Reklama

Basta. Moje życie, moja prawda. Jak Marco van Basten zadłużył się na 32,8 mln euro?

Marco van Basten promujący swoją autobiografię "Basta. Moje życie, moja prawda" /Pro Shots Photo Agency/Sipa USA/East News /East News

"Rzeczywistość okazała się niestety nieco mniej przyjemna niż wszystkie piękne obietnice. Razem z Liesbeth żyliśmy w przekonaniu, że sprawy finansowe są prowadzone jak należy i wszystko jest w idealnym porządku. Aż do tej chwili pod koniec grudnia 2001 roku, kiedy w Badhoevedorp usiedliśmy razem na kanapie i otworzyliśmy kopertę. NINIEJSZĄ ZALEGŁOŚĆ PODATKOWĄ NALEŻY PRZELAĆ W CAŁOŚCI NA KONTO URZĘDU SKARBOWEGO DO DNIA 31 GRUDNIA 2001 ROKU. KWOTA DO UREGULOWANIA: 32,8 MLN EURO" - pisze w swojej autobiografii Marco van Basten.

Reklama

Trzykrotny laureat Złotej Piłki. Najlepszy piłkarz roku 1988 wg "World Soccer" i piłkarz roku 1992 w rankingu FIFA. Mistrz Holandii, mistrz Włoch, legenda Ajaxu Amsterdam i AC Milanu, selekcjoner reprezentacji Niderlandów. Pomimo tego, że futbolową przygodę Marco van Bastena przedwcześnie zakończyła kontuzja kostki, liczba trofeów i sukcesów Holendra przysporzyła mu popularności, uznania i statusu wielkiej postaci w historii piłki. Otworzyła mu także drogę do kariery trenerskiej.

Ale nie wszystko w jego życiu było proste i przyjemne. Tam, gdzie jest medialny sukces, tam są duże pieniądze. A duże pieniądze często oznaczają duże kłopoty. W swojej autobiografii "Basta. Moje życie, moja prawda" opisuje piłkarskie tryumfy, kulisy współpracy z Silvio Berlusconim, grzeszki holenderskich managerów, zmagania z kontuzją i tarapaty finansowe, w które wpadł po zakończeniu kariery. 

Reklama

Poniższy fragment pochodzi z książki "Basta. Moje życie, moja prawda", autorstwa Marco van Bastena i Edwina Schoona, w tłumaczeniu Ryszarda Turczyna, wydanej w Polsce przez SQN:

Rok 2001. Od trzech lat mieszkaliśmy znowu w Badhoevedorp. W roku 1998 wyprowadziliśmy się z Monako, głównie z powodu dzieci. Chcieliśmy, żeby chodziły do holenderskiej szkoły i dorastały w ojczyźnie. Pewnego dnia w tygodniu przed Bożym Narodzeniem usłyszałem, że Liesbeth woła coś z dołu. Przed chwilą rozbrzmiał dzwonek do drzwi, a teraz dało się usłyszeć, że jest straszliwie spanikowana. A Liesbeth niełatwo wpada w panikę. W zasadzie nie pamiętam, żeby kiedykolwiek do tego doszło. 

Dlatego pognałem na dół, zbiegając po dwa stopnie. Patrzę, a ona stoi w korytarzu z wielką niebieską kopertą w ręku i ma w oczach przerażenie.

- On powiedział, że wszystko zajmują. Nasze rachunki bankowe też. 

- Kto powiedział? Jak to? 

- No, urząd skarbowy, sam zobacz.

Wcisnęła mi do ręki grubą kopertę. Kiedy ją wspólnie otworzyliśmy, zobaczyliśmy kwotę wydrukowaną wytłuszczoną czcionką na pierwszej stronie. Rachunek był niewiarygodnie wysoki. O wiele większy, niż bylibyśmy w stanie zapłacić. Urząd skarbowy zablokował nam wszystko. Poczułem się tak, jakby ktoś złapał mnie za gardło, napięły mi się mięśnie nóg. 

Oczywiście mieliśmy jeszcze pieniądze z czasów mojej gry we Włoszech - chociaż już od prawie dziewięciu lat nie tknąłem piłki - ale zostały zablokowane i nie miałem do nich dostępu. Nic z tego wszystkiego nie rozumieliśmy. Przez pierwsze miesiące po zakończeniu kariery godzinami przesiadywałem w urzędzie skarbowym i u adwokatów. 

Robiłem, co mogłem, żeby dotrzymywać wszelkich finansowych terminów, ale wszystko to było strasznie skomplikowane, nie sposób było za tym nadążyć, nie mówiąc o tym, żeby się w tym połapać. Chwilami marzyło mi się, żeby wrócić do czasów, kiedy grałem jeszcze w Ajaxie i co tydzień popijałem kawkę z Corem Costerem, moim pierwszym pełnomocnikiem finansowym.

INTERIA/materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje