Reklama

Fisz i Emade: Stworzyli hit, nigdy go nie zagrali

Kilkanaście lat temu zostali uznani za odkrycie polskiego hip-hopu. Ich dwie pierwsze płyty wprowadziły na rynek muzyczny zupełnie nową jakość, a oni zyskali potężną rzeszę fanów. Dziś zgodnie twierdzą, że z hip-hopem nie mają już zbyt wiele wspólnego, bo nie lubią popełniać kompromisów. Zwolennicy ich talentów szanują obu artystów za muzyczne dokonania, zaś przeciwnicy patrzą na nich wyłącznie przez pryzmat znanego ojca. Oto Bartosz i Piotr Waglewscy - znani jako Fisz i Emade.

Jak to jest z udzielaniem, a raczej nieudzielaniem przez was wywiadów? Podobno bardzo tego nie lubicie.

Reklama

Fisz: - Nie należy to do naszych największych przyjemności. A to dlatego, że na naszych płytach jest bardzo dużo o nas samych. Teksty utworów są opowieściami o tym, co nam się przytrafia, co nam się podoba, a co niekoniecznie. Natomiast wywiady to takie odpytywanie przy tablicy, rozprawka na dany temat, co nie do końca mnie przekonuje. Ale to nie jest tak, że mamy zupełną awersję do udzielania się w mediach. Po prostu najlepiej czujemy się na scenie, między bębnami i innymi instrumentami, bo mówcami jesteśmy średnimi. Poza tym, nie wydaje mi się, żebyśmy byli postaciami na tyle interesującymi medialnie - a mowa o wymiarze komercyjnym, nastawionym na świat hedonistyczny. Mamy swoje rodziny, wychowujemy dzieci, nie uprawiamy skandali.

Emade: - Zgadzam się z Bartkiem. Nie można jednak popadać w skrajność, bo nie zapieramy się rękami i nogami. Nie ma co ukrywać, że więcej jest nas w mediach w okresie wydawania płyty, bo jest to jeden z elementów promocji. Wówczas opowiadamy o produkcie, który w danym momencie wypuszczamy na rynek.

Fisz: -I opowiadamy o muzyce, z którą chcemy być przede wszystkim kojarzeni, a nie z tematami, które są dla nas zupełnie nieistotne. O naszym prywatnym życiu też nie gadamy.

Pih mawia, że niekomercyjność też ma wartość komercyjną. Nikt wam nie zarzucił, że paradoksalnie przez to, iż staracie się unikać rozgłosu, to tak naprawdę jest to przejaw "gwiazdorstwa"?

Emade: - Nigdy nie spotkałem się z takim zarzutem.

Fisz: - Mnie również nikt tego nie powiedział. Każdy, kto naprawdę uczestniczy w tym, co robimy, czyli przychodzi na nasze koncerty, kupuje płyty, to wie, że traktujemy to wszystko bardzo poważnie. Każdy koncert gramy na 100 procent, publiczność to docenia. Zatem dla nich ważne jest to, co dzieje się na scenie, a nie w naszym życiu prywatnym. To pewnie wyraz szacunku z ich strony.

Czy kiedykolwiek któremuś z was odbiła tzw. sodówka?

Emade: - Nie sądzę. Jest tak, jak Bartek mówi, nie uprawiamy skandali, mamy poukładane życie. Jesteśmy zwykłymi facetami, którzy traktują swoją pracę-pasję bardzo serio, więc poświęcamy jej dużo czasu.

Fisz: - Muzycznie wychowywaliśmy się na latach dziewięćdziesiątych, więc słuchaliśmy hip-hopu i muzyki gitarowej. Nasi tzw. idole jakoś odbiegali od tego "celebryckiego" świata i można powiedzieć, że byli antygwiazdami. Dla nas otaczanie się cekinami, skandalami czy wybuchami na scenie zawsze było mocno podejrzane i tak naprawdę obciachowe. Nie potrzebujemy sodówki. Wystarczy nam codzienna proza życia.

Kończąc już temat popularności: czy z racji tego, że macie znanego ojca, to w waszych latach szkolnych była w was taka pokusa pokazania kolegom i koleżankom, że jesteście synami "tego Waglewskiego"?

Emade: - Mówiono kiedyś, że mamy ojca muzyka, więc jest nam łatwiej, bo możemy wejść do studia i bawić się w muzykę. Było to bzdurą, bo nasz ojciec nigdy nie miał własnego studia. Mieliśmy jedynie dostęp do jego gitar, ale żaden z nas na gitarze nie gra. Na pewno ojciec zaszczepił w nas pasję muzyczną, aczkolwiek wydaje mi się, że nie do końca zrobił to świadomie. Zawsze otaczała nas duża ilość płyt, ale nie chodziliśmy do żadnej szkoły muzycznej, nie było nacisku ze strony ojca, żebyśmy byli muzykami. To przyszło naturalnie.

Fisz: - Z tą popularnością ojca bym nie przesadzał. Oczywiście, byliśmy postrzegani jako rodzina artystyczna, bo tata stawiał włosy na cukier i chodził w skórze, ale wówczas zespół Voo Voo nie cieszył się jakimś wielkim rozgłosem wśród gospodyń domowych. Więc tak naprawdę to, kim był mój ojciec, wiedzieli nieliczni. Znam dzieci popularnych aktorów i faktycznie oni się stykali z poczuciem zatracenia swojej prywatności. Ja nigdy czegoś takiego nie odczułem.

Bartek, powiedziałeś kiedyś, że ojciec był lekko zawiedziony, bo chciał was widzieć z gitarami, w kurtkach skórzanych i długich włosach, a wy tymczasem braliście mikrofon i produkowaliście na komputerze bity. Tata długo oswajał się waszym muzycznym wyborem?

Fisz: - Wiedział, że pewne zmiany pokoleniowe są nie do uniknięcia. Natomiast dla niego ta rewolucja była o tyle duża i zaskakująca, że nagle okazywało się, iż muzykę od początku do końca można stworzyć za pomocą komputera, że nie trzeba mieć wiedzy o harmonii i melodii.

Niedawno premierę miała wasza najnowsza płyta pt. "Mamut". Krążek zbiera bardzo dobre recenzje. Was w ogóle obchodzi, kto i co pisze o waszej muzyce?

Emade: - Nawiąże trochę do wcześniejszej wypowiedzi Bartka - da się to odczuć na koncertach. Jeśli odbiór płyty jest dobry, to pod sceną jest mnóstwo ludzi. Nasza obecna trasa jest bardzo udana, bo mamy świetną frekwencję, więc można zaryzykować, że "Mamut" podoba się słuchaczom, przyjął się. Jeśli zaś chodzi o recenzje w prasie, to oczywiście kiedy czyta się pochlebne opinie, jest miło. Przeczytałem dwie lub trzy odnośnie mamuta i na tym poprzestałem, bo ile można czytać o sobie.

Fisz: - W ogóle nie czytam prasy, nasz menedżer robi mi czasami taką prasówkę. Docierają do mnie sygnały, że nasza najnowsza płyta jest pozytywnie odbierana. Kiedyś chodziłem do kiosku, kupowałem Metal Hummery i zawsze się ścierałem z opiniami co do moich ulubionych płyt, bo wielu recenzentów nie podzielało moich zachwytów nad danym krążkiem. Odbiór muzyki jest sprawą bardzo intymną i subiektywną. Wydaje mi się, że płyta "Mamut" jest bardzo ważna, choć tak naprawdę czas pokaże, czy faktycznie tak jest.

- Pamiętam okres oczekiwania na nasz pierwszy koncert w Gdyni i zresztą całą trasę. Byłem ciekawy, czy nasz entuzjazm co do nowej płyty podzielą także słuchacze. Nasze stare utwory poddaliśmy nowej aranżacji, zaczęliśmy grać z nową elektroniką, więc był to test, czy ludziom się to spodoba, czy przyjdą nas posłuchać. Ten koncert był dla nas bardzo ważny m.in. dlatego, że składa się z dwóch części - pierwszej bardzo wyciszonej, gdzie publiczność czeka do ostatniego dźwięku, który wybrzmi, co rzadko się spotyka podczas koncertów muzyki popularnej oraz z drugiej części - elektronicznej - miejscami tanecznej, drapieżnej. Okazuje się, że im więcej tych koncertów gramy, to ten materiał coraz bardziej nas przenika, lepiej się rozumiemy, potrafimy rozmawiać na scenie. Ta dramaturgia koncertowa świetnie wpływa na naszą publiczność. To cieszy, bo taka forma recenzji jest dla nas najważniejsza.

"Mamut" to wasza najlepsza płyta?

Fisz: - Zawsze jest tak, że najbardziej kocha się to najmłodsze "dziecko". To pewnie też dlatego, że "Mamut" odpowiada tym etapom, które zakończyliśmy: m.in. pracą nad płytą z ojcem "Matka, Syn, Bóg". Krążek "Zwierzę bez nogi" to atrybut, podziękowanie dla tych wykonawców, którzy nas zainspirowali i wprowadzili na scenę. Więc po tych wszystkich przygodach podjęliśmy się stworzenia płyty bardzo autorskiej i mocnej. Tak, dla mnie jest to nasza najlepsza płyta. Choć z drugiej strony, kiedy pracujesz nad płytą dosyć długo, a tak było w naszym przypadku, i podczas tworzenia przysłuchujesz się jej na co dzień, to później ciężko od początku do końca przesłuchać całość w sposób neutralny. Emocjonalnie najbardziej jestem związany z "Mamutem" i podejrzewam, że to się długo nie zmieni.

Emade: - Czuję, że to nasza najlepsza produkcja, bo w przeciwnym wypadku byłoby to dowodem na brak naszej muzycznej ewolucji. Cały czas następuje progres, nie tylko artystyczny, ale też technologiczny. Mam coraz większe pojęcie miksowaniu, masteringu, dobieraniu sprzętu. Każdy składnik tej płyty został bardzo dokładnie przemyślany i skrupulatnie dobrany. Jestem zadowolony z efektu artystycznego, jak i technologiczno-instrumentalnego. Tak po ludzku te piosenki po prostu mi się podobają.

Zabiorę głos, myślę dużej rzeczy waszych fanów, którzy dopytują m.in. na forach internetowych czy jest szansa, żebyście jeszcze kiedykolwiek nagrali płytę, która nawiązywałaby do brzmień z "Polepionych dźwięków" i "Na wylot"?

Emade: - To jest tzw. syndrom pierwszej płyty i chyba wielu artystów on dotyka. Ja też często uważam, że zespoły, które bardzo lubię, poszły nie w tę stronę, w którą bym chciał i wracam do ich pierwszych płyt. Myślę jednak, że dla nas byłoby to cofaniem się w rozwoju. "Polepione dźwięki" i "Na wylot" to już przeszłość. Zrobiliśmy te płyty najlepiej, jak na daną chwilę umieliśmy. Dziś wyglądałoby to bardziej dojrzale i lepiej technicznie. Wchodzenie do tej samej rzeki zbytnio nas nie kręci.

Fisz: - Ja w ogóle nie mam sentymentu do tych płyt. Lubię poszczególne utwory, ale dla mnie to etap zamknięty. Wydaje mi się, że na każdym naszym krążku znajdzie się coś, co charakteryzuje nasz styl. Jedni będą się z tego cieszyć, inni będą zawiedzeni. Dziś na nasze koncerty przychodzi część publiczności, która nie zaglądała do początków naszej twórczości, bo zdecydowanie woli nasze brzmienie.

Czy na koncertach gracie jakieś utwory z pierwszych płyt?

Emade: - Do tej pory pojawiały się takie kawałki, ale przy okazji premiery "Mamuta" zaprzestaliśmy grania piosenek z "Polepionych dźwięków" czy "Na wylot". Padł pomysł, by odświeżyć jeden utwór z naszej pierwszej płyty. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Fisz: - Przy okazji "Zwierza bez nogi" graliśmy miks tego wszystkiego, co interesowało nas z poprzednich krążków. Powroty do tych utworów są dla nas fajne, śmieszne, ale trudno się obecnie identyfikować z niektórymi tekstami. Dziś gramy nową płytę, pojawiają się kawałki z "Heavi Metal".

Emade: - Przez moment graliśmy "Bla bla bla", gdzie Bartek rapuje, że ma 22 lata. Teraz, 14 lat później, jest to chyba już nie na miejscu.

Nigdy nie korciło was, żeby zrobić hit na miarę "Czerwonej sukienki"? Taka "Czerwona sukienka II"?

Emade: - "Czerwona sukienka" to utwór, który wykonaliśmy raz w życiu na koncercie...

No właśnie - Bartek powiedział kiedyś, że nie lubi tego utworu. Dlaczego?

Emade: - On tego tekstu nigdy nie nauczył się na pamięć. Zagraliśmy to raz w życiu. To nawet nie był cały kawałek, ale sam refren. "Czerwona sukienka" stała się dla nas chyba zbyt popularna i dlatego nie chcieliśmy jej grać. Nigdy nie powstał i nie powstanie kawałek choć trochę podobny do tego utworu.

Fisz: - Chyba nie ma nic gorszego, jak kojarzenie jakiegoś zespołu tylko z jedną piosenką. Udało nam się odciąć od "Czerwonej sukienki". Mamy wiele lepszych kawałków. Przy okazji cieszy nas fakt, że utwór "Pył" wskoczył na pierwsze miejsce na Liście Przebojów Trójki. To pierwszy nasz taki debiut od 15 lat.

Bartku, dlaczego nie lubisz płyty "Na wylot" skoro ona się tak kapitalnie jak na tamte czasy sprzedała?

Fisz: - Każda płyta wiąże się z jakimś okresem, a tamten nie był jakiś udany. Jako młodzi ludzie  pierwszy raz weszliśmy do profesjonalnego studia, gdzie nie panowaliśmy nad wszystkim, byliśmy trochę sterowani. Mieliśmy ludzi, którzy nas nagrywali, miksowali i tak dalej, więc za brzmieniem tej płyty do końca nie przepadam. Realizacja wokali też nie rzuciła mnie na kolana. Aczkolwiek jest na niej kilka numerów, które lubię - "30 centymetrów", "Rozmyty", mam sentyment do "Tajemnicy". Piotrek po tej płycie uznał, że już nigdy nie odda materiałów w czyjeś ręce. 

Zdaniem wielu - także moim - płytami "Polepione dźwięki" oraz "Na wylot" wyprzedziliście o kilka długości wszystko to, co wtedy działo się w polskim hip-hopie. To samo uczynił kiedyś Eis, który wydał krążek z bitami niespotykanymi przy polskich produkcjach i niespotykanym "flow"". Macie przeświadczenie, że nadaliście wtedy branży hip-hopowej nową jakość?

Emade: - Znaleźliśmy swoje miejsce. Wtedy bardziej byliśmy związani ze środowiskiem hip-hopowym, niż ma to miejsce dzisiaj. Teraz bliżej nam do muzyki elektronicznej i formy bardziej piosenkowej. Byliśmy zainspirowani takimi artystami jak Mos Def i De La Soul. Wówczas w Polsce przeważał hip-hop uliczny, a my robiliśmy taki bardziej pozytywny, choć nie lubię tego słowa, bo hip-hop pozytywny idzie bardziej w stronę Norbiego. Nie wiem, czy cokolwiek wyprzedziliśmy. Raczej uderzyliśmy w zupełnie inną stronę. Może to było głównym powodem, jak wtedy byliśmy odbierani.

Przestaliście się udzielać w środowisku hip-hopowym i stanęliście z boku. Tak jest wygodniej?

Emade: - To jest zupełnie naturalna kolei rzeczy. Od kilku lat nie słuchamy tej muzyki. Dziś z sentymentem wracamy do starych nagrań, ale odnajdujemy się w innej twórczości. Są oczywiście takie grupy jak Beastie Boys, które uważamy za genialne i tak już pozostanie. To nie było tak, że usiedliśmy i powiedzieliśmy sobie: odbijamy od tego hip-hopu. Zmiana przyszła naturalnie. Zawsze robiliśmy to, co nam się podoba i na co mieliśmy ochotę.

Fisz: - W latach dziewięćdziesiątych hip-hop był dla nas bardzo ważny. Chyba każdy ma swoje zaplecze, środowisko, które pozwala na taką identyfikację z językiem, ze sposobem tworzenia muzyki i my tego nie ukrywaliśmy. Jednak nigdy nie nazywaliśmy się hip-hopowcami. Byliśmy osobami bardzo otwartymi muzycznie i szukaliśmy własnego, autorskiego języka przekazu. Nie lubimy się ubierać w uniformy. Raczej nasłuchujemy, co się dzieje wokół, a przy okazji przez te lata doczekaliśmy się charakterystycznego sposobu myślenia o dźwiękach.

Czyli w ogóle nie interesuje was dzisiaj, co dzieje się w polski hip-hopie?

Emade: - Ja tego nie śledzę. Nie jestem odbiorcą polskiego hip-hopu, bo ta muzyka raczej nie jest skierowana do mnie. Szczególnie, że w dużej mierze kierowana jest do dzieciaków, a ja dzieciakiem się nie czuję. Ciężko byłoby mi słuchać rad dla nastolatków, mając 33 lata.

Dostajecie propozycje od raperów, żeby dograć się do jakiegoś utworu albo wyprodukować muzykę?

Emade: - Niedawno zrobiłem bity na nową płytę Hadesa. Pojawiały się inne propozycje, ale z powodu braku czasu nie podejmowałem się tych tematów. Nie lubię produkować pojedynczych utworów, zdecydowanie bardziej wolę pracować nad płytą jako nad całością, bo lepiej się odnajduję.

Fisz: - Jakiś czas temu ogłosiłem, że nie udzielam się przy tego typu projektach. Jest wielu producentów, których cenię, ale przez to, że mój przekaz i sposób myślenia jest autorski, to trudno mi popełniać takie kompromisy. Po kilku mniej udanych próbach zarzuciłem takie rozwiązania. Chcę robić swoje rzeczy, a pomysłów mam tyle, że nie chcę ich marnować.

Czego można wam życzyć w 2015 roku i jakie macie plany na najbliższy rok?

Fisz: - Chciałbym, żeby 2015 był tak samo dobry, jak ten obecny. Skończyliśmy świetną trasę z ojcem i nagraliśmy płytę, którą uważam za naszą najlepszą. Gramy trasę, która też jest jedną z naszych najlepszych dotychczasowych tras koncertowych. Chcielibyśmy tryskać pomysłami i nagrywać nowe rzeczy bez popełniania kompromisów.

Rozmawiał: Łukasz Piątek


INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje