Kazik Staszewski: Teneryfa nie jest żadnym luksusem

Kiedy wspominał o Teneryfie na płycie Melassa, zapewne nie spodziewał się, że kiedyś tam zamieszka. Dziś Kazik Staszewski jest pełnoprawnym rezydentem tej hiszpańskiej wyspy na Oceanie Atlantyckim, co nawiasem mówiąc - nie wszystkim w Polsce się podoba.

Teneryfie poświęcony jest osobny rozdział książki "Idę tam gdzie idę" - autobiografii Kazika Staszewskiego, która na rynku wydawniczym zadebiutuje 7 października. Artysta w rozmowie z Rafałem Księżykiem opowiada o tym, jak wplątał się w deklarację, która finalnie doprowadziła do zakupu mieszkania w Hiszpanii...

Reklama

Fakt, że kupiłeś mieszkanie na Wyspach Kanaryjskich obudził zazdrość rodaków?

- W internecie cały czas mi to wyciągają, tak, jakbym posiadał tam jakiś zamek. "Mówi to i to, a robi tamto, bo przecież trzeba dom na Teneryfie utrzymać", i tak dalej. Zauważyłem też, że kolegów z branży muzycznej strasznie ten fakt boli i to takie umysły i serca, których nie podejrzewałbym o to. Niedawno czytałem wywiad z zespołem Świetliki, gdzie mówili: "Jak mamy ochotę nagrać trzypłytowy album, nagrywamy, bo nie musimy utrzymywać domu na Teneryfie". Nie wiem gdzie tu jest ciąg logiczny. Mógłbym być równie uprzejmy i pojechać po kolegach: "Ty swoją Teneryfę do nosa wciągnąłeś, a ty wypiłeś". No, ja też trochę wciągnąłem i wypiłem, ale przede wszystkim odłożyłem.

- Teneryfa nie jest żadnym luksusem, inwestycja na poziomie warszawskich cen mieszkań, jak pojawiły się tanie loty, za 400-500 złotych można w obie strony polecieć. Takie dobro posiada co trzecia rodzina angielska, a kiedy ostatnimi czasy rozpoczął się kryzys, zrobił się dobry czas na to, żeby kupować tam nieruchomości i bardzo wielu Polaków zaczęło kupować mieszkania.

Kiedy stałeś się właścicielem mieszkania?

- Decyzja zapadła bardzo spontanicznie, w 2003 r. To była piąta wizyta na Wyspach i trzeci dłuższy pobyt na Teneryfie. Mój kuzyn Jacek zabrał nas na imprezę do Rycha Olejniczaka. Zaczęły się gadki w stylu czy na Kubie można kupić nieruchomość, budzę się rano i okazuje się, że jestem po słowie z Jackiem, pewnie na zerwanym filmie zadeklarowałem, że szukamy mieszkania na Teneryfie. Świadom, że wszystko ma swoje konsekwencje, mówię: "Dobra" i poszliśmy szukać. Impreza była w niedzielę, we wtorek znaleźliśmy apartament, a w czwartek odbyło się podpisanie umowy kupna-sprzedaży z właścicielką, panią z Francji, która mieszkała w naszym obecnym mieszkaniu od czasu zbudowania osiedla, przez siedemnaście lat. Kiedy tylko weszliśmy tam z Anią, wiedzieliśmy, że to jest to. Dokonałem najlepszego strzału w moim życiu.

Aż tak to oceniasz?

- Tak. Oczywiście, że tak. To jest przepiękna sprawa. Pamiętam, jak moja mama dostała działkę pracowniczą, chodziłem wtedy do podstawówki i nienawidziłem tej działki. Pierwsza wizyta, przywiozła czterdzieści pomidorów do zasadzenia, jeszcze studni nie było, chodziłem po wodę z wiadrem do kanałku. Końca tej pracy nie było widać, a dookoła pełno ludzi, uwijają się, żeby latem wyciągnąć z ziemi kawałek marchewki. W pewnym momencie zapytałem mamę po co nam ta działka. "Wiesz, mam takie marzenie, że jak o tę działkę zadbam, to ją sprzedam i pojadę sobie na Wyspy Kanaryjskie". I teraz mogłem ją zaprosić.  (...)

Przez te kilkanaście lat musiałeś wrosnąć w tamtą rzeczywistość.

- Mam status rezydenta, zaliczam się do ludności Teneryfy, nie musiałem go przyjmować, mogłem i chciałem. Niezależnie od tego, jak jest ślicznie w Hiszpanii, jestem tam jednak tylko gościem. Moje serce, moje gniazdo pozostaje w Polsce.

- Czytać gazety już potrafię, o wiele gorzej jest z mówieniem i z rozumieniem, co ludzie mówią, tutaj też moja głuchota wchodzi w paradę. Wchodzę w relacje z różnymi podmiotami urzędniczymi Hiszpanii. W Polsce chodzimy z dojmującym przekonaniem, że u nas jest największy rozrost aparatu biurokracji i działa ona najgorzej na świecie. Nieprawda, w Hiszpanii jest jeszcze gorzej, dochodzi tu jeszcze stosunek do pracy wynikający z natury Południowców.

- Rozumiem siestę na kontynencie, lub nawet na Wyspach w lecie, gdy jest gorąco, ale siesta w zimie, gdy temperatura waha się w granicach 21-24 stopni to przesada. Taki kawał mi opowiadali, że strajkują robotnicy z transparentami: "Pracy", "Chleba" i nagle podjeżdża wypasiony wóz, wysiada facet i mówi: "Potrzeba mi człowieka do pielęgnacji ogrodu, zapewniam mieszkanie, wyżywienie i daję 1 500 euro na miesiąc. To będziesz ty!" - wskazuje na jednego z robotników. A ten koleś na to: "Ale dlaczego ja?!". Ten dowcip wiele mówi o charakterze Hiszpanów. I takie obserwacje pozwalają mi na dystans wobec tego, co dzieje się w Polsce.

- Uznaję, że Polacy to ludzie Północy, łącznie ze Skandynawami, Niemcami, Anglikami, strasznie niecierpliwi, nagrzani, cały czas się śpieszą. A na Wyspach jest inaczej, można nauczyć się cierpliwości. Kiedyś na Majorce zatrzymaliśmy się z Anią w małym pensjonacie, który miał jednak swoją recepcję. Schodzę rano do kawiarni i widzę tłum zaróżowionych blondynek i blondynów, którzy pieklą się, gdzie recepcjonista, bo byli umówieni na ósmą rano. Idę do kafejki, a tam siedzi sobie ten recepcjonista, pali papierosa, pije kawę, pełen spokój.

- Albo sytuacja w sklepie spożywczym na Teneryfie, chcę panią o coś poprosić, a pani wychodzi, kwadrans jej nie ma. Czekam, bo chciałem kupić produkt, który można znaleźć tylko w tym sklepie, a mianowicie kiełbasę krakowską. Sklep niemiecki, ale obsługa hiszpańska. Po kwadransie widzę, że pani wraca, obładowana siatkami, wyszła sobie po zakupy.

- Kiedy się wprowadzaliśmy miałem pomysł, żeby sobie może zainstalować polską telewizję, i łaska boska, że tego nie zrobiłem, bo bym się nie wyłączał z tego wszystkiego, co się tu dzieje. Wtedy jednak pojechałem do administracji osiedla i pytam, czy mogę założyć antenę satelitarną, na zewnątrz, na balkonie. "Ale u nas jest telewizja kablowa". "Mi chodzi o polską telewizję". "Sprawa wygląda tak, że nie można, psuje to wizualizację osiedla. Jest to wykluczone. Ale ja nic nie widziałem" - kończy kwestię urzędnik, schyla głowę i  zasłania dłonią oczy.

- Wszędzie panuje taka ambiwalencja. Na naszym osiedlu pełno jest tabliczek "Posiadanie psów i kotów surowo wzbronione". W co trzecim mieszkaniu jest zwierzak. Kompletna odwrotność tej zasadniczości, która panuje w Ameryce.

- I rzecz charakterystyczna, oni tam zupełnie nie denerwują się na siebie. Przez te kilkanaście lat raz widziałem, żeby dwóch Hiszpanów krzyczało na siebie. Zdarzają się oczywiście awantury, wszczynane przez Anglików, to stereotyp, ale z obserwacji wynika, że oni rzeczywiście są najbardziej nerwowi. Reszta nacji natomiast upodabnia się do otoczenia.

A patrząc szerzej, jak wygląda Europa widziana z przeciwnej strony kontynentu?

- Hiszpania z lidera Europy stała się niemalże jej pariasem. Poprzedni premier, Zapatero okazał się pełną pomyłką, poprowadził kwitnącą Hiszpanię z czasów rządu Aznara prosto w objęcia kryzysu ekonomicznego. Smutno to wygląda, nawet tuż pod moim domem. Na osiedlu padł cały rząd kwitnących biznesów, restauracje, sklepy, biura turystyczne. Nic z tego nie zostało, stoją puste lokale, został jeden sklep z alkoholem czynny od 8 do 23, reklamują się jako najtańszy sklep na wyspie.

- Jest też jedna restauracja, prowadzi ją właściciel lokalu, więc ma łatwiej, ale wciąż próbuje nowych rozwiązań i jeszcze mu się nie zdarzyło, żeby jeden interes kręcił się dłużej, niż rok. W Polsce sytuacja też jest bardzo ciężka, szczególnie jeśli chodzi o młode pokolenie, to jest pełna tragedia, ale w Hiszpanii kryzys widać bardziej. Obraz tego, jak wygląda ulica nie każe ci zaglądać do danych statystycznych, widać jak sypią się poszczególne kwartały.

W sektor turystyczny na Kanarach kryzys też uderzył? Dziwne.

- Na Teneryfie praca jest tylko w sektorze turystycznym, ewentualnie, jak jesteś zawodowym surferem. Bezrobocie jest duże, bo jak nie masz ochoty siedzieć w recepcji lub być kelnerem, jakakolwiek inna praca jest w ostatnich latach niemożliwa. No chyba, że jeszcze na plantacjach bananów, czy pomidorów. Ale nawet ci, którzy zostaliby kelnerami działają na rynku zalanym przez tańszych pracowników napływających z Maroka, Tunezji czy rejonów postsowieckiego nadania.

- Imigranci z Afryki skierowali się teraz bardziej w kierunku Włoch i Grecji, ale przez długi czas na Wysypy codziennie przybywały łodzie pełne uchodźców. Widok przygnębiający, mijają się dwa autobusy, w jednym rozbitkowie zebrani z plaży, wyciągnięte z morza chudziny, bez dokumentów odsyłani na kontynent, w drugim grubi, rumiani turyści.

- Życie nocne nie istnieje, poza rejonem Veronicas, gdzie są dyskoteki, w których chodzi tylko o seks, alkohol i narkotyki, bawi się tam głównie młodzież angielska, to właściwie po 22 wszystko zamiera. Dlatego też padają knajpy. Efekt domina, ciąg, który toczy się, aż do momentu jakiejś kolejnej koniunktury gospodarczej, a na to się nie zanosi. Trzeba też pamiętać, że tam jest rozdmuchany system socjalny, w wielu wypadkach Hiszpanom po prostu nie opłaca się pracować. Dostają zasiłek rzędu 600 -800 euro, wystarczy jeszcze parę dni dorobić na czarno i już jest całkiem dobra pensja.

Przypomina się to, co mówiłeś o New Jersey, wychodzi na to, że wszędzie gdzie spojrzeć ciut głębiej niż z pozycji turysty, świat się wali.

- Wszędzie, strasznie je**ęło światem. Tak, jakby eksplodowała bomba o zwiększonej sile rażenia. Wizja dobrobytu, potencjalnej jego ciągłości okazała się być niczym innym, jak złudą i sztucznie pompowaną bańką, która w końcu pękła. Obawiam się, czy w ogóle nie stoimy na skraju przepaści, pytanie jak prędko wykonamy ten krok, po którym spadniemy na dół. Operuje się głównie wirtualnymi pieniędzmi, a tak wyśmiewany kiedyś pomysł Leppera, że jak pieniędzy brakuje, to należy je dodrukować, dziś w czyn wciela narodowy bank amerykański.

- Éric Cantona, piłkarz, który stał się socjalistycznym aktywistą powiedział, że jest bardzo prosty sposób na dokonanie ostatecznego krachu systemu korporacji, wystarczy żeby wszyscy jednego dnia poszli do banków i zażądali wypłaty w gotówce swoich oszczędności. W tym momencie system ekonomiczny przestaje istnieć.


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje