Reklama

Aron Ralston. Człowiek, który uciekł śmierci

Aron Ralston w górach Kolorado, zima 2003 roku /Wikimedia Commons /domena publiczna

Ratownicy i przewodnicy często apelują, aby turyści wybierający się w góry informowali bliskich lub obsługę pensjonatu czy schroniska o planowanej trasie wycieczki. O tym, dlaczego to takie ważne, przekonuje historia Arona Ralstona, młodego amerykańskiego wspinacza, który w drastyczny sposób wyrwał się z objęć śmierci.

Niepotrzebne ryzyko. O tym zapominają narciarze!

Na początku XXI wieku komórki nie były tak dostępne jak obecnie. Dziś, jeśli przytrafi nam się wypadek w górach, mogą posłużyć do wezwania pomocy, o ile oczywiście mamy zasięg. Dobrą praktyką niezmiennie pozostaje więc informowanie innych ludzi o swoich planach.

Aron Ralston znał tę zasadę. Wiosną 2003 roku zlekceważył ją tylko dlatego, że sam nie wiedział, dokąd poniosą go nogi.

Reklama

Długo dopisywało mu szczęście

26-letni Aron nie był przypadkowym turystą. Wędrowiec, który wybrał się na samotną wycieczkę w góry i zabłądził, przypadkowo dobierając szlak. 

Wybierając się osiemnaście lat temu do kanionu Blue John w jednym z parków narodowych stanu Utah, miał już za sobą chociażby wspinaczkę na Denali (6190 m. - najwyższy szczyt Ameryki Północnej), sześciomiesięczną podróż przez Stany Zjednoczone i Kanadę, a także rozpoczętą próbę samotnego zdobycia zimą wszystkich 59 czterotysięczników Kolorado. 

Mężczyzna miał wprawę, ale też uśmiech fortuny po swojej stronie. Przynajmniej kilka razy unikał poważnych tarapatów. Niedługo przed wyprawą do kanionu Blue John wybrał się na narty nieopodal Aspen. Mimo wysokiego zagrożenia lawinowego, zjechał w niebezpiecznym terenie ze szczytu góry Resolution (3638 m.). 

Tuż za jego plecami zeszła potężna lawina. Aron i jego towarzysze mieli szczęście. To miało się niebawem skończyć.

Wspinacz w kamiennej pułapce

Jakiś czas później nadeszła ciepła wiosna. W ostatni weekend kwietnia młody mężczyzna spakował plecak i ruszył na kilkudniowy urlop na łonie natury.

Wędrówka po pustyni Moab od dawna chodziła mu po głowie. Wokół jest sporo kanionów, wchodzących w skład Parku Narodowego Canyonlands. 26-latek nie zakreślił wcześniej na mapie żadnego z nich, nie miał planu, trasy, którą zamierzał pokonać. To dlatego o jego trasie nie wiedział nikt z bliskich, ani pracowników sklepu narciarskiego, w którym pracował w Aspen.  

W pewnym momencie znalazł się w kanionie Blue John. Schodząc wąskim przesmykiem w kierunku dna kanionu spostrzegł głaz zaklinowany kilka metrów nad podłożem. Pomyślał sobie, że jeśli na nim stanie, a następnie zawiesi się na rękach, bez trudu skoczy na ziemię. Kiedy zamierzał to zrobić, kamień obluzował się i zaczął spadać. 

Aron skoczył i instynktownie próbował zamortyzować siłę uderzenia rękami. Głaz uderzył z impetem i przygniótł mu prawą dłoń do ściany kanionu. Gdy szok minął, a mężczyzna zdołał w minimalnym stopniu zapanować nad bólem, zrozumiał, że znalazł się w pułapce.

Amputacja jedyną szansą na przeżycie

Wokół nie było żywej duszy, po drodze spotkał garstkę turystów, a od samochodu dzieliło go kilkanaście kilometrów marszu. Aron nie miał jak wezwać pomocy, wiedział też, że nikt go nie będzie szukał w kanionie. W pewnym momencie, dopuszczając myśl, że tutaj umrze, wyjął kamerę i nagrał dla rodziców krótkie pożegnanie. 

Przez pięć dni próbował się uwolnić. W międzyczasie wypił resztki wody, dojadł ostatnie kęsy spakowanego na wyprawę prowiantu. W akcie desperacji pił własny mocz, wydrapał też w ścianie kanionu swoje imię i dwie daty - urodzin i prawdopodobnej śmierci.

Stosunkowo szybko doszło do niego, że nieczuły na jego próby głaz ani drgnie, a jedyną szansą na ucieczkę jest amputacja. Kiedy zebrał w sobie wystarczająco sił, złamał dzięki dźwigni (pomógł mu w tym sprzęt wspinaczkowy) kość promieniową i łokciową, a następnie scyzorykiem i kombinerkami przeciął tkanki i ścięgna. 

Był wolny, ale wciąż daleki od ratunku.

Los znów się do niego uśmiechnął

Wycieńczony 26-latek rozpoczął mozolną drogę w stronę cywilizacji. Nie wiadomo, czy uszedłby z życiem, gdyby znów nie dopisało mu szczęście. 

W trakcie marszu Aron spotkał rodzinę turystów z Holandii. Napoili go, nakarmili i wezwali pogotowie. Ratownicy przetransportowali go helikopterem do szpitala. Był w opłakanym stanie. Stracił sporo krwi i kilogramów. 

Jakiś czas później wydobyto spod głazu szczątki dłoni mężczyzny. Po jej skremowaniu Aron wrócił do kanionu, by tam rozsypać prochy. Historia podróżnika zainspirowała twórców filmu “127 godzin". Tyle czasu spędził z dłonią uwięzioną pod zakleszczonym w szczelinie kamieniem. 

Ralston powtarzał potem w licznych wywiadach, że po wyjściu z kanionu narodził się na nowo. Coś w tym jest. Został mówcą motywacyjnym, założył rodzinę, kontynuował również z powodzeniem swój zimowy projekt w górach Kolorado.  

Przekaż 1% na Fundację Polsat rozliczając PIT TUTAJ >>>

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Aron Ralston | ratownik | kolorado | USA

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje