trzeba być otwartym na to, co się wokół nas dzieje, umieć adaptować się do sytuacji, być obecnym tu i teraz, a nie myśleć tylko o przyszłości. To się może wydawać banalne, ale wyjście z więzienia własnego umysłu wymaga odwagi. Nie ma co się też fiksować, tylko próbować nowych rzeczy, a jak się coś zaczyna w życiu dobrze toczyć, iść za ciosem.

Czy na tym etapie zawodowym, licznych zobowiązaniach, masz możliwość słuchania siebie?

- Tak. Mało tego, coraz bardziej słucham tego głosu.

Czyli z czasem zyskujesz większą wolność artystyczną?

- Jest w tym jakiś paradoks. Wydaje nam się, że idąc pod prąd stawiamy się przeciw regułom czy systemowi, a teraz widzę po sobie, że kiedy słucham intuicji, rzeczy same zaczynają się w życiu układać. Nie czuję, żebym chodził do pracy, nie rozdzielam obowiązków zawodowych i prywatnych, gdzieś obok stawiając przyjemności. Nie. Wszystko to dzieje się pod jedną kopułą.

Tęsknisz za Krakowem?

- Często. Dlatego tu jestem i próbuję od kilku lat dzielić się w Krakowie z innymi tancerzami tym, czego się nauczyłem.

Jak często przylatujesz do domu?

- Staram się być raz w roku. W tym jestem już po raz drugi. Chciałbym częściej, ale po pierwsze to wciąż jest kosztowna sprawa, poza tym w święta - czy to Wielkanoc czy Boże Narodzenie - kiedy rodzina chciałaby, żebym przyjechał, mam bardzo dużo pracy, bo ludzie mają wolne i chodzą na spektakle, w których występuję. Przyjeżdżam w związku z tym w mało "rodzinnych" terminach. Mama i siostra były u mnie w odwiedzinach, może niedługo znowu im się uda przylecieć.

Czujesz się po tylu latach w USA nowojorczykiem pełną gębą?

- Podobno po ośmiu latach się nim zostaje, ja mam na razie sześć lat stażu. Czuję się jak w domu, ale określenie nowojorczyk jest tak obszerne... To wielka mieszanka kulturowa, może są jakieś wspólne cechy sposobu życia, ale charakter czy cechy osobowości są tam przeróżne. Wiem natomiast jak żyć w tym mieście, ale niekoniecznie czuję, że jestem stamtąd.

Jak wspominasz swoje początki w Nowym Jorku?

- Było ciężko. Miałem problem z wszechobecną komercją, irytowało mnie to. Potem nauczyłem się własnych ścieżek w Nowym Jorku, poznawałem miasto dla siebie. I już wiem, że jest wspaniałe - wiele się tu dzieje jeśli chodzi o taniec, sztukę.

Wrócisz kiedyś w rodzinne strony?

- Myślę o tym od czasu do czasu. Nie wiem czy akurat przeprowadzę się do Polski, ale na pewno do Europy. Jest kilka państw na kontynencie, bardzo otwartych na taniec, jak Niemcy, Holandia czy Szwecja. Zobaczymy, na razie niczego nie planuję, żyję z dnia na dzień, jedynie wytyczając sobie kierunek, w którym chcę podążać.

Mam wrażenie, że parę lat temu - przynajmniej na przykładzie programów telewizyjnych - był w Polsce większy boom na taniec niż obecnie. Czy to się jakoś przekłada na poziom naszych tancerzy?

- Przyjeżdżając co roku do Krakowa na zajęcia z młodymi tancerzami widzę, jak szybko i intensywnie się rozwijają. Czy to, co robią jest medialne i głośne? Nie wydaje mi się, żeby to miało obecnie znaczenie. W tańcu nie chodzi o rozgłos, tylko rozwój.

Czyli taniec w Polsce ma się dobrze?

- Wręcz kwitnąco. Mam dużo znajomych z różnych edycji "You Can Dance". Część jest w Polsce, inni pracują za granicą. Robią bardzo interesujące rzeczy, a poziom naszych tancerzy rośnie.

Rozmawiał: Dariusz Jaroń

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje