Reklama

Apartheid, czyli biali zawsze górą

- Już pod koniec lat 70. XX w. rząd południowoafrykański starał się znaleźć alternatywę dla apartheidu. Uznano, że tak dalej żyć się nie da. Bynajmniej nie dlatego, że uważano, iż apartheid był zły i należało od niego odejść. Myślano raczej jak to zło, nie nazywając tego rzecz jasna złem, zreformować i usprawnić, by dalej mogło funkcjonować – mówi portalowi INTERIA.PL Wojciech Jagielski.

Wojciech Jagielski jest dziennikarzem i korespondentem wojennym. Przez wiele lat był związany z "Gazeta Wyborczą", obecnie pracuje dla PAP. Specjalizuje się w tematyce Azji Środkowej, Kaukazu oraz Afryki. Do czterech świetnych książek reporterskich, które napisał ("Dobre miejsce do umierania", "Modlitwa o deszcz", "Wieże z kamienia", "Nocni wędrowcy") niedawno dołączyła kolejna - "Wypalanie traw". Dziennikarz poruszył w niej skomplikowane relacje między białymi i czarnymi mieszkańcami RPA w schyłkowym okresie apartheidu. Koniec systemu segregacji rasowej nie oznaczał bowiem, że został on obalony we wszystkich miejscach kraju. A już na pewno nie tam, gdzie samozwańcze rządy sprawował zapatrzony w Hitlera potomek burskich osadników...

Reklama

Marcin Wójcik, INTERIA.PL: Jak to możliwe, że trzy lata po zakończeniu II wojny światowej w południowej Afryce wprowadzono apartheid, ustrój zakładający całkowitą rozdzielność ras?

Wojciech Jagielski: - Świat wyglądał wtedy zupełnie inaczej. Apartheid, oczywiście nie nazywający się tak, obowiązywał wówczas chociażby na południu Stanów Zjednoczonych. W południowej Afryce był natomiast ustrojem sformalizowanym przez partię afrykanerską, która nie robiła jednak niczego rewolucyjnego w porównaniu z tym, co obowiązywało w tym kraju już od dawna. Pierwsze ustawy wywłaszczające czarnych z ich ziemi ogłoszono bowiem na początku XX wieku, kiedy południowa Afryka stała się państwem niepodległym, ale mocno zaprzyjaźnionym z Wielka Brytanią. Po II wojnie światowej było znacznie więcej problemów niż niepokoje, które miałby budzić nowy ustrój w południowej Afryce. Europa dźwigała się wtedy z powojennych zniszczeń, Zachód uciekał ze wszystkiego, co zachodnie nie było, powstawały wrogie obozy Wschodu i Zachodu, zaczynała się toczyć zimna wojna, obawiano się kolejnego konfliktu światowego. Nikt nie miał głowy do tego, by myśleć czym będzie apartheid i czym może on zaowocować.

Ale jakoś nikomu nie przeszkadzało, kiedy czarny zwracał się do białego per "jaśnie panie".

- To jest wolne tłumaczenie afrykanerskiego "baas" czy angielskiego "sir". Ale faktycznie to jest trochę więcej niż "proszę pana". To było bardzo usłużne podejście, ale tak w tamtym czasie się tytułowało białych. To jest oczywiście wyraz syndrom kolonialnego władcy i podbitego ludu. Ale to miało miejsce wszędzie: tak samo Brytyjczycy odnosili się do Hindusów, Hiszpanie do Indian, a Francuzi do Afrykanów. Były to czasy przekonania o absolutnej wyższości cywilizacyjnej białego człowieka nad każdym, kto nie był biały. I nie miało znaczenia, czy był czarnym, czy żółty, czy czerwony.

Czy to właśnie z tego powodu Eugène Terre’Blanche, bohater pana najnowszej książki "Wypalanie traw", człowiek o wyjątkowym symptomatycznym nazwisku ("terre blanche" to po francusku "biała ziemia", choć zwrot ten można rozumieć również jako "ziemia białych") próbował zjednoczyć Afrykanerów w walce przeciwko czarnym mieszkańcom południowej Afryki domagającym się wolności i równouprawnienia?

- Eugène Terre’Blanche był typowym przedstawicielem Burów z Transwalu, czyli północnych obszarów południowej Afryki. Potomkiem pionierów, którzy wywędrowali z Kapsztadu na północ, by tworzyć niepodległe republiki burskie. Burowie, w odróżnieniu od większości liberalnych i kosmopolitycznych Afrykanerów zawsze marzyli, by żyć niezależnie od wszystkich. Tak czarnych, jak i Brytyjczyków, Portugalczyków czy żydów. Terre’Blanche był burskim nacjonalistą, przeciwnikiem życia w jednym kraju  z czarnymi i mieszania ras.

- Pierwszym, przeciwko którym wystąpił Terre’Blanche nie byli jednak czarni, ale liberalizujący się rząd południowoafrykański. Już pod koniec lat 70. XX wieku starał się on znaleźć alternatywę dla apartheidu. Przywódcy RPA, przede wszystkim prezydent P. W. Botha, uznali, że tak dalej żyć się nie da. Bynajmniej nie dlatego, że uważali, iż apartheid był zły i należało od niego odejść. Myśleli raczej jak to zło, nie nazywając tego rzecz jasna złem, zreformować i usprawnić, by dalej mogło funkcjonować.

- Pomysły liberalizowania ustroju segregacji rasowej i nadawania czarnym takich samych praw jak białym były dla Terre’Blanche’a karygodne. Nie tylko z politycznego i ideologicznego punktu widzenia. Uważał on, że zagrażało to istnieniu narodowi burskiemu, który miał zniknąć w "czarnej masie". Wiele osób myślało podobnie jak Terre’Blanche, jednak on był jednym z nielicznych, którzy mówili o tym otwarcie. Założył swój ruch i kiedy Południowa Afryka zmierzała ku demokracji oraz likwidacji apartheidu, starał się za wszelką cenę do tego nie dopuścić. Jednak jego wyobrażenia, jak miałby to robić nie przystawały do rzeczywistości. Przeceniał swoje możliwości, swoją wielkość, swoje wpływy.

Dlaczego Burowie, którzy chcieli żyć niezależnie od wszystkich tak upierali się, by zachować apartheid i poddańczy stosunek czarnych względem białych?

- Podróżując po RPA miałem okazje poznać ludzi, którzy byli ideologami czystego apartheidu. Profesor Carel Boshoff tłumaczył, że apartheid był pewną ideą, doktryną polityczną. Nie wnikając czy był słuszny czy nie, zakładał odrębność: Burowie mieli żyć we własnym państwie, Zulusi w swoim, a Tswanowie w swoim. Miało być dokładnie tak, jak w Europie, gdzie np. Polacy żyją w swoim kraju, a Francuzi w swoim. Nie oburzaliśmy się przecież, kiedy Czesi rozstawali się ze Słowakami. Nawet biliśmy wtedy brawo.

- Boshoff wyobrażał sobie, że nacje zamieszkujące południową Afrykę nie będą się wykorzystywały nawzajem i będą samowystarczalne. To właśnie ta ostatnia cecha miała być podstawą istnienia tego porządku. W rzeczywistości białym, mającym we władaniu całą południową Afrykę, trudno było się jednak rozstać ze wszystkim, czego sami zagospodarować nie mogli. Burów było za mało, by sami mogli pracować np. w kopalniach złota. Oddać ich też przecież nie chcieli... Zatrudniali więc czarnych pracowników, a to spowodowało, że z czasem - tylko i wyłącznie przez swoją chciwość i pazerność - uzależnili się od nich. Potem trudno było odmawiać czarnym, którzy żyli w państwie białych takich samych praw. W ten sposób apartheid, czyli odrębność, przerodził się w ustrój dyskryminacji i wyzysku.

- Rzeczywiście nie udało się twórcom apartheidu doprowadzić do powstania czarnych, niepodległych państw, chociaż próbowali stworzyć bantustany. Nie udało się nie dlatego, że był sprzeciw ze strony czarnych. To biali potrzebowali siły roboczej, która musiała żyć w ich kraju, nie mogła dojeżdżać setek kilometrów. Czarnych robotników przybywało coraz więcej. Byli absolutną większością w południowej Afryce i by utrzymać tylu ludzi w posłuchu potrzeba było stworzyć ogromny aparat policyjny. Apartheid zbankrutował w taki sam sposób jak zbankrutował komunizm. Nie został obalony, a po prostu zabrakło mu pieniędzy na dalsze funkcjonowanie.

A czy śmierć Terre’Blanche’a także miała wpływ na zmiany, jakie zaszły w południowej Afryce?

- To był koniec pewnej epoki. Wraz ze śmiercią Terre’Blanche’a odeszła pewna utopia afrykańska, której jednym z ostatnich żyjących przedstawicieli jest także Nelson Mandela. Bynajmniej nie zestawiam obu panów, bo przyświecały im zupełnie inne idee, ale obaj są symbolami zmian, jakie miały sie dokonać. RPA z początków lat 90. XX wieku było krajem, któremu wszyscy wróżyli jak najgorzej. Miały tam wybuchnąć wojny podobne do tych na Bałkanach, tylko jeszcze krwawsze. Mandela był tego przeciwnikiem i głosił ideę narodu- tęczy. Pojednanie obywateli kraju miało sprawić, że wszyscy w RPA mieliby znaleźć dla siebie miejsce i wszystkim miało być w miarę dobrze. Mieli zrozumieć, to co było złe i dla dobra przyszłości żyć w zgodzie. Terre’Blanche groził natomiast, że jeśli biali nie przystąpią do wojny przeciwko czarnym i jej nie wygrają, to znikną raz na zawsze z powierzchni ziemi.

- Śmierć Terre’Blanche’a była jak emerytura Nelsona Mandeli. Oba te wydarzenia oznaczały odejście pewnych idei w przeszłość. Południowa Afryka nie stała się utopijną krainą pełną szczęścia z marzeń Mandeli. Nie przekształciła się także w świat pełen wojen, nienawiści i niesprawiedliwości rasowych, jak złorzeczył Terre’Blanche. To wszystko jest pomiędzy. Wszystkie nadzieje, pretensje, żale są pośrodku. Tak samo daleko od idei Mandeli, jak i mrocznych przepowiedni Terre’Blanche’a. Jego śmierć ani przez chwilę nie groziła wybuchem  wojny. Nie oznaczała także, że zginął ostatni obrońca apartheidu, w związku z czym nikt nie będzie go już bronić. Jakkolwiek cynicznie to nie zabrzmi, śmierć Terre’Blanche’a nie miała dla południowej Afryki żadnego znaczenia.

Dla Ventersdorpu, miasteczka w którym Terre’Blanche de facto rządził i terroryzował czarnych, śmierć ostatniego obrońcy apartheidu również nie miała znaczenia?

- Ludzie w tym miasteczku myśleli, że to będzie oznaczało koniec albo początek czegoś nowego. Okazało sie, że jego śmierć nic nie zmieniła. To dlatego, że Terre’Blanche wyrażał na zewnątrz to, co ludzie naprawdę czują, czego się boją, co myślą. Jednak oczekiwania na zmiany, które mają przyjść z zewnątrz są złudne i muszą zakończyć się porażką. Południowoafrykańczycy oczekiwali, że zmiany w ich życiu spowoduje sam Nelson Mandela jako przywódca. Nie chcieli, by odchodził z urzędu prezydenta już po pięciu latach. Liczyli, że to właśnie on dokona zmian. Tak samo w Ventersdorpie ludzie oczekiwali, że wszystko załatwi za nich Terre’Blanche. Ale tak naprawdę zmiana zależy tylko i wyłącznie od tego, czy my sami na to jesteśmy gotowi. Ludzie w Ventersdorpie nie byli gotowi do żadnych zmian.

Czy pożegnanie z rasistowską przeszłością w południowej Afryce, "wypalanie traw" jak pan to określił w książce, powiodło się?

- Nie do końca. Południowa Afryka wciąż jest krajem, gdzie różnice między białymi i czarnymi nie zostały zatarte. Gdy dochodzi do jakiegoś patologicznego zjawiska zawsze jest ono sprowadzane do konfliktu białego i czarnego. Wszyscy czekali, co się wydarzy podczas niedawnych mistrzostw świata w piłce nożnej. Jeżeliby nie zdążono zbudować jakiegoś stadionu, to dla białych byłby dowód, że czarni się nie nadają. Natomiast dla czarnych byłby to dowód, że biali coś storpedowali. Fiaska zawsze są tłumaczone w ten sam sposób. Nawet najbardziej prozachodni prezydent RPA, następca Nelsona Mandeli, Thabo Mbeki , gdy był krytykowany przez gazety, rozwścieczony odpierał zarzuty, że to dlatego iż właścicielami gazet są biali. Tak jest w całym RPA. Jeżeli dojdzie do konfliktu między białym i czarnym, to prędzej czy później w ruch pójdą epitety związane nie z poziomem intelektu, ale kolorem skóry.

Obecnie relacje miedzy białymi i czarnymi w RPA nadal są oparte na poddaństwie?

- W takich rolniczych miasteczkach jak Ventersdorp sytuacja czarnych niewiele się zmieniła w ciągu ostatnich lat. Właścicielami farm nadal są biali, a robotnikami - czarni. Owszem, czarni przejęli władzę, bardzo chętnie wchodzą w "buty" białych, bo to oznacza przywileje i tak jest po prostu wygodniej. Ale ci, którzy nie mają najmniejszych szans, by czerpać z polityki jakieś korzyści, po prostu służą. Czarni robotnicy, tak jak i czarna służba, bardzo często narzekają, że pracując dla czarnych jest im gorzej niż wtedy, kiedy pracowali dla białych. Ale ten podział jest już nie rasowy, lecz na tych, którzy mają i na tych, którzy nie mają. To układ dominującego i zdominowanego. Ale w dalszym ciągu los tych, którzy nie mają jest paskudy.

Czy ta sytuacja jest spowodowana przez samych czarnych?

- Nie do końca, wiele czynników ma na to wpływ. RPA jest krajem bardzo podzielonym. Z jednej strony niewiele różni się on od tego, jak żyjemy w Europie czy USA. Z drugiej strony, są tam też miejsca typowe dla Afryki: dla Mozambiku, Angoli, a nawet Konga. Przepaść między tymi, którzy mają i którym się dobrze żyje oraz tymi, którzy nie mają i żyje im się fatalnie jest ogromna. Oczywiście ta druga grupa jest zdecydowanie liczniejsza.

- Nawet jeżeli ktoś chciałby zasypać tę przepaść, to nie jest to sprawa 10 czy 20 lat. Wszelki pośpiech może spowodować nieszczęścia, tak choćby dzieje się z reformą rolną. Nelson Mandela zapowiadał , że w 2014 r. czarni będą właścicielami 1/3 ziemi w południowej Afryce. Ale jak to zrobić? Tylko przez wywłaszczenie białych. A czym się to kończy dla gospodarki mieliśmy przykład w Zimbabwe, gdzie zniszczono wszystko w dwa lata. A rolnictwo było podstawą tamtejszej gospodarki. Południowa Afryka wie o tym i nie wywłaszcza białych, by nie zrobić krzywdy czarnym. Zachód odtrąbił w 1994 r. RPA szczęśliwą krainą rządzoną przez wspaniałego Nelsona Mandelę. Tak było, ale zmiana musi zająć całe lata. Południowa Afryka jest dziś normalnym krajem, gdzie jest wszystko: jest mnóstwo dobrych zjawisk, tak jak i mnóstwo negatywnych. Państwo musi walczyć z korupcją, niekompetencją, nepotyzmem, forsowaniem czarnych na stanowiska, do których są nieprzygotowani. To także odbywa się w ramach naprawiania krzywd. I to nie tylko z czasów apartheidu, ale jeszcze bardziej zamierzchłych.

Dlaczego na świecie tyle mówi się o holocauście, a o prześladowaniu czarnych w Afryce wręcz przeciwnie?

- Nie mam pojęcia, choć krzywd żydów do krzywd czarnych bym nie porównywał. To było coś innego. Ani większego, ani mniejszego. Po porostu coś innego. Często się mówi, że to wszystko, co biali zrobili, szczególnie w Afryce, jest jakimś brzemieniem wstydliwym.

A czy cokolwiek mogłoby usprawiedliwiać działania białych w Afryce?

- Według mnie nie. Białymi w Afryce kierowała wyłącznie chciwość. Dopiero później dorabiali sobie ideologię do swojego postępowania: o cywilizacyjnej misji, o niesieniu postępu w Afryce czy nawracaniu na jedynie słuszną wiarę, bo nasza była przecież zawsze lepsza niż ich. Ale biali nie robili od samego początku niczego dla dobra Afrykanów. Pierwsi biali, którzy się tam pojawili byli kupcami. Oni nie przypłynęli tam z potrzeby poznawania świata, ale z potrzeby stworzenia najbardziej dogodnych szlaków handlowych. Pierwsze co robili, to handlowali z Afrykanami. Handlowali tym, co mieli. Potem jak się okazało, że towarem mogą być ludzie, zaczęli handlować niewolnikami. Zanim zaczęli ich łapać i przerabiać w niewolników, kupowali ich od afrykańskich władców. Winę za niewolnictwo ponoszą więc nie tylko biali, ale także sami Afrykanie. Chętnie sprzedawali oni białym najpierw jeńców branych podczas wojen z sąsiadami, a potem także własnych poddanych.

A myśli pan, że można zabić człowieka w słusznej sprawie? Czy za taki czyn można uważać zamordowanie Terre’Blanche’a przez dwóch czarnych?

- To pytanie należałoby stawiać filozofom. Ja prywatnie nie usprawiedliwiam żadnego zabójstwa. Jestem przeciwnikiem kary śmierci. Jestem natomiast za najsurowszymi karami, nawet bez przywileju przebaczenia. Jeżeli ktoś miałby zostać skazany na dożywocie za jakąś zbrodnie i to jestem za tym, by była ona karana jak najsurowiej. Natomiast odbieranie życia to nie jest przywilej dany ludziom. Zabójstwo nie usprawiedliwia niczego.

Dziękuję za rozmowę.


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Jagielski | Wojciech Jagielski | Afryka | rasa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje