Reklama

Adam Mikołajczyk: Powinniśmy grać z kobietami w ping-ponga

Adam Mikołajczyk - założyciel Pracowni Męskich Portretów /materiały prasowe

​Cierpienie mężczyzn ma wiele twarzy. Najczęściej zakrytych maską, bo stereotyp prawdziwego samca nakazuje im milczeć, gdy na horyzoncie pojawiają się emocje, uczucia i problemy. Fotograf Adam Mikołajczyk chciałby to zmienić, docierając ze swoimi pracami zarówno do mężczyzn, jak i do kobiet. - Wiem, że wiele z nich próbuje przemówić do swoich partnerów, tylko nie ma odbicia piłeczki. Faceci nie grają z nimi w ping-ponga - przyznaje.

Reklama

Adam Mikołajczyk. Rocznik 1991. Syn fotografa i wizażystki, założyciel Pracowni Męskich Portretów. Siedzimy na kanapie w jego krakowskim zakładzie. Za plecami czarno-białe zdjęcia znanych mężczyzn. Ze ściany spoglądają na nas Wojciech Mann, Andrzej Seweryn, Jerzy Stuhr, Wojciech Pszoniak, Jerzy Bralczyk, Michał Żebrowski czy Filip Chajzer.

Bije z tych zdjęć siła, pewność siebie, ale nie zadufanie, prędzej wiara we własne umiejętności. Nie brakuje też uśmiechu. Żeby dojść do takiego efektu, musimy zacząć naszą rozmowę od cierpienia - motywu przewodniego prac Adama, które od 5 września do 3 listopada będzie można zobaczyć na wystawie o tym samym tytule w Nowohuckim Centrum Kultury.

Reklama

Dariusz Jaroń: Dlaczego cierpienie?

Adam Mikołajczyk: Bo mężczyźni cierpią. 

Kobiety też.

- Tak, wszyscy ludzie cierpią, tylko że kobiety trochę lepiej sobie z tym radzą. Potrafią o tym rozmawiać, odezwać się do koleżanek, rodziców, partnera. Od dziecka są uczone, mniej lub bardziej świadomie, radzenia sobie z emocjami, również z tymi trudnymi, wywołującymi cierpienie.

Chłopców ta edukacja omija?

- W pewnym wieku już nie są głaskani. Przychodzi tatuś i mówi: "Weź się w garść, nie rycz, chłopaki nie płaczą, bądź mężczyzną". Na tym się najczęściej kończy ich edukacja emocjonalna. Nie wysysam tych teorii z palca, sporo rozmawiam z facetami, którzy do mnie przychodzą, staram się jak najwięcej czytać na ten temat. Cieszę się, że jest coraz więcej specjalistów zajmujących się terapią mężczyzn, bo widać przepaść w radzeniu sobie z problemami między nami a kobietami. To cierpienie jest wszechobecne. Nie potrafimy sobie z nim poradzić, zrozumieć, że mamy kłopot i powinniśmy zwrócić się do specjalisty o pomoc. Nie potrafimy tego zrobić, to jest nasza największa bolączka...

W myśl zaszczepionych w chłopcach stereotypów, prawdziwy facet powinien emocje tłumić, w innym wypadku wyjdzie, że jest słaby.

- Oczywiście, prawdziwy facet nie płacze, nie jest emocjonalny, bo musi być twardy. Nie może powiedzieć żonie czy kumplowi: "Nie radzę sobie". Takie podejście zabija mężczyzn, zbiera bardzo poważne plony zarówno w sferze mentalnej, jak i fizycznej. Tłumienie emocji i problemów to nasz największy zabójca.

Podasz przykład?

- Weźmy zachorowalność na męskie nowotwory: rak prostaty, rak jądra. Wczesne wykrycie choroby wręcz gwarantuje wyleczenie. Większość społeczeństwa jest tego świadoma, ale obciążeni stereotypami mężczyźni nie chodzą do lekarza. Przecież wszystko będzie dobrze! Nic się nie dzieje. Jedno jądro mam dwa razy większe od drugiego? Przejdzie samo. Nie będę przecież nikomu mówił, że mnie boli. Jestem mężczyzną, nie mogę cierpieć. Taka postawa wcale nie jest czymś wyjątkowym, a jej konsekwencje są straszne. 

Doświadczyłeś ich w swoim otoczeniu?

- Mój dziadek zmarł w młodym wieku, miał 64 lata. Ojciec ma teraz sześćdziesiątkę, na samą myśl o tym, że za cztery lata mógłby zniknąć z mojego życia, mam ciarki na plecach. Dziadek odszedł właśnie przez ten wstyd i wydumane teorie na temat postawy prawdziwego mężczyzny. Miałem osiem lat.

- Takich historii w każdej rodzinie jest mnóstwo. Dotyczą nie tylko nowotworów, ale też chorób serca, bardzo częstej przyczyny śmierci Polaków. Faceci, którzy całe życie pracują na okrągły budzik, czują nieraz, że coś jest nie tak, ale nie zrobią nawet podstawowych badań, żeby lekarz w porę zdołał przepisać leki i powiedzieć: "Ma pan 45 lat, dwójkę dzieci, kawał życia przed sobą, ale musi pan zwolnić". Nie, taki facet będzie brnął w tym szaleństwie do pierwszego zawału. Może wówczas się opamięta, chociaż wtedy często pojawia się paraliżujący strach, kolejny zawał, oby nie kończący sprawę. 

Jak się to ma do twoich zdjęć?

- Chcę pokazać różne postacie cierpienia. Te prace mają być niewygodne. Chciałbym, żeby mężczyźni obserwując je, zdali sobie sprawę, że przyznanie się do cierpienia nie jest niczym złym. Walka o siebie, nie tylko o innych, jest wręcz rzeczą męską, bo jak głowa rodziny o nią zadba, skoro nie zatroszczy się o siebie? W sferze psychicznej jest to samo. Faceci borykają się z nieprzepracowanymi traumami, kompleksami, wydarzeniami z młodości, które mają wpływ na ich całe dorosłe życie. A wystarczyłoby parę razy pójść do specjalisty, przegadać temat. To jak z alkoholizmem - dopóki nie zdasz sobie sprawy z istnienia problemu, będzie przy tobie trwał i zatruwał ci życie.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje