Reklama

Igor Rotberg: Nienawiść przynosi pieniądze, a pandemia podsyca płomień hejtu

Dlaczego hejt online nie jest zwalczany systemowo? Możemy teoretycznie dostać mandat za przeklinanie na ulicy, ale agresja w sieci nie jest karana.

Reklama

- Instytucje tworzące prawo nie nadążają za zmianami internetu, a on się zmienia bardzo szybko. Tak było, a nawet jest, w przypadku prawa autorskiego. Prawo nie jest doskonałe w kontekście internetu, bo ma on zasięg globalny. Jest wszędzie i nigdzie, to kto za niego odpowiada? Administrator strony? Właściciel serwera? Trudno to dookreślić.

- Niemniej warto reagować, zgłaszać hejt administratorowi strony, zrobić print screeny, zgłaszać takie rzeczy do instytucji zajmujących się zachowaniami ksenofobicznymi i rasistowskimi, nie karmić trolla. Potrzebna jest też profilaktyka, uświadamianie, takie jak chociażby ta rozmowa, ale też warsztaty dla firm, szkolenia, inicjatywy oddolne. Prawo na razie wygląda właśnie tak, że na ulicy działa w inny sposób, niż w internecie. Mamy jakąś netykietę, ale ona nie jest w żadnym wypadku prawomocna. Internet zmienia się zbyt szybko, żeby przepisy mogły nadążyć.

A propos szkoleń, to ja zabawię się przez chwilę w trolla.

- No dobrze, jestem gotów.

Nie wydaje się panu, że często wylewa się dziecko z kąpielą? Zbiera pracowników na siłę, każe siedzieć na warsztatach, a potem idą oni do domu i myślą: "Znowu zamiast pozwolić mi normalnie pracować, ktoś mówi, jak mam myśleć, wpycha te bzdury o poprawności, miłości i szacunku"?

- Bardzo dziękuję za to pytanie, bo takie pytania są potrzebne w kontekście szkoleń. Padło tu kilka kwestii. Po pierwsze, nie chodzi o to, żeby w naszych sercach zagościły jakieś górnolotne uczucia, miłość do wszystkich bliźnich i tak dalej. Jeśli ktoś ma takie podejście, to powinien zrezygnować od razu. To przyniesie zupełnie odwrotny efekt. Po drugie, nie chodzi o to, żeby takie warsztaty przekonywały, co można czuć, a czego nie, bo czuć możemy wszystko, to jest nasze prawo. Chodzi o to, co będziemy dalej z tymi uczuciami robić, jak będziemy sobie z nimi radzić.

- Po trzecie, są słowa, które użyte w złym kontekście, w złym znaczeniu, czasem nawet nieświadomie, prowokują werbalną agresję. Więc gdy szkolenie od początku jest ukierunkowane na pokazanie ludziom, że źle robią, źle myślą i mają zacząć myśleć inaczej, to jest bez sensu. Bo ono ma im pokazać, jak ze swoimi emocjami i poglądami się dogadywać, jak te rzeczy prezentować. Nie chodzi o to, by zakazać ludziom myśleć w ten czy inny sposób albo nie czuć jakichś emocji, typu złość. Ale o to, żeby opowiedzieć o tej złości tak, by nie ranić innych.

To jeszcze jedna prowokacja: czy hejt w sieci nie jest trochę na rękę branży terapeutycznej i szkoleniowej? Koniec końców ktoś na tym zarabia...

- Szkolenie można oprzeć na każdym zjawisku. Mamy takie korpo-mody na dane tematy: była moda na asertywność, była moda na zarządzanie turkusowe, na rezyliencję i tak dalej. Potem przychodzą do mojego gabinetu ludzie i mówią: "Chciałbym być bardziej asertywny i rezylientny". Pytam wtedy: "Po co?" i taki człowiek głupieje, bo ktoś mu powiedział po prostu na jakimś szkoleniu albo spotkaniu, być może usłyszał to od szefa, że ma taki być, ale nie bardzo wie, o co chodzi. 


- Owszem, ktoś może nakręcać rynek, ale nie zmienia to faktu, że hejt istnieje. Najgorzej, kiedy robimy szkolenia, na które pracownicy są "spędzani", ziewają z nudów i bawią się telefonem. One są po nic. Dlatego trzeba to robić z głową.

Korpo-moda może rozmyć sedno problemu?

- Jeżeli po takim szkoleniu komuś zostaje w głowie tylko to, że ma być rezylientny albo od teraz ma uważać na to, co mówi, bo może kogoś urazić, to jest to rozmywanie problemu. Wtedy mamy do czynienia z fatalnie przeprowadzonym szkoleniem. Bo to znaczy, że ten ktoś nie wie, o co w ogóle w tym chodzi. 

- Nie można robić czegoś na zasadzie: "Nauczyłem się trudnego słowa i bardzo skomplikowanej definicji i robię całodzienne szkolenie". Zyskuje tylko trener, który wychodzi z pieniędzmi, no i firma, bo upłynnia środki, które musi wydać. Pracownik nie zyskuje nic. Więcej zyskałby na rozmowie z przyjacielem.

Skoro pandemia przyspieszyła hejt, to gdy już się skończy, hejt wyhamuje?

- Trudno mi wieszczyć, jak będzie. Myślę, że nie wrócimy do tego samego miejsca, w którym byliśmy przed pandemia. Psychologowie obawiają się skutków w postaci PTSD (zespołu stresu pourazowego - przyp. red.).

- Już w tamtym roku zwiększyła się sprzedaż leków antydepresyjnych. Kilku moich pacjentów, którzy czuli się lepiej i odstawili leki, w tamtym roku wróciło do tych leków, bo sytuacja jest trudna. Gdy pandemia się skończy, to nie skończy się nasze doświadczenie przejścia przez nią. Jeśli mieliśmy wypadek samochodowy i on się wydarzył, nie zapominamy o nim od razu. Nie zdmuchniemy tego jak pyłku z ubrania. 

- Niektórzy byli w szpitalu, ich bliscy byli w szpitalu, zmarli, niektórzy zamartwiali się co dalej z firmą, z pracownikami. To zostawia ślad. Samo nie przestanie nas nawiedzać. Trzeba będzie to zasymilować. Być może zbudujemy na tym silniejsze fundamenty, bo okaże się, że przetrwaliśmy i jesteśmy silniejsi. Albo nie zintegrujemy tego i będziemy żyli w ciągłym strachu i niepewności. Nie będzie tak, że jutro ogłaszamy koniec pandemii i wszyscy przestajemy hejtować. Jeśli to zjawisko się rozwinęło, to zajmie trochę czasu, żeby je wygasić.

***

Zobacz również:

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: hejt | wywiady | internet | psycholog

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje