Reklama

Igor Rotberg: Nienawiść przynosi pieniądze, a pandemia podsyca płomień hejtu

Wracając do obecnej sytuacji - powiedział pan, że te mechanizmy potęgują się w pandemii. Czy bez niej nie dotarlibyśmy do tego samego stanu?

Reklama

- Te zmiany postępowały konsekwentnie, ale polaryzacja, szczególnie w sieci, wyraźnie wzrosła w stosunku do lat ubiegłych. Nie mówię, że nie było jej wcześniej, ale pandemia to wszystko spotęgowała. Tak samo jak wzmocniła takie ruchy jak QAnon, w które wniknęło mnóstwo ludzi i w ramach których tę niepewność i lęk staramy się uporządkować za pomocą jak najprostszych pewników. Łatwiej nam zrozumieć świat, gdy mamy proste przyczyny problemów: 5G, szczepionki, konkretna grupa społeczna. 

- Radzimy sobie z tym, że świat jest bardziej złożony niż jesteśmy w stanie pomyśleć. Pandemia pokazała nam, że wzrost nie jest stały, że nie będziemy zawsze szli w jednym, ustalonym kierunku. Są tacy, którzy przyjmują to, że jest ciężko, ale radzą sobie z tym. Są i tacy, którzy próbują sobie to jakoś wyregulować, szukają ludzi, których można obarczyć winą.

Jakie tematy około pandemiczne rodzą najwięcej hejtu? Czy osie polaryzacji jakoś ewoluowały?

- Na pewno hejt prowokowały i prowokują tematy związane z medycyną. Maseczki, szczepienia, to czy pandemia w ogóle jest, czy nie, czy może to wymysł chińskich albo amerykańskich naukowców, a może ktoś ją wymyślił, bo chce podważyć autorytet obecnych rządów. Warto dodać, że do podziałów częściej dochodzi w bliskich relacjach: w rodzinie, wśród znajomych, którzy wcześniej dobrze się dogadywali. Podczas świątecznych spotkań linia demarkacyjna niekiedy idzie przez stół, dzieląc członków rodziny, a to prowadzi do bardzo trudnych sytuacji.

 - Wcześniej byliśmy w stanie jakoś się dogadywać, pandemia radykalizuje ludzi i to nie tylko w Polsce, bo to trend ogólnoświatowy. Zygmunt Bauman pięknie powiedział kiedyś, że w związku z wzrastającą niepewnością i złożonością zjawisk społecznych, szukamy osób, które będą nam objaśniać świat w prosty sposób. Będą takim władcą, który w nieskomplikowanych słowach pokaże drogę, radykalnie wskaże: to jest czarne, to białe, bez żadnych szarości. Inaczej bowiem jesteśmy zagubieni.

Nienawiść pozwala niektórym odnaleźć się w świecie?

- W dużym skrócie tak. Nienawiść jest zjawiskiem złożonym. Obieramy na cel jakąś grupę społeczną, obwiniamy ją za coś i łatwiej nam funkcjonować. Nie trzeba myśleć o tym, że ludzie w jej obrębie różnią się między sobą, a to jest bardzo ciężka praca. Po drugie nie trzeba wykonywać pracy nad swoimi emocjami: nienawidzę to nienawidzę.

Jakie zagrożenia niesie to zjawisko? Ja widzę tutaj dwa poziomy konsekwencji. Jeden to poziom indywidualny: ten, kto staje się obiektem hejtu odczuwa to mocno. Drugi to poziom społeczny: jeśli dzieci widzą nienawiść w sieci, będą ją potem powielać. Plując jadem w komentarzach, tworzymy kolejne pokolenia ludzi, którzy będą to robić. Dzieci obserwując agresję w sieci, chłoną ją tak samo, jakby doświadczyły agresji w rzeczywistym świecie. Mylę się?

- Wcześniej dzieci też doświadczały agresji, ale faktycznie internet sprawił, że jest jej więcej. Są narażone na obserwowanie jej o wiele częściej. Internet sprawia, że hejt jest rozległy, treści w sieci nie znikają, nie można od nich uciec. Można zmienić szkole, ale nie można zmienić internetu. W momencie rozwoju emocjonalnego, psychicznego, społecznego, czyli w wieku nastoletnim, bycie na celowniku osoby, która używa internetu do rozpowszechniania treści przeciwko nam, może mieć katastrofalne skutki.

A co z problemem na poziomie społecznym?

- Może tak być, że dzieci, mając kontakt z mediami, nawet tradycyjnymi, jak chociażby telewizja oglądana z rodzicami, mogą widzieć hejt. W tym momencie rodzice mogą zareagować albo nie. Nie jesteśmy w stanie wychować dziecka w oderwaniu od rzeczywistości, w której mnóstwo jest nienawiści, bo prędzej czy później się z nią spotka. Wszystko opiera się na tym, czy ono będzie w stanie zrozumieć: "To jest hejt i to nie jest fajne". Jeżeli zareagują, to dziecko może taki mechanizm wypracować. Ale jeżeli rodzice dadzą na jego oczach przyzwolenie dla takiej narracji, dodatkowo w telewizji tak robią, to ono nauczy się, że tak można robić...

Szczególnie, jeśli podgrzewają atmosferę, machają rękami, wrzeszczą do telewizora...

-...wchodzą w dyskusję z panem z telewizora, krzyczą, ten pan nie odpowiada, ale i tak się denerwują. Dziecko widzi to i potem uzewnętrznia tę postawę, uczy się tego, że tak należy regulować emocje.

Dlaczego ludzie nie zastanowią się przed napisaniem nienawistnego komentarza na zasadzie: "Kurczę, moje dziecko może to przeczytać i nabrać przekonania, że tak należy rozmawiać z obcymi ludźmi"? Wydaje im się, że nienawiść w sieci to lżejszy kaliber?

- Nie wszyscy mają świadomość tego, że to widać, że to ma w zasadzie taki sam wydźwięk, jak agresja w świecie rzeczywistym...

Często rodzice starają się nie przeklinać albo nie palić przy dzieciach, żeby nie przekazywać złych wzorców. Nie ma już takiego hamulca w przypadku agresji w necie?

- Owszem. Tak jakbyśmy mieli uprawomocnienie przez poczucie anonimowości w internecie. Przez to ludzie czują się bezkarni, mniej myślą o konsekwencjach. Dochodzi do tego to, o czym mówiliśmy - że serwisy mogą promować taki sposób prowadzenia dyskusji, bo negatywne komentarze dostają więcej lajków. To podbudowuje ich autorów i zachęca do tego, żeby robić to dalej, powtarzać. Bo skoro dostają polubienia, to działa układ nagrody. Zrobili coś takiego, że ktoś się nimi zainteresował, więc następnym razem też napiszą taki hejterski tekst.

Dowiedz się więcej na temat: hejt | wywiady | internet | psycholog

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje