Latanie i fotografia. Co mają wspólnego?

Symulator lotów większości z nas kojarzy się z urządzeniem o imponujących gabarytach. Okazuje się jednak, że aby rozpocząć przygodę z wirtualnym lataniem, nie trzeba wcale wiele. Wystarczy domowy komputer z oprogramowaniem do symulacji lotów (zdarza się, że z takiego samego oprogramowania korzystają piloci doskonalący swoje umiejętności) i sprawna klawiatura. O swoim hobby – związanym z symulatorami lotów – zgodził się nam opowiedzieć Piotr, który wirtualnym pilotażem zajmuje się już od kilkunastu lat.

Bohaterem artykułu jest Piotr Pawłowski, montażysta i operator kamery, którego pasją są symulatory lotów. Oprócz tego Piotr poświęca się też - zarówno prywatnie, jak i zawodowo - fotografii i sztuce operatorskiej. Zajmuje się nimi już od kilkunastu lat, dostrzegając w nich niewyczerpane źródło inspiracji.

Wydatków lepiej nie liczyć

Swoją przygodę z wirtualnym lataniem Piotr zaczął w 2007 roku. To właśnie wtedy, zupełnym zrządzeniem losu, wpadł mu w ręce pierwszy komputerowy symulator lotów. Dokształcał się wertując książki i przeszukując internet, który wyglądał wówczas zupełnie inaczej niż dziś. Żeby znaleźć potrzebne informacje, trzeba było trochę się napocić, wykazać pomysłowością. Skąd zatem pomysł na takie hobby? Trudno powiedzieć: w rodzinie Piotra nie było tradycji lotniczych, a on sam awiacją wcześniej się nie interesował. Dziś od przelatującego samolotu nie potrafi oderwać wzroku. - Takie już moje zboczenie - śmieje się.

Mogłoby się wydawać, że dla miłośnika wirtualnego pilotażu najważniejszy jest sprzęt, dzięki któremu może realizować swoją pasję. Nic bardziej mylnego. Paradoksalnie, znacznie ważniejsza jest w tym przypadku wiedza. Usiąść przed komputerem i uruchomić program z symulatorem potrafi w zasadzie każdy, kto ma choć minimalne wyobrażenie o współczesnej elektronice. Ale jeśli brakuje nam niezbędnych podstaw, to symulator tylko nas rozczaruje. Jeśli zatem do sprawy podchodzimy poważnie, powinniśmy najpierw sięgnąć do książek. Dopiero potem warto wybrać się na zakupy i zainwestować w sprzęt: wolant, przepustnicę czy ruddery, czyli specjalne pedały samolotowe. Akcesoria te pozwolą wejść w wirtualny świat jeszcze głębiej. Nie należą jednak do tanich: na początek trzeba na nie wydać około tysiąca złotych.

A to dopiero początek wydatków. W głowie każdego entuzjasty wirtualnego pilotażu prędzej czy później pojawi się myśl, że warto by jeszcze kupić dodatkowy sprzęt. Na przykład kolejne monitory lub zewnętrzny moduł radiowy, który będzie podawał komunikaty generowane w komputerze, pogłębiając w ten sposób uczucie zanurzenia w wirtualnej rzeczywistości. Za każdy kolejny dodatek trzeba niestety zapłacić. Dlatego też Piotr mówi, że woli nie liczyć, ile do tej pory wydał na swoje hobby. - W tej dziedzinie szczegółowej księgowości nie prowadzę. Dla własnego zdrowia - śmieje się.

Pasja, która wymaga wiedzy

Kokpit samolotu - również ten wirtualny - to rzecz niezwykle skomplikowana. Poziom jego złożoności potrafi onieśmielić, przerazić. Kiedy Piotr był na początku swojej przygody z wirtualnym lataniem, widział w tym raczej zachętę do pogłębiania swej wiedzy. Ciekawość nakazywała mu poznać każdy przycisk czy wyświetlacz znajdujący się w kabinie samolotu i zrozumieć, do czego służy. Zdaniem Piotra, na naukę podstaw i przestudiowanie wszystkich urządzeń pokładowych trzeba poświęcić około trzech miesięcy. Dopiero po upływie tego czasu można zacząć latać świadomie.

Co ciekawe, lot w symulatorze trwa dokładnie tyle, ile trwałby w rzeczywistości. Do tego dochodzą jeszcze przygotowania do lotu, na które trzeba zwykle poświęcić ok. 20-30 minut. Jeśli więc zdecydujemy się "wybrać" w dłuższą trasę i - na przykład - polecieć z Warszawy do Bangkoku, to musimy się nastawić na to, że przed ekranem komputera spędzimy co najmniej kilkanaście godzin. Na takie posiedzenia Piotr sobie jednak nie pozwala. Czas nie jest przecież z gumy, a on prowadzi jeszcze normalne życia rodzinne i zawodowe. - Wystarczy mi, że rodzina krzywo na mnie patrzy, gdy chcę odbyć dwugodzinny lot do Rzymu - śmieje się.

Piotr nie ma licencji pilota, choć - oczywiście - jak chyba każdy pasjonat wirtualnego latania zastanawiał się, czy jej nie zrobić. Za sterami prawdziwej maszyny na razie nie chciałby jednak usiąść. I nie chodzi bynajmniej o pieniądze, które w tym przypadku mają akurat znaczenie kluczowe. Za kurs uprawniający do uzyskania Licencji Pilota Samolotowego Turystycznego PPL(A) trzeba zapłacić ok. 20-30 tys. zł. A jest to dopiero początek wydatków: paliwo swoje przecież kosztuje, a trzeba jeszcze uregulować opłaty lotniskowe, członkowskie, abonamentowe itd.

Zapał Piotra studzi jednak co innego. Chodzi o presję związaną z pilotażem prawdziwej maszyny. W symulatorach lotu najbardziej podoba mu się to, że z ich obsługą nie wiąże się rzeczywista odpowiedzialność. Jeśli za sterami symulatora zdarzy nam się popełnić błąd, nie wpłynie on na niczyje życie. Wirtualny pilotaż to czysta frajda.

Na styku lotnictwa i filmu

Ale symulatory lotów to niejedyna pasja Piotra, który - tak prywatnie, jak i zawodowo - zajmuje się jeszcze fotografią i sztuką operatorską. Pierwsza kamera, obsługująca jeszcze analogowe kasety Hi8, wpadła w jego ręce w okolicach 1998 roku. Na początku zajął się nagrywaniem wesel i rodzinnych uroczystości. Potem, gdy rodzice podarowali mu komputer, zaczął eksperymentować z montażem materiału, który udało mi się przy różnych okazjach zarejestrować. Napisy początkowe przygotowywał chałupniczymi metodami, na kartkach papieru technicznego. Kilka lat później przerzucił się na kamery cyfrowe, które obraz i dźwięk zapisywały na specjalnych płytach miniDVD. To był spory krok naprzód - materiał utrwalony w postaci cyfrowej łatwiej było zmontować, poddać obróbce. Praca szła dzięki temu szybciej i sprawniej.

Dziś Piotr nagrywa także za pomocą dronów, czyli niewielkich, bezzałogowych statków powietrznych. W tym celu zrobił wymagany kurs i uzyskał licencję (co ciekawe, uprawnienia do ich obsługi przyznaje dokładnie ten sam urząd, który wydaje również licencje typu PPL(A)). Drony dają mu swobodę, jaką do tej pory mógł mu zapewnić wyłącznie symulator lotów. Dzięki nim może patrzeć na świat z innej strony, dostrzegając to, czego nie widzą inni. Pod tym względem są one tak samo niezwykłe i przełomowe, jak smartfony, które przed miłośnikami sztuki operatorskiej otwierają dziś zupełnie nowe, obiecujące perspektywy.

Fotografia mobilna to, zdaniem Piotra, dziedzina, która wprost zachęca do eksperymentów. Dzięki niej każdy z nas może spróbować swoich sił w roli filmowca. Potencjał drzemiący w fotograficznych smartfonach dostrzegli zresztą artyści i filmowcy. Dość powiedzieć, że jeden z ostatnich filmów Stevena Soderbergha - "Unsane" - został w całości zrealizowany właśnie za pomocą telefonu komórkowego. Dostępność i duża popularność smartfonów pozwala jednocześnie szybko reagować na to, co dzieje się wokół nas. Mogliśmy się o tym przekonać kilka miesięcy temu, gdy rodzimi aktorzy zaczęli nagrywać krótkie seriale opowiadające o życiu w czasie pandemii. Dla Piotra to najlepszy dowód na to, że fotograficzne smartfony rzeczywiście zmieniają świat.


Partnerem publikacji jest marka OPPO



Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje