Reklama

Bunt grzecznych dziewczynek

W Polsce nie mamy zwyczaju nazywać rzeczy po imieniu. Przekleństwa rażą. Wszystko przyozdabiamy kwiatkami i motylkami - mówią Paulina Przybysz i Marek Piotrowski z zespołu Sistars.

Dzień dobry: Wystartowaliście z nowym krążkiem. Co nam przyniesie "A.E.I.O.U."?

Reklama

Paulina Przybysz: - Nie staraliśmy się ani nawiązywać do poprzedniej płyty, ani do wymogów Unii Europejskiej czy oczekiwań krytyków (śmiech). To jest zupełnie nowy rozdział w naszym życiu. Jesteśmy dojrzalsi.

Marek Piotrowski: - Tytuł wymyśliła Natalia. A, E, I, O, U to samogłoski, pierwsze i najważniejsze wibracje.

Pierwsza płyta "Siła Sióstr" okazała się objawieniem. Wtedy jednak byliście debiutantami, teraz oczekiwania są większe...

M.P.: To trudny moment. Pamiętajmy jednak, że nie robimy muzyki pod kątem ludzi czy krytyki.

P.P.: Najważniejsza jest szczerość naszej muzyki.

Łatwo wam tak mówić, bo wszyscy się Wami zachwycali: słuchacze, krytycy i gwiazdy, takie jak Kayah, Ewa Bem, Zbigniew Hołdys...

M.P.: A wszyscy znajomi myśleli, że to się nie sprzeda (śmiech). Ale nie przesadzajmy! Złotej Płyty nie mamy nadal.

Muzyka, jaką gracie, ma korzenie w USA. Ale występ przed amerykańską publicznością dopiero przed Wami...

M.P.: Znajomi Amerykanie twierdzą, że nasza muzyka jest ciekawa, osobliwa, ale nie jest zbyt amerykańska! Inni twierdzą z kolei, że wnosimy drzewo do lasu. Zobaczymy. Może teraz, po wydaniu kolejnej płyty, uda się tam pojechać.

P.P.: Nie uda się, bo nie mam ważnego paszportu (śmiech).

Coraz więcej śpiewacie po angielsku...

P.P.: Po prostu jest nam łatwiej śpiewać i pisać teksty w tym języku. Może dlatego, że słuchamy dużo anglojęzycznej muzyki i jest nam łatwiej złapać inspirację.

Znacie na tyle ten język?

P.P.: Natalia spędziła trochę czasu w USA. To jest nasza ostoja w angielskim. Ja też piszę po angielsku, choć języka uczyłam się tylko w szkole. Często pytamy znajomych, którzy uczą się go intensywnie, o idiomy i różne zwroty.

Krytycy twierdzą, że Wasze polskie teksty są naiwne...

P.P.: Wiele znanych kawałków ma bardzo proste słowa, a traktuje się je jak ambitne teksty. Przetłumaczmy pierwszą z brzegu piosenkę po angielsku: "dziecinko, co ty dasz mi, to ja dam ci" i tak dalej.

M.P.: Polskie teksty z naszej poprzedniej płyty były różnie odbierane. Jednym się podobały, a inni uważali, że to wiocha. Bo padają słowa "spadaj" czy "szmata".

P.P.: Natomiast po angielsku takie wyrażenia jak "shit", "bitch" czy "mother fucker" nie mają specjalnie dużego znaczenia. Po prostu dosadnie i jednoznacznie coś określają. Ale w Polsce po okresie cenzury wciąż uważamy na słowa. Jak nazwiemy rzecz po imieniu, to zaraz przyozdobimy to kwiatkami i motylkami (śmiech).

Wcześnie trafiliście w szpony show-biznesu. To dlatego sprawiacie wrażenie dojrzalszych od rówieśników?

P.P.: Może to zasługa fajnych rodziców? Ale nie czuję się specjalnie dorosła.

Rodzeństwo często rywalizuje ze sobą, wy gracie w jednej drużynie. Siła sióstr to zabieg marketingowy?

P.P.: Nigdy nie było tak, że usiadłyśmy z siostrą i wymyśliłyśmy, że w naszych tekstach chciałybyśmy przekazać treści feministyczne czy jakieś inne. Śpiewamy o tym, co nas w życiu spotyka i co czujemy. Jeśli odczuwamy więź siostrzaną, to o tym śpiewamy.

Panienki z dobrego domu śpiewają muzykę wywodzącą się z biednych czarnych przedmieść... Nikt nie zarzuca Wam, że coś tu nie gra?

P.P.: Każdy inaczej przeżywa swoją historię. Każdy ma inne odczucia. Niektórzy lubią śpiewać o swoim dzieciństwie, jak było im źle, że byli gorsi. Inni śpiewają, jak bardzo pragną pokoju dla świata albo jak bardzo kochają swojego chłopaka. Poza tym my nie mówimy, że jesteśmy z biednego domu czy że jesteśmy hiphopowe.

Ale też nie z bogatego...

P.P.: Wychowałyśmy się na warszawskim Bródnie w starym blokowisku. Ale rodzice wysłali nas do szkół muzycznych, spędzałyśmy dużo czasu w teatrze i zostałyśmy "niechcący" zarażone sztuką.

M.P.: Jestem blokersem z małej mieściny i z biednej rodziny. Ale jestem z siebie dumny, bo się z niej wyrwałem i mogę zarabiać dziesięć razy więcej niż mój ojciec. Nie zostałem tam i nie robię rzeczy, które mnie nie satysfakcjonują.

Jesteście teraz modni. Występujecie w chałturach - na bankietach i festynach?

P.P.: Każdą propozycję bierzemy pod lupę. Dla mnie nie ma obciachu, że jeśli występujesz na imprezie, to jesteś niefajnym artystą. Gra się dla ludzi i jeżeli szef firmy zaprasza cię na bankiet, to trzeba być profesjonalistą.

M.P.: Musi być odpowiednia ilość sprzętu. Wymagamy, żeby było tak samo profesjonalnie w Carnegie Hall, jak i w Pszczynie.

Albo w Sopocie... Podobały Wam się występy artystów na festiwalu?

M.P.: Jeśli chodzi o Mandarynę, to jestem zażenowany, jak media dobiły leżącego. Ona też ma uczucia.

P.P.: To jest tak, jak z wyborami prezydenckimi. Najpierw głosujemy na kogoś, kupując jego płyty, a potem mamy do niego pretensje! A to przecież nasz własny wybór. Sami sobie tworzymy idoli, a potem ich gnębimy.

Rozmawiała Joanna Rokicka

Kto? Paulina Przybysz z siostrą Natalią są wokalistkami Sistars. Marek Piotrowski to klawiszowiec zespołu, w którego skład wchodzą również Bartek Królik, Przemek Maciołek i Marcin Ułanowski.

Co zrobili? Sistars to muzyczne objawienie ostatnich lat. Zespół wydał dwie płyty: "Siła Sióstr" i "A.E.I.O.U.". Zdobył m.in. dwa Fryderyki za 2004 rok (Debiut Roku i Album Roku Hip-Hop), I nagrodę na festiwalu w Opolu, nagrodę MTV Europe Music Awards. W tym roku otrzymał Fryderyka w kategorii Grupa Roku i Teledysk Roku. Jest także nominowany do nagrody MTV Europe Music Awards dla najlepszego polskiego artysty.

Co lubią? Paulina uwielbia jeść popcorn w kinie, Marek kocha latanie samolotem.

Dzień Dobry

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Niegrzeczni | rzeczy | piotrowski | teksty | śmiech

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje