Reklama

Komandos GROM: Z zamkniętym spadochronem przeleciałem prawie 10 km

To było jak latanie. Z zamkniętym spadochronem przeleciałem prawie 10 kilometrów. Gdybym nie miał na twarzy maski, na pewno byłoby widać, jak bardzo się cieszyłem – mówi żołnierz jednostki GROM, który wspólnie z dwoma innymi uczestnikami projektu Polska Stratosfera skoczył ze spadochronem z prawie 11 tysięcy metrów.


Reklama

Jak wygląda stratosfera?

- Pytasz o widoki? W dniu bicia rekordu wszystko zasłoniły chmury. Było całkowicie biało, można było się poczuć jak na biegunie... W stratosferze przeszkadza minusowa temperatura, minus 55 stopni Celsjusza, i bardzo niskie ciśnienie - około 200 hektopaskali. Ciężko oddychać w takich warunkach.

Jak to się stało, że akurat ty się tam znalazłeś?

- Kolega, który jest pomysłodawcą bicia rekordu, mnie pierwszemu zaproponował udział w projekcie. Mam doświadczenie w skokach wysokich. Od 10 lat służę w GROM-ie, jestem instruktorem spadochronowym AFF (Accelerated Free Fall) i pilotem tandemu. Ale żeby ustanowić rekord w skoku formacją, musieliśmy mieć w teamie minimum trzy osoby. Takie są przepisy Międzynarodowej Federacji Lotniczej FAI. Zaprosiliśmy więc jeszcze jedną osobę oraz dwóch pilotów balonowych.

Do skoku przygotowywaliście się dwa lata. Długo...

- Sporo czasu zajęło nam szukanie sponsora, potrzebowaliśmy pieniędzy na zakup specjalistycznego sprzętu, na próby i treningi. Odbyliśmy mnóstwo skoków treningowych ze standardowej wysokości 4 tysięcy metrów. Korzystaliśmy z tunelu aerodynamicznego w Lesznie.

- Wszyscy jesteśmy doświadczonymi skoczkami i w tunelu wcześniej trenowaliśmy nie raz. Chodziło jednak o to, żeby sprawdzić nasze kombinezony i przećwiczyć procedury awaryjne. Mogliśmy też trenować spadanie formacją w kombinezonach, które zamierzaliśmy wykorzystać podczas skoku ze stratosfery, w czasie dłuższym niż podczas skoku ze standardowej wysokości 4000 metrów. Wykonaliśmy też dwa skoki wysokie - z 5800 metrów i z 7800 metrów.

Z balonu?

- Nie. Z samolotu. Z balonu skoczyliśmy tylko raz - 11 listopada, w Święto Niepodległości. Za to sporo trenowaliśmy w koszu balonu. Chcieliśmy przećwiczyć samo wyjście z kosza balonowego. Chodzi o odpowiednie ustawienie się do skoku oraz o oddzielenie od kosza w odpowiednim momencie.

- Skakaliśmy ze specjalnego antypoślizgowego podestu, który znajdował się na jednej ze ścian kosza - oczywiście od zewnętrznej strony. Musieliśmy się tak ustawić, by skoczyć jednocześnie. Inaczej prawdopodobnie nie utrzymalibyśmy chwytów i formacji. Musieliśmy opracować taktykę, dzięki której to zgranie będzie perfekcyjne. Ja byłem odpowiedzialny za tzw. timing, podawałem komendę do skoku: "Polska Stratosfera, ready, set, go...". I na "go" wykonywaliśmy skok.

Czy można na ziemi sprawdzić swoją reakcję na niskie ciśnienie i niską temperaturę, jakie panują w stratosferze?

- Tak. Przeszliśmy próby w komorze niskich ciśnień i niskich temperatur. W komorze niskich ciśnień w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej przeszliśmy dwie próby do wysokości 12 000 metrów, gdzie sprawdziliśmy reakcje naszych organizmów na ekspozycję niskiego ciśnienia oraz potwierdziliśmy, ile tak naprawdę będziemy potrzebować tlenu.

- Próby w komorze niskich ciśnień robiliśmy pod okiem mjr. Roberta Drozdowskiego. W komorze niskich temperatur chcieliśmy sprawdzić czy nasze ubrania zapewnią komfort, i czy nie zamarznie nam aparatura tlenowa. Spędziliśmy więc ponad godzinę w temperaturze poniżej minus 20 stopni Celsjusza. Dobrze, że to zrobiliśmy, bo postanowiliśmy dokupić jeszcze specjalne buty puchowe.

Nie skoczyliście w tradycyjnych kombinezonach...

- Garderobę trzeba było dopasować do warunków atmosferycznych. Żeby przeżyć w minus 55 stopniach, mieliśmy na sobie aż cztery warstwy ubrań. Pierwsza to bielizna termoaktywna, którą można kupić w każdym sklepie, ale kolejne warstwy nie były tak "proste". Druga to bielizna elektryczna - cztery obwody: skarpetki, dolna część bielizny, bluza i rękawiczki. Ta bielizna oryginalnie została zaprojektowana dla motocyklistów i nurków, a my ją nieco udoskonaliliśmy, tak, by spełniała nasze wymagania. Trzecia warstwa to kombinezon puchowy. Czwarta - kombinezon wierzchni - bardzo duży, tak, by mógł pomieścić trzy warstwy ciuchów, które mieliśmy na sobie. Niełatwo było nauczyć się sterować ciałem w tak wielkim kombinezonie.

- Przy dobieraniu ubrania przydało się wcześniejsze doświadczenie himalaistyczne jednego z uczestników projektu oraz moje z GROM-u. Wziąłem pod uwagę doświadczenia starszych kolegów z jednostki i swoje.

Ubrania to jedno, ale bez odpowiedniego sprzętu nie da się tam przecież oddychać?

- Potrzebowaliśmy sprzętu tlenowego. Korzystaliśmy z trzech różnych instalacji. Z pierwszej jeszcze na ziemi, przed skokiem.

Dlaczego?

- Musieliśmy się pozbyć z organizmu azotu, żeby zapobiec chorobie dekompresyjnej. Oddychać czystym tlenem przez 75 min do wysokości 3050 metrów. Większość saturacji odbyła się na ziemi, ostatnia część już w czasie wznoszenia w balonie, żeby nie tracić czasu, bo o tej porze roku dzień jest krótki. Druga aparatura tlenowa była w koszu balonowym.

- Musieliśmy tak naprawdę zbudować ją sami, bo żadna z istniejących nie dawała możliwości oddychania przez tak długi czas: dwie godziny podczas wznoszenia dla całej załogi i godzina dla pilotów balonowych. Przecież my wyskoczyliśmy, a oni musieli jeszcze wylądować, co przy takiej wielkości balonu nie było prostym zadaniem. Trzeci układ aparatury tlenowej to osobiste wyposażenie - butla i maska, które pozwalały nam przetrwać po wyskoczeniu z balonu. Korzystaliśmy z doświadczeń osób, które biły wcześniejsze rekordy oraz z doświadczeń himalaistów.

- To oni podpowiedzieli nam, żeby okleić miejsca połączeń maski tlenowej z twarzą tape’ami - to takie taśmy dla osób, które przechodzą rehabilitację, chronią m.in. przed bólem i leczą stany zapalne. Nas taśmy chroniły przed odmrożeniami. Dzięki temu mieliśmy tylko drobne odmrożenia na twarzy, które zniknęły po kilku dniach.

Baliście się czegoś?

- Do 8 tysięcy metrów występuje tak zwana tolerancja tlenowa. Więc jeśli wysiądzie ci aparatura, masz trochę czasu, żeby wykonać skok i znów znaleźć się w strefie bezpiecznej. Powyżej 8 tysięcy metrów człowiek jest w stanie wytrzymać tyle, ile może wytrzymać na bezdechu. Było więc ryzyko, że jeśli pójdzie coś nie tak z aparaturą tlenową, to może być duży problem...

- Zdawaliśmy sobie sprawę z większości niebezpieczeństw. Chociażby z ryzyka choroby dekompresyjnej. Jeśli pojawi się ból w stawach czy kościach, nie można lecieć wyżej. Trzeba natychmiast skoczyć. Życie i bezpieczeństwo są najważniejsze, nie rekord. Założyliśmy więc, że jeśli ktoś z nas będzie miał objawy choroby dekompresyjnej - skacze. Reszta leci dalej i rekordu już nie bije. Jedynym celem byłoby wówczas dotarcie do stratosfery.

Wasz skok musiał wyglądać w określony sposób.

- Biliśmy dwa rekordy wysokościowe skoku ze spadochronem formacją. Musieliśmy mieć jeden chwyt od samego początku, od wyskoku do momentu rozejścia się formacji przed otwarciem spadochronów.


Chwyt, czyli sposób trzymania siebie nawzajem?

- Tak. A cała trudność polega na tym, że na wysokości 11 tysięcy metrów powietrze jest rzadsze, a prędkość opadania zdecydowanie większa, więc łatwiej o puszczenie chwytu albo inne komplikacje, które nie pozwoliłyby pobić rekordu.  Nie sprzyja też to, że skok z balonu to skok w tzw. studnię. Nie ma strug powietrza, które wytwarza lecący samolot, na których, jak mawiają skoczkowie, można się oprzeć. My nie mieliśmy tego "podparcia".
- W standardowym skoku jest tak, że skoczek po wyskoczeniu ze statku powietrznego rozpędza się i po około 10 sekundach osiąga tzw. prędkość graniczną (siła ciężkości skoczka zrównuje się z siłą oporu czołowego). Jest ona stała i wynosi około 50 m/s, czyli ok. 180 km/h. Kiedy powietrze jest tak rzadkie, jak na wysokości 11 tysięcy metrów, tę prędkość osiąga się szybciej, ok. siódmej sekundy, i jest ona znacznie większa, wynosi ponad 300 km/h i to powoduje, że trudniej jest utrzymać chwyty.
Do skoku była wam potrzebna idealna pogoda.

- Tak! Zresztą musieliśmy przesunąć datę skoku właśnie ze względu na pogodę. Pierwsza próba bicia rekordu miała odbyć się w listopadzie, ale padał deszcz, wiał wiatr, a chmury były zbyt nisko.

Z kim jeszcze musieliście współpracować, żeby się udało?

- Z Polską Agencją Żeglugi Powietrznej - bez niej to przedsięwzięcie nie mogłoby się odbyć. Ponieważ znajdowaliśmy się na wysokości lotów samolotów pasażerskich, trzeba było wydzielić nam przestrzeń powietrzną na czas naszego lotu do stratosfery.

Pobiliście dwa wysokościowe rekordy Europy - w wysokości opuszczania statku powietrznego formacją trzyosobową oraz odległości spadania formacją trzyosobową. Kiedy oficjalnie zostanie to ogłoszone?

- Rekordy czekają na zatwierdzenie - Międzynarodowa Federacja Lotnicza FAI ma na to 120 dni. Skok obserwowało pięciu niezależnych międzynarodowych sędziów - obserwatorów, przedstawicieli Aeroklubu Polskiego i organizacji FAI (trzech spadochronowych, dwóch balonowych).

- Byliśmy wyposażeni w rejestratory parametrów skoku i pięć kamer typu GoPro. Wszystkie parametry, takie, jak wysokość skoku, prędkości maksymalna, minimalna i średnia, wysokość otwarcia spadochronu itp., zostały zapisane przez komputer przy pomocy specjalnych programów. Musieliśmy przekazać też nagrania z naszych kamer umieszczonych na kaskach.

Co przeżywa ktoś, kto skacze z 11 tysięcy metrów? Przekracza granice i wyznacza nowe?

- To, co się działo po wyskoku, było niezwykłe, dlatego że było zdecydowanie dłuższe niż zazwyczaj swobodne spadanie. Mój przyrząd zarejestrował opóźnienie 2 minut i  38 sekund, więc to jest prawdopodobnie najdłuższe swobodne spadanie zarejestrowane w Polsce. Właściwie to było jak latanie. Z zamkniętym spadochronem przeleciałem prawie 10 kilometrów. Gdybym nie miał na twarzy maski, na pewno byłoby widać, jak bardzo się cieszyłem.

Zdradzisz, czy podczas lotu i skoku coś poszło nie tak?

- Jedną z trudności bicia rekordu było to, że skakaliśmy z balonu na ogrzane powietrze. W skrócie działa to tak, że musi być płomień, który nagrzewa powietrze znajdujące się wewnątrz powłoki balonu, i dzięki różnicy gęstości powietrza balon leci do góry. Ale żeby był płomień - musi być tlen. Ciężko o tlen w stratosferze.

- Zwykłe palniki zaczynają szwankować na wysokości ok. 8 tysięcy metrów. Kupiliśmy więc specjalny palnik do lotów wysokościowych. To była nasza tajna broń! (śmiech) Tylko że kiedy go kupowaliśmy, był to drugi taki planik wyprodukowany na świecie. Pierwszy został wypróbowany do wysokości 7 tysięcy metrów. Producent zapewniał, że produkowali go do lotu nad Mount Everestem. My zdecydowaliśmy wypróbować go wyżej.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje