Reklama

Andy Weir: Kolonizacja Księżyca nie jest pieśnią przyszłości

Andy Wier wierzy, że "kosmiczny boom" to kwestia najbliższego półwiecza /materiały prasowe

Andy Weir pokazał nam jak przeżyć na Marsie. Jego kolejna książka, "Artemis" zabierze nas na Srebrny Glob, bo to od Księżyca zacznie się nowy etap kosmicznej ekspansji. Z autorem "Marsjanina" rozmawiał Michał Ostasz.

Michał Ostasz, Interia.pl: Jak daleko jesteśmy od wizji, którą przedstawiasz w "Artemis"? Kiedy Twoim zdaniem wrócimy na Księżyc?

Reklama

Andy Weir: Myślę, że kolonizacja Księżyca wcale nie jest pieśnią przyszłości. Raczej stanie się to w przeciągu najbliższych pięćdziesięciu lat. Może stu. I nie powinno nikogo dziwić, że przyjmie to formę komercyjnych lotów w kosmos, swoistego rodzaju turystyki księżycowej.

W "Marsjaninie" pokazałeś bardzo pozytywną wersję najbliższej przyszłości, w której NASA nie musi martwić się o fundusze. W 2017 r. sytuacja wygląda inaczej. Czy prywatne firmy (SpaceX, Blue Horizon) są jedynym ratunkiem dla dalszego podboju kosmosu?

- Według mnie są one po prostu najbardziej oczywistym rozwiązaniem. Gdyby prywatnym firmom udało się obniżyć koszty podróży na niską orbitę okołoziemską na tyle, by mogła sobie na nią pozwolić tak zwana klasa średnia, doszłoby do istnego "kosmicznego boomu". Powstałaby nowa, trwała gałąź przemysłu turystycznego, która zapewniłaby miejsca pracy i dobrobyt milionom ludzi. Podobnie, jak to się wydarzyło z tanimi liniami lotniczymi.

Po hiperoptymistycznym "Marsjaninie" pokazujesz w "Artemis", że podbój i eksploracja kosmosu to także bardzo "ziemska" sfera brudnych interesów. Myślisz, że to nieuniknione przy dalszej ekspansji? Czego najbardziej powinny się bać przyszłe pokolenia, dla których mieszkanie na Księżycu lub Marsie będzie zupełnie normalne?

- Trzeba wiedzieć, że przez jakiś czas od założenia, powiedzmy, Artemis lub podobnej kosmicznej osady takie miejsce miałoby charakterystykę miasta pogranicznego, ze wszystkimi jego problemami. Byłaby to dość brutalna okolica. Przyznam, że osobiście raczej nie chciałbym tam żyć. Jestem dość rozpieszczony; lubię moje miłe, wygodne i łatwe życie. Ale gdyby przyszło komuś tam żyć, właśnie ta pograniczność stałaby się najfajniejszą cechą. W końcu sam ustalałbyś reguły i mało kto mógłby ci powiedzieć, co wolno, a czego nie. Ale trzeba też wspomnieć o tej ciemniejszej stronie życia w kosmosie. Zawsze towarzyszyłaby ci groźba śmierci! Na Artemis na szczęście nigdy nie doszło do rozszczelnienia poszycia bazy, lecz i tak sytuacja zdaje się niebezpieczna, gdy masz dostęp jedynie do podstawowej opieki medycznej.

Poza "Marsjaninem" i "Artemis" napisałeś także opowiadania, których akcja rozgrywa się w świecie Sherlocka Holmesa i Doctora Who. Jakie jeszcze dzieła popkultury sprawiły, że Andy Weir jest takim geekiem i książkowym ekspertem od eksploracji kosmosu?

- Ja się wychowałem na książkach mojego ojca, a miał potężną kolekcję powieści science fiction. Dla mnie Heinlein, Clarkie i Asimov stanowią swoistą "trójcę świętą" pisarzy. Ale jestem także świadomy wkładu Stanisława Lema w rozwój całego gatunku.

Pracujesz już nad kolejną książką? Znowu "porwiesz" czytelnika gdzieś w przestrzeń kosmiczną?

- Jest jeszcze za wcześnie na jakiekolwiek deklaracje. Ale przyznam, że świat "Artemis" szalenie mi się spodobał i bardzo bym chciał kiedyś do niego powrócić.

Jesteś jednym z niewielu autorów, których książka doczekała się naprawdę wiernej filmowej adaptacji. Sukces "Marsjanina" sprawił, że 20th Century Fox już wykupiło prawa do twojej nowej powieści - "Artemis". Mógłbyś zdradzić coś więcej na temat tego projektu?

- Wydaje mi się, że "Artemis" jest materiałem na dobry film. Ale w sumie niemal każdy pisarz uważa swoje książki za warte ekranizacji, więc niezbyt się tu wyróżniam. Tym niemniej muszę powiedzieć, że bardzo się cieszę, że będę mógł zobaczyć na ekranie obraz samego miasta Artemis. To na pewno będzie niesamowity widok.

Nie myślałeś nad tym, aby przerzucić się na pisanie scenariuszy?

- Gdy “Marsjanin" okazał się tak dużym sukcesem, szczególnie cieszyłem się z jednej rzeczy. Z tego, że mogłem zacząć pracować jako powieściopisarz. A to coś, co chciałem robić przez całe życie.

Zaczęliśmy od kosmosu, więc musimy na nim zakończyć. Gdybyś miał możliwość polecieć w kosmos, to wolałbyś wyładować na Marsie czy na Księżycu? A może jeszcze gdzieś indziej?

- Też mi się wydaje, że Ziemia jest nudna, jeśli o to ci chodzi. Koniec końców wszyscy tutaj żyjemy. Ja piszę o kosmosie i kocham to robić, ale wiem, że są to tylko nierealne marzenia, sny o miejscach, do których nigdy nie będzie mi dane dotrzeć.

Rozmawiał Michał Ostasz

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje