Reklama

BohdanTomaszewski: Żyliśmy historią

O wychowaniu w patriotycznym duchu, przedwojennych nauczycielach, Powstaniu Warszawskim i problemach w szkole z dziennikarzem Bohdanem Tomaszewskim rozmawiał Andrzej Fąfara.

Był Pan wychowywany w duchu patriotycznym?

Reklama

Oczywiście. Ja i moi dwaj starsi bracia. Można powiedzieć, że to przechodziło z ojca na synów. Nasz tata czerpał patriotyzm z tradycji powstania styczniowego, choć sam nie był powstańcem, urodził się dużo później. Ten tragiczny, przegrany zryw z 1863 roku sprawił, że zapisał się do Polskiej Partii Socjalistycznej Piłsudskiego. To był czas zaborów, ojciec chciał coś zrobić dla Polski.

Pan urodził się już po odzyskaniu niepodległości.

W wolnej Polsce tradycje patriotyczne wcale nie były mniej ważne niż w okresie niewoli. Wpajano nam je obok prostych zasad, takich jak: nie garb się, jedz ładnie, szanuj starszych. Może dzięki temu traktowaliśmy to jako coś naturalnego. Rodzice przekazywali nam wiedzę historyczną, ale prawdę powiedziawszy, nie musieli tego robić, bo my dowiadywaliśmy się wszystkiego z książek. "Trylogia" była oczywiście na pierwszym miejscu, ale zaczytywaliśmy się też w powieściach Wacława Gąsiorowskiego, zwłaszcza Walerego Przyborowskiego, który w sposób przystępny opisał całe dzieje Polski. To nie byli wielcy pisarze, trudno ich porównywać z Henrykiem Sienkiewiczem, dokonali jednak wspaniałej rzeczy: wyedukowali historycznie całe moje pokolenie.

Moje też. "Szwedów w Warszawie" Przyborowskiego znałem na pamięć.

Dla mojego pokolenia historia często jawiła się jako sensacyjna opowieść, jak mecz piłkarski, który nie wiadomo, jak się skończy. Pasjonowaliśmy się historią. Może nie zawsze zapamiętywaliśmy to, co najważniejsze. Mnie na przykład utkwiło w pamięci, że Bolesław Chrobry był opasły, a Józef Poniatowski lubił towarzystwo kobiet. Ale wiedziałem też, kim oni byli i czego dokonali. Czy dziś wszyscy młodzi ludzie to wiedzą?

Obawiam się, że nie wszyscy. Pewien młody polityk nie wiedział, kiedy wybuchło powstanie warszawskie.

Dla mojego pokolenia to nie do pomyślenia. My żyliśmy historią. Przy okazji byliśmy normalnymi młodymi ludźmi, biegaliśmy za dziewczynami, uprawialiśmy sport. I właśnie o tych błahych sprawach rozmawialiśmy na co dzień. Patriotyzmu nie trzeba demonstrować rano i wieczorem.

Przyszedł jednak moment, w którym należało to zrobić.

Wrzesień 1939 roku. Pamiętam dzień, w którym ja i moi bracia poinformowaliśmy rodziców, że chcemy się zaciągnąć do wojska. Nasza matka, która dostawała histerii, gdy wychodziliśmy z domu bez szalika, zachowała kamienny spokój. Spojrzała na ojca, a ten powiedział: "Niech idą". Punkt poboru znajdował się w Cytadeli. Przychodzimy, a sierżant pyta o nazwisko. Tomaszewski. Następny: Tomaszewski. Trzeci też. "Nie mogła was matka więcej urodzić?", zapytał podoficer. Ale broni dla nas już nie wystarczyło. Kazali jechać na wschód, tam mieli nas wyposażyć i stamtąd mieliśmy ruszyć na Niemców. Nie zdążyliśmy. Zaczęła się okupacja.

Był pan bardzo młodym człowiekiem. Po maturze czy przed?

Przed. Powtarzałem klasę z powodu tenisa. Kiedy do Warszawy przyjechał znany zawodnik Adam Baworowski, przypadkiem zaproponował mi wspólne treningi. Nie przyszło mu do głowy, że jestem uczniem i powinienem być na lekcjach. Wychodziłem z domu niby do szkoły, a szedłem na korty Legii. Zawaliłem rok.

Patriotyzm patriotyzmem, ale niezłe było z Pana ziółko.

Byłem normalnym chłopakiem. Dzięki wychowaniu wiedziałem jednak, jakie sprawy są ważne.

Wspomniał Pan o rodzicach. A szkoła?

Chodziłem najpierw do państwowego gimnazjum imienia Staszica, a potem, jak zawaliłem rok, rodzice przenieśli mnie do prywatnej szkoły imienia Zamoyskiego. Mieliśmy fantastycznych nauczycieli. Nie chcę tu nikogo urazić, ale ci przedwojenni byli ulepieni z innej gliny niż ci współcześni. Swoich nauczycieli doceniłem tak naprawdę podczas okupacji, kiedy chodziłem na tajne komplety. Widziałem, jak skromnie byli ubrani, niektórzy nie dojadali, zamożniejsi uczniowie częstowali ich kanapkami, a jednak narażali się na represje. "Będziemy dla was surowsi niż przed rozpoczęciem wojny", zapowiedział jeden z nich na początku nauki. Zrobiło to na nas piorunujące wrażenie.

Wojna była dla Pana jednak nie tylko czasem nauki, ale i walki.

Już na początku okupacji zostałem zaprzysiężony jako członek Związku Walki Zbrojnej, który potem przekształcił się w Armię Krajową. Działałem w grupie tenisistów, razem z Ignacym i Ksawerym Tłoczyńskimi, Czesławem Spychałą oraz Jerzym Gottschalkiem. Przenosiliśmy broń i ulotki. Wszyscy wzięliśmy udział w powstaniu warszawskim. Ignac Tłoczyński został ranny, a Jurek Gottschalk zginął.

Nie mieliście wrażenia, że porywacie się z motyką na słońce?

Nikt z nas się wtedy nad tym nie zastanawiał. Wybuch powstania uważaliśmy na sprawę oczywistą, nieuchronną. Dopiero później przyszła refleksja. Tyle ludzi zginęło, miasto zostało niemal całkowicie zniszczone. Czy było warto?

Właśnie - czy było warto?

Oglądałem w telewizji uroczystości związane z 70. rocznicą powstania. Sam niestety nie mogłem się tam wybrać. Widziałem na placu marszałka Piłsudskiego nieprzebrany tłum, kilkadziesiąt tysięcy osób. Śpiewali powstańcze piosenki, radowali się. Pomyślałem w pierwszej chwili, że ci ludzie świętują potworną klęskę swojego miasta. Ale z drugiej strony przyszła myśl, że oni są tam razem, są zjednoczeni, stanowią dowód na to, że Warszawa przetrwała. "Miasto niepokonane" - taki jest tytuł powieści Kazimierza Brandysa. Ten radosny tłum jakby odpuścił klęskę powstania, nieudolność dowodzenia, tragedię miasta. Ten widok bardzo podniósł mnie na duchu, potwierdził moje zrozumienie dla szaleństwa powstania. Pomyślałem, że było warto.

Warto było poświęcić życie prawie 200 tysięcy ludzi, poświęcić Warszawę?

Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć. Wiem tylko, że powstanie musiało wybuchnąć. Nawet gdyby dowództwo AK nie wydało rozkazu o jego rozpoczęciu 1 sierpniao godzinie 17.00, to i tak by wybuchło. Upewniła mnie o tym rozmowa z komunistycznym generałem Edwinem Rozłubirskim, z którym spotkałem się wiele lat po wojnie. Dowodził wtedy wojskami powietrznodesantowymi. Był dzielnym człowiekiem, brał udział w powstaniu w szeregach Armii Ludowej, został odznaczony Virturi Militari. Powiedział mi, że gdyby AK nie ruszyła o godzinie "W", to oni i tak rozpoczęliby strzelaninę i my musielibyśmy się przyłączyć. To było nieuchronne w tamtej sytuacji, gdy Sowieci stali tuż za Wisłą.

Dyskusje na temat nieuchronności powstania wciąż jednak trwają i pewno będą trwały do końca świata.

Niech trwają. W wolnym kraju każdy może powiedzieć, co myśli. Ja tylko nie potrafię zaakceptować mówienia o powstaniu z pogardą. A takie głosy słyszałem w jednej ze stacji radiowych z ust czołowych publicystów. Mniejsza o nazwę stacji i nazwiska tych ludzi. Jeden z nich stwierdził, że tę przerażającą dziurę powstania należy zasypać raz na zawsze. Dlaczego zasypać? Czy to znaczy, że mamy zapomnieć o własnej historii, jakakolwiek by ona była? Całe szczęście, że te słowa nie znajdują większego odzewu. Świadczą o tym tłumy obecne na placu Piłsudskiego. Ludzie, którzy tam przyszli, zostali wychowani patriotycznie. Przekonali mnie, że nie znikczemnieliśmy przez te 70 lat, które upłynęły od wybuchu powstania.

Polska Zbrojna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje