Reklama

Biegnij, Leon, biegnij

Z Leonem Niemczykiem rozmawia Katarzyna Kozłowska.

Machina: Podczas gali kończącej tegoroczny festiwal Camerimage w Łodzi chciał pan powiedzieć, co sądzi o współczesnym polskim kinie. Nie udało się, bo dzień wcześniej trafił pan do szpitala. Pytam więc teraz. Jakie jest współczesne polskie kino?

Reklama

Leon Niemczyk: Do dupy.

To bardzo krytyczny osąd.

Przeczytałem ostatnio, że w 2005 r. w Paryżu kręcono 600 filmów fabularnych i 150 seriali. Mowa była zarówno o produkcjach francuskich jak i międzynarodowych. A jak my wyglądamy przy tym z jedną czy dwiema fabułami rocznie?

Są filmowcy, którzy mają inne zdanie. Chwalą i młode polskie kino, i narodowe superprodukcje, "Quo Vadis" czy "Pana Tadeusza"?

Młode polskie kino jeszcze nie istnieje. A jeśli mowa o nurcie polskich wielkich produkcji filmowych, powiem tak: przy takim nurcie łatwiej jest zbudować ładną willę. Przy filmach małych trudno nawet o drewniany wychodek.

Czego brakuje polskim filmom?

Mądrych ludzi. I znakomitych scenariuszy. Nie można zrobić dobrego filmu bez dobrego scenariusza. A nasze scenariusze pozbawione są w ogóle filmu.

Nawet te, które do kin przyciągają liczną widownię, jak na przykład komedie romantyczne "Tylko mnie kochaj" i "Ja wam pokażę"?

Kiedy przeczytałem ich recenzje, byłem zażenowany. Nie mam nawet ochoty tego oglądać. Wolę drzemać.

Jest jakiś okres w polskim kinie, który wspominałby pan dobrze?

Powiem tak: nigdy nie należałem do partii, za komuny siedziałem w więzieniu i całą tą politykę miałem gdzieś. Niemniej jednak uczciwie powiem, że komuna dbała o filmy bardziej niż dzisiejsze władze. Teraz to jest rozpaczliwa historia. Nie kręci się nic. Kręcą się tylko cwaniacy, którzy chcą robić pieniądze.

A polskie kino akcji? Polskie komedie? Polskie kino moralnego niepokoju?

Kino moralnego niepokoju? Proszę pani, co to jest kino moralnego niepokoju? Na całym świecie ludzie chodzą do kina, żeby zobaczyć film, który ich wzruszy lub zagniewa. A u nas bez przerwy ważne były i są moralne niepokoje, sztandary, mogiły i takie rzeczy. O co tu chodzi?

No właśnie. O co? W czym tkwi według pana problem polskiego kina?

W układach, które wywodzą się jeszcze z poprzedniego systemu. Nic nie zmieni się, dopóki w filmowym świecie nie zmieni się pokolenie, które wychowało się w PZPR.

Powiedział pan to na ostatnim Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Sam festiwal nazwał pan...

... balem na dworcu w Koluszkach.

Nie bał się pan tego powiedzieć? Andrzej Wajda, przewodniczący komisji konkursowej, nie miał panu tego za złe?

Nie, nie bałem się. Czego miałem się bać? Polska to mocarstwo w produkcji wazeliny. Ale ja wazeliny nie używam. Jeśli chodzi o Andrzeja Wajdę, to ja tego pana nigdy nie znałem, nie znam i znał nie będę. Nie tęsknię też szczególnie do tego rodzaju znajomości.

W Gdyni najbardziej ubodło pana to, że Janusz Majewski, reżyser filmu "Po sezonie", w którym Pan i Magdalena Cielecka zagraliście główne role, wycofał obraz z konkursu.

Proszę pani, w Gdyni nie miałem nawet zarezerwowanego pokoju hotelowego. Co więcej, nie zwrócono mi kosztów podróży. Na pokazie "Po sezonie" dla prasy pojawiła się zaledwie garstka dziennikarzy. Bo wszyscy polecieli na bankiet. Tandetna historia. Nie wiem dlaczego Janusz Majewski wycofał film z konkursu. Ale wiem, że ja już więcej na żaden festiwal z tym filmem nie pojadę. Nie wybieram się również na premierę.

Z Majewskim jest pan teraz pokłócony?

Nie. To wszystko po prostu mnie zdenerwowało. Ja nie jestem w ogóle kłótliwym typem. Człowiek ma jednak prawo czasem się wściec.

A zobaczymy pana jeszcze kiedyś na gdyńskim festiwalu?

Po co? Proszę zwrócić uwagę na to, kto zasiada w jury na takich imprezach. Czy to są ludzie, którzy mogą uczciwie mówić o jakości filmu? To przecież producenci, operatorzy. Nie ujmując profesjonalizmowi tych ludzi, werdykt takiego jury to wypadkowa interesów jego członków.

Więc kto według pana powinien oceniać filmy w takim konkursie?

Filmy powinni oceniać krytycy. Ludzie, którzy na filmie się znają. Tacy jak Zygmunt Kałużyński czy wspaniały Leon Bukowiecki. Ci dwaj nie żyją. Ale pozostał Tomasz Raczek i świetny młody łódzki krytyk Michał Lenarciński.

A czego sam Leon Niemczyk szuka w kinie?

Wzruszenia. Idąc do kina chcę móc w ciemnej sali w atmosferze tajemniczości uronić łezkę. Niestety w polskim kinie zamiast wzruszeń mamy pochód sztandarów. Jest takie przysłowie: tam, gdzie rządzą sztandary, rozum siedzi w trąbie.

Więcej czytaj w nowym numerze Machiny - już w kioskach!

Machina

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Gdynia | filmy | festiwal | kino

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje