Reklama

Krzysztof Radwan: Przede wszystkim bezpieczeństwo

Z Krzysztofem Radwanem, wieloletnim dyrektorem Muzeum Lotnictwa Polskiego, o lataniu akrobacyjnym, pokazach lotniczych i niezwykłych zbiorach muzealnych, rozmawia Sławek Zagórski.


Reklama

Muzeum Lotnictwa Polskiego staje się coraz popularniejsze. Co roku jest więcej odwiedzających, niedawno powstał nowy budynek, powstają nowe ekspozycje, jest piknik lotniczy. Wszystko idzie w najlepszym kierunku...

- Rzeczywiście muzeum jest popularne. Odwiedza nas grubo ponad 100 tys. gości rocznie. Jest to bardzo dobry wynik zważywszy na fakt, że konkurencja w postaci innych muzeów, jest naprawdę spora. Zwłaszcza w centrum Krakowa. My jesteśmy na obrzeżach i tym samym trudniej do nas dotrzeć.
- Pikniki lotnicze są naszą specjalnością. Właściwie wszystko zaczęło się od 2003 roku, kiedy obchodziliśmy 40-lecie istnienia muzeum na czyżyńsko-rakowickich błoniach, zaproszonych gości czekała mała niespodzianka. Mianowicie w wielkiej tajemnicy uzyskaliśmy zgodę w Urzędzie Lotnictwa Cywilnego na jednorazowe wykorzystanie pasa startowego i wylądowała tutaj "Wilga" Aeroklubu Krakowskiego, za sterami której siedział płk pilot Wojciech Ochocki, pilot ówczesnego 13. Pułku Transportowego.
Dlaczego "Wilga"?

- Ponieważ muzeum powstało na bazie aeroklubu. To władze centralne uznały, że Aeroklub Krakowski ma być założycielem muzeum.

A dalej?

- Rok później zrobiliśmy piknik lotniczy. Ponownie uzyskałem zgodę ULC, tym razem na dwudniowe wykorzystanie pasa startowego. Na tym pierwszym pikniku pojawiło się 37 samolotów, co jak na standardy pikników cywilnych było dużą liczbą i już wtedy przeganialiśmy duże pokazy lotnicze, jeśli idzie o liczbę samolotów. Wkrótce liczba widzów i statków powietrznych zaczęła rosnąć. Pokazy zaczęły mieć rangę pokazów międzynarodowych.

- Piknik bardzo szybko się rozwija i mamy dylematy, ponieważ wielu pilotów chciałoby być na pikniku, ale niestety, niektórym musimy odmawiać. W tym roku pojawi się ponad setka statków powietrznych i po raz pierwszy nad krakowskim niebem "Spitfire". Myślę, że dzięki niemu pobijemy kolejny rekord frekwencji, tym bardziej, że będzie latał przez dwa dni, po dwa razy dziennie.

- Oprócz niego pojawią się "Biało-czerwone Iskry" - nasza wielka przyjaźń z Jurgisem Kayrisem owocuje tym, że jest w Krakowie co roku i zawsze daje kilka pokazów. Na ziemi będziemy mieli grupy rekonstrukcyjne, jednak odeszliśmy od potyczek, ponieważ jest to piknik rodzinny, przychodzą rodziny z małymi dziećmi i stwierdziliśmy, że nie jest to zbyt dydaktyczne. W zamian będą obozowiska, do których będzie można wchodzić, zapoznać się z życiem żołnierzy z różnych epok, a także współczesnych. Ciekawą niespodzianką będą Wojska Specjalne, które zagoszczą u nas po raz pierwszy.

- Piknik jest naszą wizytówką i jedną z największych imprez, jakie muzeum organizuje, ale jedną z wielu. W tym roku mamy już za sobą "Dronadę", natomiast czekają nas kolejne.

- 27 lipca, w przeddzień setnej rocznicy wybuchu I wojny światowej, otwieramy wielką wystawę "Skrzydła Wielkiej Wojny" i z tej okazji będą latały repliki samolotów z okresu Wielkiej Wojny. Na ziemi także będzie morze atrakcji - udało nam się między innymi znaleźć karuzelę z okresu międzywojennego, a może nawet starszą, na której będzie można pojeździć. I ten pierwszowojenny piknik powtórzymy 10 sierpnia w Nowym Targu, a 17 sierpnia w Łososinie. Także muzeum lotniczo cały czas się rozwija.

W środowisku lotniczym chodzą słuchy, że przez ponad dwadzieścia lat pana obecności w Muzeum Lotnictwa Polskiego niezwykle się ono rozwinęło, czego najlepszym przykładem jest sklasyfikowanie go na 8. miejscu wśród najlepszych muzeów lotnictwa na świecie.

- To prawda, tylko nieco sprostuję: w tym roku minęło już 25 lat, także jest to taki mój mały jubileusz.

- Na świecie istnieje ponad 3 tysiące muzeów lotnictwa, z tego ponad 900 na terenie Stanów Zjednoczonych i to właśnie Amerykanie wybrali tylko 14 najważniejszych na świecie. Najważniejszych pod względem wartości zbiorów. Na pierwszym miejscu jest Smithsonian, słynne muzeum w Seattle jest tylko dwa miejsca przed nami. Natomiast to, że jesteśmy na ósmej pozycji to jest wielka sprawa. Ja zawsze skromnie mówiłem, że mieścimy się w pierwszej dziesiątce muzeów w Europie. Okazało się, że zbyt skromnie, ponieważ jesteśmy na czele stawki i to nie muzeów w Europie a na świecie.

- To wszystko dzięki naszym 240 statkom powietrznym, które tutaj posiadamy, z czego ponad 20 to unikaty. Poza tym mamy naszą "Aleję Migów", której nawet Rosjanie nie posiadają. Jest to najbardziej kompletna kolekcja odrzutowców MiG. Właściwie brakuje nam jedynie MiG-a 25, jednak cały czas staramy się go zdobyć.

Wróćmy do pikniku. Co roku pojawiają się głosy, że organizacja pikniku w centrum miasta to błąd. Wokół jest zabudowa, samoloty nisko latają, zdarzały się wypadki, jest niebezpiecznie. W tej chwili niewiele jest takich pikników w Europie, gdzie latałoby się w samym centrum miasta.

- Moim zdaniem to jest właśnie największa zaleta Małopolskiego Pikniku, który odbywa się na styku Krakowa i Nowej Huty. Niestety, mamy do dyspozycji już tylko część pasa startowego, ponieważ następuje zabudowa terenów wokół lotniska. Natomiast mamy pas o długości 730 metrów - jeśli lata u nas jakiś pilot akrobacyjny, to ma on taki nalot i takie uprawnienia, że to jest absolutnie bezpieczne. Nikt nie lata tutaj na 100 procent swoich możliwości, bo nie jest to nawet potrzebne.

- Wypadek faktycznie zdarzył się w Krakowie, ale pilot i samolot nie byli uczestnikami pokazu, ale gośćmi, którzy przylecieli na piknik i po zakończeniu pokazów wracali do domu. W zeszłym roku jeden z pilotów miał niewielką awarię samolotu i powiedziałbym, że miał lądowanie awaryjne. Jednak to jak z zepsutym samochodem, który musi zjechać na pobocze. Nie było w tym nic niebezpiecznego. W czasie pokazów nie mieliśmy żadnego wypadku, ani zdarzenia, czyli incydentu, który nie kwalifikuje się, jako wypadek, np. uszkodzenie podwozia w czasie lądowania.

- Co weekend na drogach giną dziesiątki ludzi. Kilka lat temu w czasie Pikniku na równoległej do naszego pasa ulicy Bora-Komorowskiego BMW zostało zepchnięte na słup przez ciężarówkę, zginęło kilkoro młodych ludzi. Jaki jest z tego wniosek? Że na każdej drodze powinny być progi zwalniające, a proste drogi powinny być zakazane, bo na takiej zdarzył się wypadek? Nie można się dać zwariować.

Dlaczego jednak nie organizować pokazów gdzie indziej? Przecież jest jeszcze Pobiednik.

- Dbamy o historię, ale też promujemy lotnictwo. W okolicach Krakowa nie ma możliwości zorganizowania pokazów lotniczych, ponieważ pokazy lotnicze takiej miary na Pobiedniku nie są możliwe. Przede wszystkim ze względów logistycznych, jest on za daleko i jest mała przepustowość drogi. Tam można organizować zawody lotnicze, ale nie duże pokazy, z ogromną frekwencją publiczności.

- Dodatkowo piloci, którzy do nas przylatują, doskonale znają pas i jego otoczenie. Jeśli któryś z pilotów ma wątpliwości, może operować z Pobiednika bądź Balic. I tak będzie w tym roku - nie wszyscy piloci będą operować z Czyżyn, ponieważ niektóre samoloty potrzebują dłuższego pasa. Na przykład Spitfire będzie operował z Balic i wielkie chapeau bas dla władz portu, że pozwolili mu tam bazować.

Wspominaliśmy o zabudowie wokół lotniska, ale jest jeszcze linia wysokiego napięcia na podejściu od strony wschodniej. Czy ta zabudowa nie przeszkodzi w organizacji przyszłych pikników?

- Mam nadzieję, że nie przeszkodzi. W tej chwili trwa budowa, bo przecież sąsiadujemy ze Specjalną Strefą Ekonomiczną, ale te budynki to niska zabudowa i nie koliduje z bardzo restrykcyjnymi przepisami lotniczymi. Na razie wszystko odbywa się pod kontrolą Urzędu Lotnictwa Cywilnego, którego normy, jak oceniają piloci, są najbardziej restrykcyjne w Europie i my je wszystkie spełniamy. Także tu nie ma naciąganego bezpieczeństwa. Tutaj jest po prostu bezpieczeństwo.

- Mamy własny zespół lotniczy, który współpracuje z wieżą kontroli lotów w Balicach on-line, bo przecież nad sobą mamy ścieżkę podejścia, co też w pewnym sensie uatrakcyjnia pokazy. Bo oto leci sobie "Beniek" na 600-700 metrach, a na jego tle, na 300 mały samolot kręci akrobacje. To są świetne okazje dla spoterów.

- Pytał pan o zabudowę. My nad nią w jakiś sposób panujemy. Natomiast są oczywiście głosy sprzeciwu, że tutaj latamy. Okoliczni mieszkańcy raczej nas lubią i nawet przychodzą wcześniej kupić bilety, żeby nie stać w kolejkach. Także współpraca z mieszkańcami osiedli, którym teoretycznie najbardziej moglibyśmy przeszkadzać, jest naprawdę bardzo przyjemna i raczej oponentów nie mamy.

- Oprócz tego, że lotnisko służy rozrywce, służy również ratowaniu życia. Od nas startuje policyjny śmigłowiec, a niedługo będzie operował z niego śmigłowiec TOPR. Jeżeli przestaniemy latać, to Muzeum będzie musiało zrezygnować z pasa startowego i ostatni pas otwartej przestrzeni służący do przewietrzania tej części miasta przestanie istnieć, a wszyscy wiemy, jakie Kraków ma problemy ze smogiem.

- Oprócz Małopolskiego Pikniku Lotniczego muzeum w tym roku organizuje imprezę, która nie ma i nie miała sobie równych w Polsce, a i niewiele tego typu pokazów było dotychczas w Europie. Wspominał pan o projekcie "Skrzydła Wielkiej Wojny". Jest to przedsięwzięcie organizowane z wielkim rozmachem, począwszy od unikatowej kolekcji, jak np. Grigorowicz, czy Camel, a skończywszy na niezwykłych pokazach.

- Jest to projekt finansowany z trzech źródeł: ze środków Samorządu Województwa Małopolskiego, funduszy europejskich i Ministerstwa Kultur i Dziedzictwa Narodowego, ma również w tym swój udział  krakowski SKOZK, który wspomógł nas przy remoncie historycznego hangaru z okresu 20-lecia międzywojennego projektu architekta Izydora Stella-Sawickiego.

- Wystawa jest ogromnym przedsięwzięciem. Autorem scenariusza jest dr Krzysztof Mroczkowski, który wymyślił, jak pokazać unikatowe zbiory. Włącznie z Camelem, który może unikatem nie jest, ale jako jedyny ma niezwykle udokumentowaną historię: ilość zestrzeleń, nazwiska pilotów, którzy na nim latali, ilość awaryjnych lądowań po walce, gdzie został uszkodzony. I to wszystko będziemy pokazywać na tle ponad 500 metrów kwadratowych komiksu. Będzie to ekspozycja, która się właśnie tworzy - zbliżamy się powoli do finału. Wystawa będzie opowieścią o strasznej Wielkiej Wojnie ale i o narodzinach polskiego lotnictwa.

- Do niedawna pokazywaliśmy w tym hangarze nasze samoloty, ale stały one po obu stronach na przestrzeni o długości 35 metrów. Teraz będzie trzeba przejść ponad 100 metrów w tym samym hangarze, bo tak ta ekspozycja jest ułożona. Wystawa jest bardzo dobrze przemyślana i sądzę, że przyciągnie oczy nie tylko Polski ale i całego świata. Kiedyś, ktoś powiedział, że w Krakowie jest jedna "Dama z Łasiczką", a my mamy tych dam - skrzydlatych dam - aż piętnaście. 

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Sławek Zagórski | Muzeum Lotnictwa Polskiego

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje