Reklama

Aleksander Doba: "Jest oczywiste, że odczuwałem wtedy strach"

Aleksander Doba zmarł w wieku 74 lat /Beata Zawrzel/REPORTER /East News

Aleksander Doba zmarł 22 lutego na szczycie Kilimandżaro. Polski podróżnik, który jako jedyny człowiek na świecie samotnie przepłynął kajakiem Ocean Atlantycki, dał się zapamiętać jako ambitny i niezwykle pogodny człowiek. Prezentujemy fragmenty książki "Olo na Atlantyku. Kajakiem przez ocean", którą Doba napisał sam.

Podczas moich morskich wypraw kajakowych rzadko podziwiałem wschody słońca. Często natomiast wspaniałe zachody. Mój morski kajak "North Sea Star", wyprodukowany w firmie "Plastex" pana Ryszarda Serugi w Warszawie, umożliwił mi zrealizowanie kilku wspaniałych wypraw. Kajak ten, o długości 5300 mm i szerokości 660 mm, jest bardzo dzielny w różnych warunkach na morzu. Płynie się nim szybko i pewnie, nawet z dużym bagażem (około 50 kg). 

Reklama

Przeciętny turysta jednak nie czuje się w nim pewnie, bo nie jest to krypa turystyczna i łatwo się wywraca. Po nabyciu wprawy można na nim pływać w różnych warunkach, bezpiecznie realizując wspaniałe trasy. W żadnym wypadku nie można się jednak w takim kajaku zdrzemnąć, płynąc samotnie. Wyprawy morskie odbywałem wzdłuż brzegów, zatrzymując się pod koniec dnia na lądzie na nocleg. Nie jestem rannym ptaszkiem, i wspaniałe wschody słońca z reguły przesypiałem.

Tym razem jestem w kajaku zbudowanym specjalnie dla bezpiecznego przepłynięcia oceanu. Ponieważ mam spędzić w kajaku kilka miesięcy, musi on mieć jakąś kabinę do spania. Do spania na karimacie jestem przyzwyczajony. Tutaj mam aż dwie karimaty dla komfortu. Przecież rok wcześniej opłynąłem Magiczne Morze Syberii - Bajkał. Typowy biwak nad jego brzegiem to namiot rozłożony na kamieniach różnej wielkości z jedną karimatą na podłodze. 

Dobrze znam ten rytuał wybierania szyszek i kamieni na biwaku przed rozłożeniem namiotu w Polsce. Gdy pokazywałem zdjęcia mojego namiotu nad brzegami Bajkału, pytano mnie, jak mogłem spać na tak kamienistym podłożu? "Normalnie - odpowiadałem. - Gdy jakiś kamień za bardzo mnie uwierał, obracałem się i masowane kamieniami miałem inne miejsca na ciele". Wysypiałem się tam dobrze.  Wspaniałe, czyste powietrze. Temperatura w sam raz na użycie cienkiego śpiwora.

(...)

Żeby żyć, trzeba jeść. Miałem w luku bagażowym żywność liofilizowaną na jakieś trzy miesiące. Zaształowałem (upakowałem) ją tam w hali stoczni z pomocą Michała. Aby torebki z jedzeniem się nie przemieszczały, założyliśmy dwie przekładki z grubej karimaty. Przekładki uwiązaliśmy linkami do ścianek komory bagażowej. Mając na uwadze możliwość wydłużenia się mojej Wyprawy ponad zakładany czas trzech, czterech miesięcy, chciałem mieć wystarczającą ilość żywności z rezerwą na dwa tygodnie. Żywność liofilizowana powinna mi starczyć na ponad trzy miesiące. 

Klasyczną żywność kupiłem w wielkim szczecińskim centrum handlowym. Załadowałem duży kosz po brzegi. Nabyłem różne puszki mięsne i rybne. Fasole w słoikach i w puszkach. Ryż w saszetkach, paluszki klasyczne i serowe. Sery twarde żółte, bez dziur. Dużo przeróżnych słodyczy: ciastka, wafelki, czekolady, chałwy, cukierki, nutelle, słodzone mleko zagęszczone w tubkach, mleko w proszku. Suszone owoce - śliwki, morele, jabłka, rodzynki. Różne mieszanki orzechów. Kawę rozpuszczalną i mieloną, herbatę, cukier.

Miałem też kilkanaście kostek przeżyciowych od Andrzeja Bębna - niesamowicie skutecznie załatwiającego wiele spraw. Byliśmy kiedyś aktywnymi członkami Akademickiego Klubu Kajakowego "Pluskon" Szczecin; szkoda, że klub ten obecnie praktycznie nie istnieje. Te kostki to były racje żywnościowe z tratw ratunkowych statków, wycofywane z eksploatacji z powodu kończącego się terminu ważności. Z takich tratw Andrzej zaopatrzył mnie jeszcze w rakiety spadochronowe czerwone, flary czerwone, pławki dymne, dryfkotwy oraz dwie odsalarki o napędzie ręcznym - wielkie dzięki, Andrzeju. Co z jedzenia jest najmniej trwałe, to starałem się spożyć w pierwszej kolejności. Słodycze miały mi starczyć na całą Wyprawę. Jako że jestem wybitnym antytalentem do gotowania, miałem z tym problemy. 

W zamierzchłych czasach, jeszcze w ubiegłym wieku, czyli w 1989 roku, postanowiłem bardzo drastycznie, wszechstronnie przetestować moją rodzącą się pasję kajakową. Pierwszy spływ kajakowy zaliczyłem, mając prawie trzydzieści cztery lata. Było to w lipcu 1980 roku na rzece Drawie. Pierwszy spływ, pierwsza wywrotka (teraz nazywa się to najczęściej kabiną). I tak wpadłem w te kajaki. Członkiem Klubu Kajakowego "Alchemik" Police jestem od pierwszego spływu do dzisiaj. 

Pływając coraz częściej, starałem się poznawać nowy sprzęt, rzeki; nabywać umiejętności i doświadczenia. Zacząłem odczuwać niedosyt pływania. Często gdy kończyliśmy etap, rozłożony był biwak, rozdzielone zadania (szybko zacząłem sam organizować wyjazdy klubowe po całej Polsce jako członek zarządu lub prezes klubu) - wszyscy czuli zmęczenie. Czasem, ujmując to brutalnie, "padali na pysk", a ja wtedy mówiłem, że przed biwakiem widziałem jakiś dopływ, że sobie tam popłynę (pod prąd, oczywiście), spenetruję go, bo mnie zaciekawił i chcę jeszcze popływać. "Ty to nigdy nie masz dosyć?" - pytali z niedowierzaniem.

Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje