Reklama

Dobromir "Mak" Makowski - spowiedź byłego narkomana

Ile życiowych upadków jest w stanie znieść zwykły człowiek? Czy można wydostać się nawet z najgłębszego bagna przepełnionego narkotykami, agresją, przemocą i totalnym zdeprawowaniem? Niesamowita i przejmująca historia Dobromira "Maka" Makowskiego pokazuje, że nigdy nie jest za późno, by wrócić do świata żywych...

Dzieciństwo

Pochodzi z rozbitego, patologicznego domu, w którym charakterystyczna, drażniąca nozdrza woń alkoholu towarzyszyła mu już od pierwszych miesięcy życia.  Mając zaledwie półtora roku znalazł się w domu dziecka. W tym czasie jego rodzice za pobicie milicjanta trafili do kryminału.

Reklama

Po odsiadce mama Dobromira większość czasu spędzała na ulicy i nie zamierzała więcej poświęcać się rodzinie. Ojciec nie umiał pogodzić się z szybko postępującą utratą wzroku, ukojenia szukał w wódce.  Nieświadomy swojego tragicznego położenia Dobromir ostatecznie zamieszkał z tatą. Dziś tak wspomina tamten okres:

- Jako dziecko nie bardzo wiedziałem, na czym to wszystko polega. Zadawałem sobie pytanie: dlaczego tylko tata nas wychowuje?

Mając osiem lat znalazł się pod tymczasową opieką matki, która - nie radząc sobie z emocjami i wysokoprocentowymi trunkami - złamała mu nos. Oparcia nie znalazł także w tacie, który nader często zaglądał do kieliszka, a swoje frustracje wyładowywał na Dobromirze i jego rodzeństwie.  

- Ojciec rzucał nami po ścianach. Bił nas kablami i paskami ze sprzączkami. Pewnego dnia powiedział, że mnie zabije. Bardzo się wtedy przestraszyłem. Potrafił pić dwa, trzy tygodnie. Ja stawałem się coraz bardziej zachwiany emocjonalnie, a każdy kolejny miesiąc uczył mnie, jak przemijać przez alkoholowe fazy mojego taty, który od euforii, ogromnej agresji i amoku docierał do fazy umierania i grania nam na emocjach.

Ojciec złamał granice wytrzymałości "Maka", co skutkowało jego ucieczką z domu, a koszmarne przeżycia pchnęły go w stronę destrukcji emocjonalno-moralnej.  Z każdym dniem rosła w nim nienawiść do świata i ludzi, zaś jego największym wrogiem stał się... Jezus. Pierwszy raz ubliżał Bogu w surowym, dopiero co budowanym ceglaku, który podczas ucieczki służył mu za noclegownię. Doskonale pamięta, co wtedy powiedział:

- Nie chcę Cię znać. Ty święty Żydzie, gdybym mógł cię jeszcze raz ukrzyżować, to zrobiłbym to z przyjemnością. Chciałbym tam stać i jeszcze raz przybić cię do krzyża, żebyś zrozumiał, jak bardzo cię nienawidzę.

Świat chorych zasad

Dobromir Makowski w wieku jedenastu lat trafił do pogotowia opiekuńczego, gdzie demoralizacja i zepsucie dały o sobie znać jeszcze silniej niż dotychczas. Wtedy pierwszy raz został pobity przez starszych "kolegów", którzy bardzo szybko uświadomili mu, że najwyższy czas nauczyć się egzystować w świecie nowych, chorych zasad.

- Pamiętam, jak podbiegł do mnie chłopak i uderzył mnie paletką w twarz. Powiedział, że jestem frajerem. To zmiażdżyło moją psychikę. W ogóle nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Przywieziony przez policję, dostarczony do izolatorium - już sama ta nazwa... Wychowawca uderza jakiegoś chłopca w twarz... O mało się wtedy pod siebie nie załatwiłem. Dziś, mając trzydzieści lat, mogę o tym mówić z czystym sercem, jestem od tego wolny. Ale to był czas, który mnie zmiażdżył.

Jako dwunastoletnie dziecko słyszał od dorosłych, nierzadko wykształconych ludzi, że nic z niego nie będzie, że skończy jak matka z ojcem, na ulicy, jako menel. Ze swoimi emocjami uciekł w rozpuszczalnik. Najczęściej, wraz ze swoim kompanem Danielem, ćpali na łódzkim "Manhattanie".

- To był beztroski czas. Odpływałem, nie musiałem się bać, nikt mnie bił, odjeżdżałem po cichu. Mówiłem sobie, że to jest mój świat, w którym chcę być. Ja po prostu tęskniłem za normalnością i miłością, którą odnalazłem w rozpuszczalniku, dlatego tam zakotwiczyłem.  Gdybym miał wtedy możliwość bycia w normalnym świecie, tobym tam pozostał, w świecie taty i mamy...

Ziarenko nadziei

Rzeczywistość emocjonalnej oschłości, agresji i narkotyków doprowadziły "Maka" na oddział detoksykacji, gdzie trafił w ręce lekarzy, którzy mieli za zadanie wyprowadzić go ze stanu przedawkowania. Szansą na wyleczenie Dobromira stał się ośrodek dla narkomanów w Bytomiu.  Tam poznał księdza, który opowiedział mu o Jezusie, którego przecież on tak bardzo nienawidził i nie chciał znać.

- Szydziłem z tych księży. Mówiłem im, że to jakiś kabaret katolicki, że zakładają sutanny i uprawiają jakieś chore jazdy. Ale mimo wszystko coś było w tym człowieku. Pamiętam, jak siedzieliśmy w kaplicy na podłodze i on wówczas powiedział, że Jezus nas nie oskarża, że przebaczył każdemu z nas i ma nam dużo do powiedzenia. Popłakałem się wtedy jak bóbr i pomyślałem: "Ciekawe, co chciałby mi powiedzieć ten Jezus?! Ciekawe, jak tłumaczyłby się z tego, że moja matka pije?!".

- Jednak w tej kaplicy wydarzyło się coś dziwnego. Był tam ktoś jeszcze. Później przez wiele miesięcy psychologowie próbowali mi tłumaczyć, że to tylko moje emocjonalne podejście. Ja dziś wiem, że to był Bóg. On wtedy pierwszy raz zapukał do mojego serca. Pozostawił we mnie ziarenko nadziei - wyznaje "Mak".

Nowy etap melanżu

Po kilku tygodniach Makowski opuścił ośrodek i wrócił do domu dziecka. Jak sam przyznaje - rozpoczął "nowy etap melanżu". Nie było mowy o podporządkowywaniu się wychowawcom. Imponowało mu środowisko recydywistów, marzył, żeby zostać gangsterem i mieć świat u swoich stóp. Zaprzyjaźnił się z Bartkiem - dobrze zbudowanym mężczyzną, który podniósł "Maka" na duchu.

Obiecywał mu lepsze, łatwiejsze życie, w którym już nikt nigdy nie będzie miał odwagi mu ubliżać i go znieważać. Dobromir trafił do grupy przestępczej. Jego dzień zaczynał się i kończył na działce amfetaminy. Narkotyki, rozboje i awantury stały się dla niego chlebem powszednim.

- Miałem w głowie jakiś chory schemat: cały czas być na topie, nie okazywać swojej słabości itd. Przekraczałem granice - zaczynałem bić dziewczyny, żulera na maksa. Bartka kilka lat później zamordowano, spalono go żywcem. Inni koledzy także już nie żyją.

 Ratuj mnie Boże

Pewnego dnia ocknął się po narkotykach gdzieś na melinie. Dziś uważa, że właśnie wtedy bardzo mocno poczuł, że niedaleko niego jest jakiś świat duchowy. Wybiegł na ulicę i zaczął prosić Boga o pomoc.

- Biegłem przed siebie i krzyczałem, że nie chcę już tak żyć. Błagałem Go, żeby coś zrobił, żeby pomógł mi zmienić moje życie. Usłyszałem głos, który przeniknął całe moje ciało. Czułem, że to ktoś, kto mnie stworzył, zaprojektował, mój producent. Uklęknąłem w domu i powiedziałem: "Ja nie chcę przegrać życia! Ratuj mnie Boże! Nie chcę przegrać życia!".

Ciężka praca

Na drugi dzień zadzwonił jego telefon. To była pani pedagog. Do dziś nie wie, skąd miała jego numer i dlaczego, tak znienacka, przypomniała sobie o nim. Zapytała Dobromira, czy chciałby się zacząć uczyć. Jego marzeniem było skończenie technikum, a w przyszłości nawet uczelni.

- Stało się coś dziwnego. Nie było Aniołów, nie było huków z nieba. W moim życiu rozpoczęła się ciężka praca. Poszedłem do szkoły, a przecież niczego nie miałem. Byłem bankrutem, przegranym chłopakiem z przegranej rodziny - mówi łamiącym się głosem.

"Maku" rozpoczął naukę i zamieszkał w pobliskiej bursie. Nie było go stać na opłacenie pokoju, więc w zamian za darmowe lokum pomagał w pracach remontowych. Kiedy wydawało się, że wreszcie wychodzi na prostą, powróciły stare nawyki. Tym razem pokusa przywłaszczania cudzych przedmiotów była silniejsza niż chęć ustabilizowania własnego życia i oderwania się od demonów z przeszłości.

Nie umiem nie kraść

Zaczął okradać szkolnych kolegów i koleżanki, nałogowo palił marihuanę. Wreszcie przyłapano go na rabunku, co paradoksalnie okazało się dla niego zbawienne. Społeczność bursy domagała się kategorycznego wyrzucenia Dobromira, a sprawa trafiła do dyrekcji.  

- Byłem przekonany, że mnie wyrzucą. Kilka chwil wcześniej zamknąłem się w swoim pokoju, uklęknąłem, zacząłem płakać i powiedziałem: "Wiem, że schrzaniłem Boże. Ale jeśli możesz mi przebaczyć i mnie uratować... Ja nie umiem nie kraść. Całe życie kradłem. Nie umiem nie kraść Boże!".

 Żyć innym życiem

- Pamiętam, że dyrektorka siedziała w takim wielkim fotelu. Pomyślałem sobie, że mam przerąbane. Ona wtedy powiedziała niesamowitą rzecz: :Ja nie wiem, czy ty to ukradłeś. To mnie w ogóle nie interesuje. Nie chcę cię rozliczać. Wiem jednak, że możesz żyć innym życiem!".

- Nigdy więcej w życiu już niczego nie ukradłem. Wyszedłem stamtąd jakbym był wolny. Bóg zdjął ze mnie ten pakiet i powiedział mi: "Chłopie, ja wiem, że masz problem, ale dziś to naprawiam".

Wiara Dobromira zaczęła owocować. Codziennie godzinami czytał Biblię, prosił Boga, żeby ten pomógł mu się zmienić, bo jak twierdzi: "był osobą bez jakichkolwiek zasad".

- Przestałem ćpać. Bóg uwolnił mnie od marihuany i amfetaminy, jednego dnia zabrał wszystko. Ja dzięki tej relacji z Bogiem, z przyjaciółmi, z ludźmi, którzy kochali Jezusa znormalniałem. (...) Ktoś mi kiedyś powiedział, że uroiłem sobie te wszystkie rzeczy, które mówię o Panu Bogu. Ja odpowiedziałem: "Być może masz rację, być może powyginało mi się po narkotykach. Teraz po prostu jestem lepszym człowiekiem...".

Przebaczenie

Pomimo, że rodzice Dobromira nie wywiązali się ze swoich rodzicielskich obowiązków i przyłożyli rękę do jego życiowej sinusoidy, po kilku latach uznał, że powinien się z nimi pogodzić. Dziś tak wspomina moment, kiedy żegnał się z umierającą matką:

- Wziąłem ją za rękę i pierwszy raz powiedziałem do niej: "Mamo kocham cię". Zobaczyłem moją mamę, jako czystą kobietę, wybaczyłem jej te wszystkie złe rzeczy, ona wybaczyła mi. Powiedziałem: "Przepraszam, że przez tyle lat chodziłem po osiedlach jak gówniarz, biłem się, udowadniałem, że jestem kozakiem, a ani razu nie zaprowadziłem cię do jakiegoś ośrodka, nie przytuliłem, nie zaproponowałem herbaty. Taki ze mnie był mężczyzna...".

Kilka lat później tata Dobromira zapił się na śmierć. "Mak" został sam. I chociaż jego relacje z ojcem nie należały do najłatwiejszych, dziś bardzo za nim tęskni i wierzy, że dane im będzie się jeszcze spotkać.

- Jest mi bardzo żal taty. Był bardzo mądrym człowiekiem. Miał niesamowity umysł do chemii, fizyki, matematyki. Później wszystko w jego życiu potoczyło się nie tak, jak powinno. Kompletnie się załamał po utracie wzroku. Zaczął pić, to go zgubiło. Trzeba pamiętać, że jako dziecko też nie miał łatwo. Mój dziadek był oficerem wojska polskiego, dużo w życiu przeszedł i widział, tamte czasy odcisnęły na nim piętno, co niewątpliwie miało wpływ na wychowywanie mojego taty. On później te złe emocje przenosił na naszą rodzinę.

Dziś

Dobromir "Mak" Makowski dziś spełnia się, jako mąż, ojciec Dobrusi, pedagog. Za kilka miesięcy na świat przyjdzie jego syn Lubomir. Założył stowarzyszenie Młodzi Dla Młodych. Wraz z przyjaciółmi i młodymi ludźmi, których kilka lat temu udało mu się wyrwać z ulicy, tworzą tożsamość pedagogiczną w postaci świetlicy środowiskowej.  Skończył szkołę średnią, zdał maturę, czynnie uprawia sport. Jest absolwentem Akademii Wychowania Fizycznego, wykłada na uczelni, pisze książkę, nagrywa płytę, żyje...

- Pomagamy młodym ludziom z naszego miasta, pokazujemy im inną perspektywę. Jest dużo do zrobienia. Gdyby tylko świat próbował zmienić swoje środowisko na przestrzeni czterech metrów kwadratowych, to byłoby zupełnie inaczej, mogłoby być lepiej. Dziękuję Bogu, za wszystko, co mogłem tu powiedzieć i oddaję mu cześć za to świadectwo. Amen - kończy Dobromir naszą rozmowę.

Łukasz Piątek

                         

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje