Reklama

Duży w Maluchu: Robert Makłowicz

Robert Makłowicz podczas inspekcji czerwonego "malucha" Filipa Nowobilskiego /YouTube

Roberta Makłowicza z jego kulinarnych podróży na ekranie telewizji kojarzy chyba każdy. Tym razem znany dziennikarz i publicysta pojawił się w roli gościa Filipa Nowobilskiego w kolejnym odcinku programu "Duży w Maluchu".

Filip Nowobilski: Pan jest osobą, która w wielu sektorach życia się odnajduje i dywersyfikuje swoje przychody. Proszę powiedzieć, co się u pana zmieniło od naszego ostatniego spotkania półtora roku temu?

Robert Makłowicz:
- Poza tym, że ja i pan postarzeliśmy się o półtora roku (...) to pracuję nad nową książką. Programy dalej kręcę. Firma winiarska, którą mój syn prowadzi działa dobrze. Została kupiona przez większy podmiot (...)

A poza tymi biznesami, są jeszcze jakieś? Mamy książkę, mamy programy, mamy winiarnię...

- To jest import wina.

Skąd pomysł, żeby wejść w biznes? Czy to dlatego, że kariera telewizyjna bywa chimeryczna?

- Ja mam doświadczenia pracy zhierarchizowanej, na stanowisku, w instytucji. Pracowałem przez lata w "Gazecie Wyborczej" w oddziale krakowskim. Ale to była moja ostatnia praca na etacie. Ale jak się jest sobie samemu sterem, żeglarzem i okrętem, no to trzeba umiejętnie grać na fortepianach biznesowych różnych. Bo jak się gra na jednym, struna może pęknąć któraś i fortepian zaczyna fałszować.

I zakłóca wewnętrzny spokój...

- Nie można, pokazując się w telewizji, opierać swojego bytu finansowego li tylko na tym, że człowiek zakłada, że go będą dożywotnio w telewizji pokazywać. Po jakimś czasie inni nie chcą jego facjaty oglądać.

Reklama


Panie Robercie, jakim pan jest szefem? Bo w biznesach ma pan osoby, którymi musi pan zarządzać...

- W tej chwili to raczej jestem rodzinnym szefem. Osoby, z którymi pracuję to moja rodzina. Z żoną pracuję od lat, teraz z moim synem. Z pewnością na moim szefowaniu odciska się piętnem generalnie mój stosunek do ludzi. Wolę ludziom ufać, niż nie ufać. Gdybym miał zakładać a priori, że człowiek jest zły i może mnie oszukać, okłamać - również w biznesie - tobym zwariował! Wolę zakładać, że ludzie są dobrzy. Parę razy się na tym sparzyłem, ale wolę się parzyć. Założenie takie negatywne jest taką trucizną, która nie pozwalałaby mi żyć.

Co pan myśli o mobbingu, o zjawisku w którym podwładni są dyskryminowani przez swojego szefa?

- To jest karygodna rzecz i aż dziw bierze, że dopiero ostatnimi laty o tym mówimy. Ale wiele takich zjawisk, bardzo negatywnych, które istniały i istnieją - myśmy w ogóle nie zwracali na nie uwagi. Od kiedy się mówi o pedofilii? Od kiedy się mówi o przemocy domowej? A seksizm? Ale skupmy się na mobbingu. Jest to rzecz straszliwa, dlatego, że wykorzystywanie swojej pozycji, wyższej w hierarchii służbowej do wywierania nagannej presji na człowieku, w czasach gdy groźba utraty pracy jest jedną z najwyższych gróźb, to jest coś, co czasami pcha ludzi do rozwiązań ostatecznych, radykalnych. Ludzie z tego powodu odbierają sobie życie.

A czy pan był kiedyś ofiarą mobbingu?

- Mnie to nie dotyczy w tym sensie, że ja robię gdzieś te programy i je wysyłam. Ja nie biegam po korytarzach. Ja nie antyszambrowałem dyrektorów, żeby dali mi lepszy program. Nie musiałem przychodzić do nikogo i kusić go swoimi wątpliwymi wdziękami i obiecywać cokolwiek...

Proszę mi powiedzieć, jaka jest pana praca marzeń?

- Chciałbym być kwalifikowanym rentierem (...)

Zobacz cały odcinek programu Duży w Maluchu, którego gościem jest Robert Makłowicz

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje