Reklama

Andrzej Meller: Z wizytą u wietnamskich wróżek

- W Wietnamie światy ludzi i duchów przeplatają się. Wiara w duchy, zjawiska nadprzyrodzone jest codziennością. Rzadko zdarzało się, że ktoś mówił mi: „Nie wierzę w duchy” - mówi Andrzej Meller, autor książki "Czołem, nie ma hien. Wietnam, jakiego nie znacie".

Katarzyna Pruszkowska: W Wietnamie korzystałeś z usług wróżek. Zakładam, że nie po to, żeby poznać przyszłość.

Reklama

Andrzej Meller: - Nie. Wróżki są dla Wietnamczyków bardzo ważne, dlatego postanowiłem, że chcę o nich napisać. Stałem się więc królikiem doświadczalnym i odwiedziłem dwie. Pierwszą wróżkę znalazłem sam. Zapisałem sobie na kartce jej adres i tak długo szukałem jej domu, aż trafiłem. Tamta wizyta trwała ponad godzinę i była bardzo szczegółowa. Jak bardzo, przekonałem się całkiem niedawno, kiedy w towarzystwie koleżanki z Wietnamu obejrzałem nagranie. Wróżka mówiła między innymi o tym, w którym miesiącu nie powinienem jeździć na motorze i jak będę stał z kasą w przyszłości.

A druga wizyta?

- Na nią czekałem dłużej, bo wybrałem wróżkę, do której trzeba się było zapisać - i to na kilka miesięcy do przodu. Zabrała mnie w końcu żona kolegi. Ta wizyta była krótka, trwała może 20 minut. Atmosfera też była inna, niż za pierwszym razem. Tam było ciepło i serdecznie, a tu czułem się jak na egzaminie.

Czego dowiedziałeś się o sobie od wietnamskich wróżek?

- Między innymi tego, że będę do końca życia z jedną kobietą, co oczywiście bardzo spodobało się mojej żonie. W Wietnamie chodzenie do wróżek jest bardzo popularne, szczególnie wśród kobiet. Znajoma wytłumaczyła mi, że chodzi przede wszystkim o sprawy sercowe. Kobiety chcą wiedzieć, czy mężowie zdradzają, a jeśli tak, kiedy zmądrzeją i wrócą do żon. Jestem pewien, że żona kolegi, która zabrała mnie do drugiej wróżki, również była tam w tym celu - jej mąż właśnie wyjechał w dłuższą podróż służbową, więc pewnie się niepokoiła.

- Zresztą ten temat podsunęła mi żona, która bardziej interesuje się ezoteryką, niż ja. Często słyszy i wyłapuje rzeczy, na które ja nie zwracam uwagi.


Na przykład?

- Zdarza się, że ktoś odmawia zrobienia czegoś, "bo to jest zły dzień". Nie chodzi oczywiście o to, że ktoś ma zły dzień, ale o to, że to nie jest astrologicznie dobry czas. Wietnamczycy podchodzą bardzo poważnie do kalendarza księżycowego i astrologów, którzy potrafią wyliczyć, kiedy jest dobry dzień na zawarcie małżeństwa, rozpoczęcie pracy czy wyjazdu. Do astrologów chodzą też pary, które chcą zacząć starać się o dziecko, żeby specjalista ustalił dobry czas na poczęcie. Chodzi o to, żeby dziecko nie urodziło się w "złym roku". W Wietnamie światy ludzi i duchów przeplatają się. Wiara w duchy, zjawiska nadprzyrodzone jest codziennością. Rzadko zdarzało się, że ktoś mówił mi: "Nie wierzę w duchy". Każdy kamień, każde drzewo mają swojego mieszkańca. Czasami, kiedy chciałem gdzieś iść po zmroku, słyszałem: "Nie idź tam, bo tam nocą tam są duchy i jest niebezpiecznie".

Kult przodków też jest ważny?

- Tak, niemal w każdym domu jest ołtarz, przy którym oddaje się cześć zmarłym bliskim. Popularne jest też kupowanie papierowych przedmiotów, które pali się, żeby zapewnić przodkom szczęście i spokój w zaświatach. Jeśli ktoś lubił samochody, pali się samochód. Raz w miesiącu, podczas pełni, pali się też pieniądze - to ma zapewnić dostatek. Sam kupiłem 20 tys. dolarów, oczywiście fałszywych, i puściłem je z dymem.

Czy któreś przeżycie, nazwijmy je "duchowym", szczególnie zapadło ci w pamięć?

- Jedno. Razem z żoną poszliśmy na kurs vipassany metodą Goenki. Razem z nami medytowało 95Wietnamczyków, Koreanka z Norwegii, Niemka, Angielka i diler ecstasy z Amsterdamu. Przez pierwsze dni wszystko przebiegało zgodnie z planem, ale 9. dnia jedna z dziewczyn dostała czegoś, co wyglądało jak napad padaczki. Zaczęła się trząść w konwulsjach. Opowiadała, że czuła, jakby ktoś ją dusił i wyrywał jej serce z klatki piersiowej. Zarzekała się, że wcześniej nic takiego jej się nie przydarzyło, ale i tak w końcu ją przegonili z tej vipassany.

W Polsce też organizuje się kursy, ale medytować w ciszy mogą tylko osoby zupełnie zdrowe.

- Nam niby też podsunęli jakieś papiery do podpisu. Więc podpisaliśmy, że oczywiście, że jesteśmy zdrowi i tyle było formalności. Chcieli mieć tylko pewność, że rozumiemy angielski z hinduskim akcentem, żeby móc oglądać nagrania nauczyciela w oryginale.


Wróżki, szamani, astrolodzy, duchy - jak to wszystko funkcjonuje obok oficjalnej doktryny Komunistycznej Partii Wietnamu?

- Po pierwsze, to wszystko wierzenia przedbuddyjskie, starsze od oficjalnych religii. Trudno je wykorzenić. Po drugie, Wietnam to kraj, w którym wszystko postawiono na głowie. Członkowie partii - oficjalnie ateiści - biegają do wróżek, choć to jest nielegalne, żeby dowiedzieć się, co ich czeka. A dzieciaki wysyłają do szkół w imperialistycznej Ameryce. W Wietnamie wiele rzeczy jest nielegalnych tylko fasadowo.

Na ile swobodnie można praktykować religię?

- Za samo chodzenie do kościoła czy pagody nic nie grozi. Jak długo nie ma tendencji prozelitycznych, czyli masowego nauczania i nawracania, władze nie prześladują obywateli. W przeszłości, po 1975 roku, były gorsze represje. Co nie znaczy, że teraz nie ma, ale bardziej chodzi o kwestie administracyjne, np. rząd nie chce przeznaczać ziem pod budowę kościołów katolickich. Jest może lżej, ale pytanie, jaki władza może mieć w tym cel. Bo poznałem buddystów, którzy uważali, że mnisi z klasztorów buddyjskich są na usługach specsłużb. Podobnie było kiedyś z kościołem prawosławnym w Sowietach.

Jeden z bohaterów twojej książki, mistrz Le, wierzy, że Wietnamczycy powoli budzą się z letargu. Że może wydarzyć się rewolucja, nie tylko na gruncie religijnym.

- To jego marzenie. Zresztą, ja również nie wierzę, że dzisiejszym świecie, w którym jest coraz lepszy dostęp do sieci, także w Wietnamie, nie można ludziom bez końca urządzać prania mózgów. Oczywiście w Rosji jest Internet, a nic się nie zmienia, ale tam jest problem z alternatywą. W Wietnamie co prawda też nie ma opozycji (jest poza granicami kraju - przyp. red.), ale już widać zmiany. Weźmy chociaż mistrza Le - tłumaczył moje artykuły na temat Wietnamu i je publikował w sieci, regularnie krytykuje partię na swoim FB. Co prawda nadal uważa, że 70 proc. jego rodaków to ludzie, którzy zajmują się tylko jedzeniem ryżu i oglądaniem propagandowej telewizji, której ślepo wierzą. Ale mimo wszystko ma nadzieję na zmiany. Moim zdaniem Wietnam zmieni się nie pod wpływem rewolucji, ale ewolucji.

- Wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się w regionie. Zbroi się Japonia, zbroją się Filipiny i Chiny. Nie można wykluczyć, że w końcu dojdzie tam do konfliktu zbrojnego, a agresorem mogłyby być Chiny. Nie jestem Kasandrą, więc nie umiem przewidywać przyszłości, ale jeśli dojdzie do konfliktu, w który uwikłałby się Wietnam, to zmian w kraju nie udałoby się uniknąć.

Czy takich ludzi jak mistrz Le, który na FB "szkaluje" matkę partię, spotykają w Wietnamie represje?

- Mistrza w styczniu, w bardzo nieprzyjemny, ubecki sposób, aresztowano na 12 godzin. Jest pod stałą obserwacją, na ulicy go śledzą. A nie jest żadnym działaczem, nie organizuje protestów. Po prostu pisze. Władze wiedzą, jaką siłę może mieć sieć. W 2013 roku FB w Wietnamie jeszcze nie było, rok później już tak. W związku z tym wprowadzono przepis - za obsmarowywanie partii grozi grzywna w wysokości 4 tys. dolarów. Zawrotna kwota, nie tylko jak na Wietnam, jeśli uświadomimy sobie, że chodzi tylko o publikowanie czegoś na FB.

- Takich ludzi, jak Le, jest więcej. Nie boją się, piszą, chociaż służby działają i wiedzą, co dzieje im się pod nosem. Moja książka, którą wysłałem jakiś czas temu do Wietnamu, nie doszła do adresata. Prawdopodobnie utknęła w cenzurze w Hanoi. Śmieję się, że mam darmowe tłumaczenie na wietnamski. 

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje