Reklama

Gdy stracił pracę, hip-hop wyciągnął go za uszy

Mój przykład pokazuje, jak z dnia na dzień wszystko może się diametralnie zmienić. To kwestia szczęścia, konsekwencji, pewnie odrobiny talentu - mówi w rozmowie z Interią Piotr Siara znany jako KęKę.

Miał szczęście, bo dzień po zwolnieniu z pracy zaproponowano mu... spełnienie jego marzeń. Ciężką torbę listonosza zamienił na mikrofon. Konsekwentnie walczy ze swoim alkoholowym nałogiem. I co najważniejsze - nie brakuje mu talentu, o czym świadczy szerokie grono jego słuchaczy i status złotej płyty jego debiutanckiego krążka.

Reklama

Łukasz Piątek: Jesteś szczęśliwy?

Piotr Siara KęKę: - Na pewno bardziej niż rok temu.

Dlaczego?

- Nareszcie żyję normalnie. Zarabiam na tym, co lubię. Kobieta, dom. Prywatnie bez wichur.

Myślisz, że dziś byłbyś szczęśliwy, gdybyś w 2013 roku nie odebrał telefonu z Prosto Label?

- Często się nad tym zastanawiam, co by było gdyby... gdyby nie telefon z Prosto z propozycją wydania u nich płyty, gdyby nie Popkillerowa akcja "Młode Wilki", gdyby... Nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć. Wiem jedynie, że m.in. dzięki Prosto to wszystko tak nagle wystrzeliło, i dziś jestem tu, gdzie jestem.

Nieczęsto się zdarza, żeby listonosz z Radomia został jednym z najpopularniejszych raperów w Polsce.

- Najpierw byłem raperem, później latałem z listami. Należy podkreślić, że wcześniej nie zajmowałem się muzyką zawodowo, nie wydawałem legalnie płyt, nie kręciłem klipów, nie grałem koncertów, nie zarabiałem na tym, ale mimo wszystko cały czas nagrywałem. Nie wiem, kto będzie czytał ten wywiad, ale osoby, które nie są zaznajomione z moją twórczością, mogą pomyśleć, że na Poczcie Polskiej odbył się casting na rapera (śmiech). Było trochę inaczej.

Twoja historia jest o tyle ciekawa, że propozycję wydania płyty w Prosto dostałeś dzień po tym, jak straciłeś pracę na poczcie.

- Faktycznie tak było. Zdradzę pewną ciekawostkę, o której nigdy nie mówiłem w wywiadach. Jak zacząłem wymianę maili z Prosto, to podsunąłem im anegdotę o Himilsbachu, który miał propozycję zagrania w amerykańskim filmie, ale musiał spełnić jeden warunek - nauczyć się angielskiego. Po długim namyśle odmówił i tłumaczył to tak: Ja się nauczę angielskiego, a oni odwołają produkcję filmu. I co wtedy? Zostanę jak głupi z tym angielskim...

Parafrazowałem tę opowieść w mailach - ja wyślę wam demo, wy go nie zaakceptujecie i zostanę z nim jak głupi (śmiech). Ale dogadaliśmy się. Prosto podpisało ze mną kontrakt w ciemno.

Ty chyba masz taki charakter, że nie zabiegasz o czyjeś względy. Nie masz potrzeby bycia wszędzie z wszystkimi? Nie lubisz się prosić?

- Na pewno nie jest tak, że rozpycham się łokciami, aby cokolwiek osiągnąć. Poznałem pewne mechanizmy rapowego biznesu, wiem, jak to działa. Promocja jest ważna, jeśli chcesz z tego żyć. Nie jestem gościem, który postanowił sobie, że będzie tylko nagrywał albumy i niech samo się dzieje. Siedzimy tu teraz i robisz ze mną wywiad. Świadczy to o tym, że rozumiem ten świat i godzę się na te zasady. Natomiast faktem jest, że niewiele inicjatyw wychodzi ode mnie. Taki mam charakter.

Wróćmy jeszcze na chwilę do tematu pracy listonosza. Ty w swoim najnowszym utworze nawijasz: "Z Poczty Polskiej do teraz, jakie to nie jest glamour, też mam styczność z gotówą, choć już nie noszę przekazów". Nie masz chyba problemu, żeby opowiadać o tym, że wcześniej pracowałeś na poczcie?

- Jestem zwykłym facetem, który imał się różnej pracy. Wizerunek modnie ubranego, wygładzonego rapera jest mi obcy. Ja nigdy takiego wizerunku nie miałem, bo nigdy taki nie byłem. Latałem spocony z ciężką torbą listonosza albo ciąłem krzaki niemieckim emerytkom. Dlaczego miałbym o tym nie mówić.

A jeśli któregoś dnia to wszystko się skończy i będziesz musiał wrócić do "normalnej" pracy, chociażby pracy listonosza. To co wtedy? Myślisz czasami o tym?

- Jeśli Poczta Polska nie upadnie i będą przyjęcia, to całkiem spoko (śmiech). Wiesz, ja każdą swoją pracę wykonywałem z przyjemnością. Mam nawet na myśli jakąś podłą robotę dla obcokrajowców. To chyba kwestia pozytywnego nastawienia. Kiedyś w Radomiu śmialiśmy się z kumplami, że w tym mieście najłatwiej poderwać dziewczynę na ręce brudne od smaru, bo to oznacza, że w ogóle ma się jakąkolwiek pracę (śmiech). To zresztą nie dotyczy tylko Radomia. Jeśli moja przygoda z rapem zgaśnie i będę musiał wrócić do pracy listonosza, to trudno. Tylko niech to będzie jakiś dobry, spokojny rejon (śmiech).

Planujesz sobie w ogóle życie na wypadek, gdyby coś nie wypaliło? Gdzie ty byś chciał byś za 5, 10, 15 lat?

- W przeciągu ostatniego roku opanowałem planowanie krótkoterminowe tj. z miesięcznym wyprzedzeniem. To dla mnie postęp niesamowity, bo przez 30 lat nie potrafiłem tego zrobić. Planowania na 5 lat do przodu jeszcze nie opanowałem. Wiem, że facet w moim wieku powinien mieć rozpisaną przyszłość i różne warianty, ale ja tak nie mam. Jestem dumny z siebie, że od niedawna potrafię zaplanować najbliższe 2-3 miesiące. To już coś.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że trochę przegrałeś swoje życie. Dlaczego?

- Kiedy to mówiłem - a było to 2 lata temu - na pewno nie byłem w momencie życia, z którego 30-letni facet powinien być dumny. Jestem nałogowcem. Mieszkałem u rodziców, praca raz była, raz nie. Z różnych pieców chleb się jadło. Pojawiła się szansa, żeby coś zmienić, więc musiałem się ogarnąć, bo byłbym debilem, gdybym z niej nie skorzystał. Mój przykład pokazuje, jak z dnia na dzień wszystko może się diametralnie zmienić. To kwestia szczęścia, konsekwencji, pewnie odrobiny talentu.

Po podpisaniu kontraktu z Prosto w rozmowie z Mateuszem Natali powiedziałeś: Przywykłem do spokojnego życia. Tempo jak z filmów Kolskiego. Spokojnie, po cichu, powolutku, wódeczka, papieros, rodzina. Teraz trzeba będzie przyspieszyć. Wyszło ci to na dobre? Nie żałujesz że nie "przyspieszyłeś" wcześniej?

- Są dwie strony medalu, takie dwie techniki myślenia: pierwsza - jeżeli spiąłbym się wcześniej, wydawał nielegalne płyty, kręcił klipy, to niektórzy twierdzą, że dziś byłbym w zupełnie innym miejscu mojej - nazwijmy to kariery.

 Z drugiej strony można pokusić się o stwierdzenie, że to wszystko po prostu tak miało być, miało iść swoim tempem, nie na siłę. Nie spinałem się, niczego nie planowałem. Czasami jest tak, że im bardziej się starasz, tym gorzej wychodzi. A wyszło pozytywnie. Kończę drugi album. Pierwszy poszedł jak zły. Jest dobrze.

Jakie masz refleksje po 2 latach bycia "legalnie" w środowisku hiphopowym? Coś cię rozczarowało, zaskoczyło?

- Nie miałem wielkich wyobrażeń, bo żyłem sobie spokojnie w Radomiu i nagrywałem kawałki z ludźmi, których znałem. Reszta w ogóle mnie nie interesowała. Te tarcia na górze to nie był mój świat. Teraz też jakoś specjalnie nie szukam na siłę branżowych kontaktów. Jeśli mam z kimś lepszy, bliższy kontakt, to wynika on z naturalnych relacji, niewymuszonych. To jest ciekawe, bo pracując jako listonosz te specyficzne tarcia i zachowania ludzkie, były dokładnie takie same. Jeden listonosz miał lepszy rejon, drugi gorszy, zawsze ktoś do kogoś miał jakieś "ale". Ludźmi kierują dokładnie te same instynkty bez względu na to, czym się zajmują. Trzeba robić swoje i nie oglądać się na innych. Tak, wiem - to strasznie trywialnie brzmi, ale tak jest.

Ale swoją szpilkę w ten polski, rapowy biznes wbijasz. "Na przekór modzie, bez looku, co powinien mieć raper, jesteście wszyscy tacy piękni, wasze ciuchy i lakier" - to wers z twojego najnowszego utwory pt. "Wy***e".

- To może nawet nie jest szpilka, bo nie o to mi chodziło. Ja lubię, kiedy to idzie dwutorowo. To trochę tak, jak z aktorami. Jedni mają na swoim koncie fantastyczne role i nie widzisz ich na galach i w serwisach plotkarskich, zaś drudzy zagrają jeden epizod i już chcą błyszczeć na czerwonych dywanach. Nie chodzi o siedzenie w bunkrze i ukrywanie się przed światem. W pokazywaniu się nie ma nic złego. Jednak zdroworozsądkowo trzeba umieć to wszystko wyważyć.  Cieszę się, że mnie ludzie znają, dlatego że mnie słuchają, a nie słuchają dlatego, że znają (śmiech).

Po niewątpliwym sukcesie twojej debiutanckiej płyty zdarzyło ci się usłyszeć od kogoś: KęKę zjedz Snickersa, bo zaczynasz gwiazdorzyć?

- U mnie działa to w ten sposób, że w czasie kiedy nastąpił skok zainteresowania moją osobą - ja się uspokoiłem. Hip-hop wyciągnął mnie za uszy. Jeden z chłopaków z JWP powiedział mi kiedyś, że zauważył taką prawidłowość, iż rap prostuje - niegrzecznych chłopców ugrzecznia, zaś tym bardzo grzecznym daje odrobinę szaleństwa. Sporo w tym racji.

Czujesz odpowiedzialność za to, co przekazujesz w swoich tekstach? Na debiutanckiej płycie wspominasz o swoim synu, który zaczyna się interesować rapem.

- Jako ojciec mam swoje przemyślenia, jak pogodzić nawijanie tym specyficznym językiem, treści, które przekazuję z rolą taty. Czasami ciężko oddzielić te dwie sprawy. Nie oszukujmy się - to nie jest łatwe. W niektórych kawałkach padają ostre słowa, których dziecko nie powinno chłonąć. No dobra, prawie we wszystkich (śmiech). Próbuję to wszystko jakoś wyważyć, ale musiałbym w dużym stopniu się samoograniczać, tego nie chcę. W dobie Internetu i tak dziecka pod kloszem nie da się zamknąć, a młodego wyczulam, że tata i KęKę się ciut różnią.

Chcesz się zająć tylko muzyką? Dziś dla wielu raperów robienie muzyki jest tylko dodatkiem, bo swój czas i energię poświęcają chociażby na promowanie i sprzedawanie swoich ciuchów.

- Obecnie skupiam się tylko i wyłącznie na dokończeniu drugiej płyty, która jest już prawie gotowa, i która premierę będzie miała w marcu.  Po premierze czekają mnie koncerty, więc przez najbliższe miesiące wszystko będzie się kręciło wokół mojego drugiego krążka. O niczym innym nie myślę. W ogóle ta branża zmienia się błyskawicznie. Sam jestem ciekaw, jak to wszystko będzie wyglądało za cztery lata.

Jaka to będzie płyta?

- Nowa. A użyłem tego słowa nieprzypadkowo. Pierwsza płyta nosiła tytuł "Takie Rzeczy". Druga zatytułowana będzie "Nowe Rzeczy". Zawsze uśmiechałem się pod nosem, kiedy czytałem wywiady z raperami, którzy do swojej twórczości podchodzili jak do wielkiego dzieła, takie och! ach! Ja przez wszystkie te lata wychodziłem i nadal wychodzę z założenia, że to tylko rap. To tylko jakieś tam moje rzeczy, moje dłubanie, a już na pewno nie magnum opus. I to się również tyczy mojej drugiej płyty - moje rzeczy, ale już nowe, stąd ten tytuł.  W tekstach będzie opis wszystkiego tego, co działo się w moim życiu, kiedy nagrywałem tę płytę. Moim zdaniem warstwa muzyczna będzie bardzo mocną stroną nowego krążka. Nie zabraknie dużo instrumentów w nowoczesnym wydaniu.

"KęKę wraca, aby mówić o tym, co na sercu leży. Na "Nowych Rzeczach" przekazuje swoją opowieść o wychodzeniu z nałogu i uczeniu się na nowo, jak ogarnąć codzienność" - to możemy przeczytać na stronie internetowej Prosto Label.

- Zacytuję klasyka: Jakie życie taki rap. Proces powstawania płyty trwał u mnie cztery miesiące. W momencie, w którym wszedłem do studia - a był to październik - byłem całkowicie inaczej nastawiony  i chciałem pisać o czymś zupełnie innym, niż kiedy kończyłem płytę w styczniu. Dwie różne bajki. Kiedy będziesz słuchał płyty, to szybko wyłapiesz mocny zwrot akcji. W październiku nagrałem kilka energetycznych kawałków, ale później trochę się u mnie pozmieniało, czego efektem są utwory o wiele bardziej stonowane.

Czyli "trochę pozmieniało się" na minus?

- Dla mnie na minus, ale być może dla odbiorcy będzie to na plus. Nie zawsze to, co czyni cię szczęśliwym, trafia do odbiorcy. To działa też w drugą stronę. Ludzie mają wizje ciebie, wyobrażenia, próby zawłaszczania, co masz robić, jak masz wyglądać, z czego masz się śmiać, a z czego denerwować.

Prace nad najnowsza płytą przebiegały podobnie, jak miało to miejsce w przypadku pierwszej? Przyznałeś się, że kawałki do pierwszej płyty pisałeś pod wpływem alkoholu, a jedyny "trzeźwy" numer na "Takie Rzeczy" to " Krucjata".

- Całkowicie na odwrót, diametralna zmiana postawy. Dlatego numery z najnowszej płyty są całkowicie inne.

Inne czyli lepsze?

- Myślę, że tak. Przez wiele lat próbowałem przestać pić. Tu trzy miesiące, tam pięć, ale i tak nie dawałem rady. Szczątkowe formy terapii, środki farmakologiczne, które miały mnie z tego wyciągnąć. Zawsze jest tak, że kiedy odstawiasz wódę, to świat wydaje ci się bardzo szary, a życie bez smaku. Będąc dwa miesiące trzeźwym, nie napisałem żadnego kawałka. Cały czas z tyłu głowy słyszysz wtedy głosy: weź się napij, zobaczysz kolory, będziesz miał polot, będziesz świetny. To gówno prawda. Okazało się, że można nie pić i można nagrywać dobry rap. Płyta "Nowe Rzeczy" jest lepsza muzycznie i technicznie od tej poprzedniej, od tej "pod wpływem".

Na twoim debiutanckim krążku zabrakło gości, bo szczerze przyznałeś, że nie miałeś chęci ogarniać zamieszania związanego z dogrywaniem zwrotek przez innych raperów. Na drugiej płycie również nie będzie gości. To celowy zabieg, czy znowu coś stanęło na przeszkodzie?

- I tak, i nie. Faktycznie brakowało czasu, żeby zająć się gośćmi - to raz. Dwa - ja lubię mieć kontrolę nad płytą. To taka mania kontroli w momencie, kiedy się na coś decyduję i w to angażuję. Kiedy posypałby mi się jeden klocek układanki, to znając siebie, straciłbym ochotę na dalszą realizację płyty. Grałem kiedyś w taką gierkę strategiczną, ale tytułu sobie nie przypomnę. W każdym razie atakowało się przeciwnika całą armią czołgów. I ja na początku te swoje wszystkie czołgi ustawiałem równiutko w linię, w zależności od typu, wszystkie działa obok siebie, żeby mieć nadzór nad rozwojem sytuacji. Nie wiem, jak to nazwać. Może to jakaś choroba psychiczna.

Obawiasz się tzw. syndromu pierwszej płyty? Zwłaszcza, że "Takie Rzeczy" to płyta, która została świetnie przyjęta przez słuchaczy i doskonale się sprzedała.

- Zastanawiałem się, jaka powinna być moja druga płyta - podobna do pierwsze, zupełnie inna, nowoczesna, klasyczna? I doszedłem do wniosku, że na pewno ona nie może być przez cokolwiek lub kogokolwiek wymuszona. Podszedłem do tematu na luzie. Wybrałem bity, które najbardziej mi się spodobały, napisałem do nich zwrotki. Kiedy dostaję bit i od razu nie pisze mi się pod niego tekst, to wiem, że nic z tego nie będzie i biorę inny podkład muzyczny. Nigdy nie pisałem kawałków koncepcyjnie. Nawet tytuły wymyślam dopiero na sam koniec, kiedy wydawca prosi o tracklistę. Jestem zadowolony z efektu, który uzyskaliśmy. Ta płyta jest po prostu dobra. Natomiast na pewno nie chciałbym, żeby ktoś pomyślał, że to dzieło doskonałe. Tak nie jest. Bo przecież ja cały czas jestem tylko alkoholikiem z Radomia.  

Rozmawiał Łukasz Piątek

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje