Reklama

Krew na rogach: Krótka historia upadku Chicago Bulls

Przez kilka lat z rzędu Chicago Bulls królowali w NBA. Ale w sporcie każda seria sukcesów musi się kiedyś skończyć / Brian Bahr / Staff /Getty Images

Ekipę Chicago Bulls, która w latach 90. ubiegłego stulecia niemal seryjnie sięgała po mistrzowskie tytuły ligi NBA zna chyba każdy. Nawet ci, którzy nie interesują się zbytnio koszykówką. Najeżona charyzmatycznymi postaciami drużyna przypominała beczkę prochu, której zapłon przez lata powstrzymywał tylko geniusz trenera, Phila Jacksona. Dlaczego potęga tej drużyny ostatecznie upadła? Roland Lazenby w książce "Chicago Bulls. Krew na rogach" stara się znaleźć odpowiedź na to pytanie.

"Byki", które zdominowały pod koniec ubiegłego wieku NBA stały się czymś więcej, niż tylko drużyną. Michael Jordan i spółka byli ikonami popkultury, idolami i ludźmi, których tropem podążać chciały miliony dzieciaków na całym świecie. Oglądana z zewnątrz ekipa wydawała się ponadto wyjątkowym monolitem i grupą ludzi w stu procentach skoncentrowanych na wygrywaniu. Rzeczywistość? Cóż... w niektórych przypadkach wyglądała nieco inaczej.

Reklama

Przeczytaj fragmenty książki "Chicago Bulls. Krew na rogach" autorstwa Rolanda Lazenby'ego, która ukazała się na rynku nakładem wydawnictwa SQN

Dennis Rodman poza grą w kosza kochał hazard, a jego myśli często krążyły wokół tego, jak zarobić bez specjalnego wysiłku jeszcze więcej kasy. W 1997 roku dla przykładu wziął nawet udział we... wrestlingowych mistrzostwach świata.

Zarobione pieniądze sprawiły, że zaczął się zastanawiać, czy nie zaangażować się w to na dłużej. - Mógłbym bez problemu uprawiać wrestling przez najbliższe dwadzieścia lat i nie robić nic innego - mówił Rodman. - Taki Ric Flair jest już po pięćdziesiątce. Hulk Hogan po czterdziestce. Większość z nich zaczynała, kiedy mieli po osiemnaście-dziewiętnaście lat. I kiedy dochodzą do szczytu swoich umiejętności, to wyglądają na pięćdziesiątkę albo sześćdziesiątkę. Wrestling jest łatwy. Zawsze mogę na tym zarabiać po kilkaset tysięcy dolarów. 

- Najciekawsze we wrestlingu jest to, że gdziekolwiek się pojawiasz, hale są wypakowane po brzegi - opowiadał gwiazdor NBA. - Nie ma z tym problemów. Ludzie w to wierzą. Myślą sobie: "Kurde, to się naprawdę dzieje!". Ale jest też coś takiego, co nazywa się Ultimate Wrestling, widzieliście to? To jest dopiero szalone g***o. Polega to na tym, że wychodzi się na matę, walą cię w łeb i giniesz. Co za g***o. Wolę wyjść, zarobić w łatwy sposób, kilka razy upaść na plecy i broń Boże nikomu nie zrobić krzywdy - mówił.

Mało? Kiedy Rodmanowi przytrafiał się kryzys formy, czy też po prostu - seria słabszych występów, wyjeżdżał do... Las Vegas. Dostając w klubie około dwóch tygodni urlopu nieustannie tam imprezował, po czym wracał... i po kryzysie nie było już śladu.

W opozycji do tych szalonych historii "Robaka" stały spokój i opanowanie Michaela Jordana. Lider Bulls gdziekolwiek się nie pojawił, budził niekłamany podziw. Jak to ujął Lazenby, "skrzyła się dla niego każda hala".

Podczas ceremonii prezentacji zawodników przed każdym meczem witały go flesze tysięcy aparatów. Najefektowniej wyglądało to oczywiście w United Center w Chicago, gdzie podczas prezentacji narastała wrzawa i robiło się coraz jaśniej, aż w końcu nazwisko Jordana wywoływano jako piątego zawodnika pierwszej piątki. Hala zamieniała się wtedy w pulsujący stroboskop. 

materiały prasowe

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: chicago bulls | NBA | sport | Jordan Michael | książka | SQN

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje