Reklama

Andrzej Bargiel: Czasem na Kasprowy wbiegam 3 razy dziennie

"Staram się jak najwięcej ruszać. To jest zrozumiałe, bo cel jest bardzo ambitny. Chodzę na siłownię. Biegam w rejonie Kasprowego - czasem udaje się wbiec trzykrotnie na szczyt" - mówi o przygotowaniach do swojej kolejnej wyprawy polski narciarz wysokogórski i himalaista Andrzej Bargiel.

- Wróciłeś właśnie z treningu?

Reklama

Andrzej Bargiel: - Tak, niestety strasznie padało i zmarzłem.

- Ale to dobrze, przed wyprawą w Himalaje to dobra zaprawa.

- Czy dobrze... Myślę, że na tyle długo tam będziemy, że możemy sobie oszczędzić takich przygód, więc nie jestem zwolennikiem cierpienia.

- A jak wygląda przed wyjazdem twój przeciętny trening?

- Staram się jak najwięcej ruszać. To jest zrozumiałe, bo cel jest bardzo ambitny. Naprawdę dużo biegam, chodzę na siłownię. Biegam w rejonie Kasprowego i czasem udaje się wbiec trzykrotnie na szczyt. I zjeżdżam na dół kolejką, by nie niszczyć kolan. Po prostu się troszeczkę oszczędzam. A przygotowania trwają cały rok od zeszłej wyprawy. Myślę, że jestem dużo lepiej przygotowany niż na poprzednią wyprawę, będziemy walczyć. Zobaczymy, co nam się uda zrobić. 

- Trzy razy wbiegasz na Kasprowy - to jest 3000 metrów przewyższenia, tak jakbyś z bazy pod ośmiotysięcznikiem wszedł prawie na sam szczyt. To ile ci to zajmuje czasu?

- Tutaj mi to zajmuje niezbyt dużo czasu, bo koło 3 godzin albo nawet niespełna. Na pewno w przypadku ośmiotysięcznika zajmie to znacznie więcej czasu, tempo znacznie spada na tak dużej wysokości. Ale myślę, że jest to świetne przygotowanie... 

- Opowiedz o swoich celach tej wyprawy. Jak to ma wyglądać, co teraz będzie dla ciebie najważniejsze?

- Ta wyprawa jest zorganizowana po to, bym mógł się przygotować do jeszcze większych celów. Ta wyprawa da mi mnóstwo doświadczenia. Same cele to dwa ośmiotysięczniki - to będą dwie próby sportowe. Ja chciałbym na jedną i na drugą górę (Manaslu - 8156 m n.p.m. i Czo Oju - 8201 m n.p.m. - przyp. red.) wystartować z bazy o północy. I chciałbym dojść na szczyt gdzieś w godzinach południowych. I będę od razu z niego zjeżdżał. To wszystko ma zająć poniżej 24h.

- Jedzie ze mną mój brat, Darek Załuski, Marcin Kin. Grzesiek z Darkiem mają wejść do obozu trzeciego, tam czekać na mnie i razem mamy spotkać się w kopule szczytowej. Razem z Grzegorzem mamy zjechać z Manaslu. Później spod bazy przemieszczamy się do Katmandu - śmigłowcem - i jedziemy pod Czo Oju. I spróbujemy to zrobić bardzo szybko, bo myślę, że ten planowany pobyt nie będzie trwał dłużej niż tydzień - właśnie pod tą górą.

- Na Manaslu trzeba będzie dłużej się klimatyzować. Jak myślisz, ile to może zająć?

- Myślę, że koło 20 września chciałbym zaatakować szczyć. I jakby jeżeli wszystko będzie dobrze z pogodą i będziemy się dobrze czuć, to to jest najbardziej realne. Manaslu jest dużo trudniejszą górą - technicznie. Stamtąd nie było czystego zjazdu narciarskiego - tylko w zeszłym roku czy dwa lata był zjazd z próbą pobicia rekordu. Zresztą go ustanowiono, bo to była pierwsza taka próba. Ale mimo wszystko, himalaista między obozem czwartym i trzecim odpiął narty i schodził jakieś 300 metrów do niwelacji. Ja chciałbym zaliczyć czysty zjazd.

- Natomiast jeśli chodzi o drugi cel - Czo Oju - to tam takiej próby wcześniej nie było, zobaczymy jak ona się uda. Na pewno będzie dużo łatwiej, bo ta baza jest dużo wyżej, na 5600 metrze i do szczytu jest dużo bliżej. Sam szczyt też nie jest zbyt wymagający pod względem technicznym, to najłatwiejszy ośmiotysięcznik, więc zobaczymy.

- Tam nie było w ogóle próby szybkościowego wyjścia?

- Była próba, ale nie z użyciem nart. Ta próba była robiona przez znanego Austriaka, który cieszy się jednak złą sławą, bo okazuje się, że wiele razy oszukiwał. Pobija rekordy, ale nigdy nie ma żadnej ich dokumentacji. W paru kwestiach i przypadkach udowodnili mu to, że oszukiwał. Więc teoretycznie ta próba się nie liczy. A tutaj mówię o takiej próbie narciarskiej - to będzie taka pierwsza próba, która będzie robiona poniżej 24 godzin. 

- Skąd taki pomysł, żeby postawić sobie za cel właśnie te dwa ośmiotysięczniki. Dlaczego je właśnie wybrałeś, skoro nie ma zbyt wielu prekursorów na tych górach. Co ty planujesz?

- Te góry są odpowiednie dla mnie. Jestem bardzo młodym człowiekiem, myślę, że da mi to dużo doświadczenia w moim rozwoju sportowym. Da mi to mnóstwo informacji a propos mojego organizmu oraz przyniesie mnóstwo wskazówek. Jak dla mnie te cele są jak najbardziej realne - to nie jest coś, co sobie wymyśliłem i rzucam się z motyką na księżyc, tylko to jest jak najbardziej przemyślane. Myślę, że jeżeli nie będzie dziwnych sytuacji z pogodą i wszystko się dobrze poukłada, to uda się to zrobić. 

- Czy to będzie dużo trudniejsze od tego co zrobiłeś w ubiegłym roku na Shisha Pangma?

- Teraz jestem na pewno dużo lepiej przygotowany, ale muszą być warunki. Jeżeli spadnie dużo śniegu, to te czasówki są niemożliwe. Tempo spada jeszcze dwukrotnie. I trzeba wielu godzin, żeby wyjść na szczyt. Czasem jest to niemożliwe: po prostu tutaj będzie jeszcze stromiej. No zobaczymy, te góry są nieprzewidywalne.

- Po raz kolejny organizujesz wyprawę sam, bez pomocy organizacji, związków sportowych itd. Skąd pojawił się u ciebie taki pomysł na spędzanie czasu, czy też pomysł na realizację samego siebie? Przyzwyczailiśmy się do tego, że to są wielkie wyprawy narodowe, lub nienarodowe, ale wspierane przez wielkich sponsorów, a tu nagle młody człowiek z grupą przyjaciół, z bratem, chce sięgać po ośmiotysięczniki.

- Tak, ja uczestniczyłem wcześniej w wyprawach narodowych i nie do końca podobał mi się ich wymiar. Zupełnie nie kręci mnie chodzenie po śniegu. Większość tych najłatwiejszych dróg na ośmiotysięczniki to nie jest wspinanie. Jak najbardziej to jest teren narciarski i myślę, że to jest przyszłość himalaizmu. Ja jeździłem od dzieciństwa na nartach i to mnie najbardziej kręci.

- To było moim marzeniem i w tamtym roku udało się je spełnić. To też nie jest tak, że nagle wymyśliłem sobie, że będę jeździł na nartach w Himalaje, bo mimo tego, że jestem młody, to już jest mój czwarty wyjazd na narty w te góry. Już wiem, że jeżeli mam tam jeździć, to właśnie po to, by tam jeździć na nartach. To jest świetna przygoda i bardziej mnie to kręci. Jest szybciej. Mówiąc szczerze, nie lubię przebywać długo na dużych wysokościach, bo to na pewno nie jest zdrowe i myślę, że lepiej po prostu spać w domu, w łóżku, niż w namiocie. I właśnie te narty pomagają mi w tym, żeby robić to szybciej.

- Szczególnie zjazd, ale czy narty również przyspieszają podejście?

- Tak, zdecydowanie tak, bo przy dużych opadach śniegu jesteśmy w stanie się szybciej przemieszczać, przez to, że narty mają większą powierzchnię. Tak szczerze, to przy dużych opadach, jeżeli tych nart nie posiadamy, to dyskwalifikuje nas to na starcie, musimy się wycofać od razu. A jeśli mamy narty - możemy próbować jeszcze, jeśli mamy energię, nie jest zbyt stromo, zbyt lawiniasto - możemy walczyć.

- Czyli co dają narty: szybkość, fun, bezpieczeństwo?


- Bezpieczeństwo. Na pewno wynika tak z moich doświadczeń i obserwacji. Ja czuję się bezpieczniej na nartach w stromym terenie i przede wszystkim mam świadomość, że jeśli przyjdzie załamanie pogody, to będę w stanie być na dole w parędziesiąt minut. Na nogach jest to po prostu niemożliwe, szczególnie jeśli jest mnóstwo śniegu. Także na pewno jest bezpieczniej, bo narty mają większą powierzchnię. Gdy przemieszczamy się po terenie lodowym, są szczeliny, to jesteśmy bardziej zabezpieczeni przed tym, że do niej wpadniemy. Te szczeliny czasem są bardzo wąskie, np. liczące 20 cm - możemy do nich wpaść cali, a narty zmniejszają prawdopodobieństwo, że ulegniemy takiemu wypadkowi.

- Czy jazda na nartach na ośmiu tysiącach jest przyjemna, czy to trochę męka?

- Czy jest przyjemna? Myślę, że jest, dla mnie jak najbardziej, tylko żeby to było przyjemne, trzeba mieć stalową kondycję i trzeba być przystosowanym do tego. Jeśli normalny narciarz pojechałby w Himalaje, to będzie tak zmęczony, że nie będzie w stanie skręcić. Tam kluczowe jest to, żeby mieć świetną kondycję, i żeby organizm sobie z tym radził. Mnie to nie przeszkadza, ale też znam jakieś relacje z innych wypraw i dla niektórych to jest męka. Mnie to kręci, ja mam mnóstwo fun-u z tego, i nie jest to dla mnie problem.

- Jesteś uważany teraz za jednego z najszybszych ludzi - jeśli nie najszybszego człowieka - w wysokich górach. Czy będziesz chciał to udowodnić po raz kolejny?


- Przez to, że parę lat temu przestałem startować w zawodach, myślę, że troszeczkę wyrosłem z takiej rywalizacji. Tak naprawdę to jest walka ze swoimi słabościami i bardziej polegająca na przekraczaniu własnych barier, własnych granic organizmu. To jest ciekawe doświadczenie. Przez wiele lat, kiedy się ścigałem, to były to zawody, którym towarzyszył stres. To mnie mnie też kręciło, ale teraz to jest zupełnie inny wymiar. I to nie jest tak, że ja po prostu chcę coś udowodnić. Tylko może sobie...

- Ale ile w tym ma znaczenie zabawa?


- Myślę, że odkąd skończyłem ze sportem zawodniczym, to sam fun jest na pierwszym miejscu. My tam jedziemy po to, żeby tam jeździć jak najwięcej na nartach. I to nie jest tak, że jest tylko ten cel i skupiamy się na tym... Tylko po prostu będziemy tam kawał czau i będziemy chcieli tam jak najwiecej pojeździć, w jak najlepszych warunkach i eksplorować troszkę, bo to też jest ciekawe. Ja w Himalajach byłem trzy lata temu, znam górę Manaslu, i mam stamtąd dużo pozytywnych wrażeń. Wtedy było dużo śniegu, przez cztery tygodnie spadło 5 metrów śniegu, więc wszystkie wyprawy stały, a ja codziennie wychodziłem z bazy i sobie śmigałem.

- Czyli jedni na lodowiec w Alpy, a Ty na ośmiotysięcznik w Himalaje?

- Tak, można powiedzieć, że to są moje wakacje.

Informacja własna

RMF24.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje