Reklama

Adam Higginbotham: W historii Czarnobyla nadal są wątki, których nie poznaliśmy

Przed katastrofą w elektrowni jądrowej Prypeć była przyjemnym do życia miastem, zamieszkałym głównie przez młodych ludzi /East News

Reklama

Czy władze po tylu latach upamiętniły ofiary w odpowiedni sposób?

- Problem polega na tym, że cały czas trwa walka pomiędzy Moskwą a Kijowem o to, kto jest odpowiedzialny za tę tragedię. Różne ekipy wciąż przerzucają się oskarżeniami, więc tak naprawdę nie ma nikogo, kto wziąłby to na siebie i przeprosił. Niektórzy mówią, że decyzje płynęły od Szczerbyckiego, ten z kolei twierdzi, że dostawał instrukcje od Gorbaczowa... Nikt nie przeprosi, bo każdy oskarża kogoś innego.

Reklama

Winni nigdy się nie znajdą?

- Nie wiem, czy znalezienie pojedynczych winnych cokolwiek by dało. Cały sowiecki system jest tak naprawdę winny. Nie można tej winy poporcjować i rozdzielić na indywidua. Celem systemu było właśnie zrzucenie odpowiedzialności na pojedynczych ludzi, bo to zdjęłoby winę z kulawego kraju.

Czy w takim razie poszkodowani nie czekają na przeprosiny?

- Nigdy ich o to nie pytałem... Zapytałem Wiktora Burchanowa o to, czy nie próbował oczyścić swojego imienia. Powiedział: "Nie ma sensu, bo nikogo to już nie obchodzi". Jakoś nikt o tym nie wspominał. Burchanow stał się kozłem ofiarnym całego zamieszania, więc jego zapytałem bezpośrednio. Machnął ręką i stwierdził, że ludzie i tak swoje będą wiedzieć.

Co z innymi konsekwencjami: politycznymi, ekonomicznymi. Można je wciąż odczuć? Sowieci wydali przecież fortunę...

- Oczywiście, wydali ogromne sumy i nadal odczuwają tę stratę. Zebranie środków na pomoc ofiarom było gigantycznym przedsięwzięciem finansowym, którego skutki widać do dzisiaj. Niektóre koszty musi ponosić obecnie rząd Ukrainy, bo w pewnym momencie Rosjanie odcięli się od płacenia za Czarnobyl. Wciąż płacą zasiłki poszkodowanym.

Gorbaczow stwierdził, że Czarnobyl przyczynił się do upadku ZSRR. Co o tym sądzisz?

- Faktycznie użył takiego sformułowania, ale według mnie cała jego polityka prowadziła do rozpadu Związku. Szybkie, nieprzemyślane reformy, chaotyczna i desperacka próba przekształcenia systemu ekonomicznego, skazana na porażkę od samego początku.

Czyli chce tylko przenieść odpowiedzialność na katastrofę, żeby zatuszować swoją nieudolność?

- Mniej więcej. Przed wypadkiem Gorbaczow był ostrożny, stawiał na powolny i przemyślany tok zmian. Ale Czarnobyl uświadomił mu, jak zepsuty jest system, którym przyszło mu rządzić. Wtedy podjął decyzję nagłych zmian. To był bezpośredni skutek, jaki katastrofa wywarła na ZSRR. Jego zdaniem ratunek pochłonął tyle pieniędzy, że Związek nie mógł się już podźwignąć, jednak gdy spojrzysz na liczby, zobaczysz, że to nieprawda. To na pewno nie pomogło, ale samo z siebie nie doprowadziło do ruiny ZSRR. Katastrofa pokazała ludziom, jak nieudolny jest system i tak naprawdę to było zarzewiem jego upadku.

Kiedy mieszkańcy Prypeci dowiedzieli się, co faktycznie się stało? W latach 90.?

- "Oficjalne" przyczyny katastrofy były zostały przedstawione już na konferencji IAEA (Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej - red.) w 1986. Raport miał oczywiście niewiele wspólnego z prawdą, ale zaakceptowano go nawet na Zachodzie. Wygodnie było uwierzyć, że wszystko było winą lekkomyślnych, niezdarnych pracowników elektrowni, a nie technologii, źle utrzymywanego sprzętu, lat zaniedbań. Nawet teraz są ludzie, którzy trzymają się tej wersji, tylko dlatego, że uznano ją oficjalnie prawie 35 lat temu. Byłem niedawno na konferencji, gdzie gość wygłosił wykład, który w praktyce był odczytaniem raportu z ’86!

- Już 1991 roku wszyscy wiedzieli, że w raporcie jest mnóstwo rozbieżności. Zarządzono więc drugie śledztwo, przeprowadzone przez naukowców zarówno z Ukrainy, jak i Rosji, które ujawniło, że przyczyną wypadku był reaktor i jego wadliwa konstrukcja. Taki raport mógł być opublikowany dopiero po upadku Związku Radzieckiego. Mało tego, IEAE przedstawiło także swoje poprawione wnioski, które obalały poprzednie ustalenia z lat 80. Ale był już rok 1993 i wszystkim to już zwisało.

Co sądzisz o wciąganiu tego, co stało się w Czarnobylu do popkultury?

- Masz przed sobą popularno-historyczną książkę...

No tak, ale w książce są prawdziwi ludzie i wywiady z nimi, nie aktorzy.

- Prawda.

 Oglądałeś serial?

- Oglądałem.

Jest wiarygodny?

- Ja starałem się obalić mity, które narosły wokół tej historii przez te wszystkie lata, przedzierałem się przez dokumenty, akta i wiem, że wiele rzeczy opublikowanych przez media w latach 90. to bzdury. Dużo przesady i niezrozumienia. Szczególnie zachodnie media miały problem z wyczuciem specyficznego kontekstu systemu socjalistycznego. Część tych przesadzonych, wyolbrzymionych albo okrojonych elementów historii znalazła się w serialu. Dodatkowo jego twórcy sami też pokolorowali rzeczywistość po swojemu, czasem w sposób wręcz niedorzeczny. To byłoby nawet do zaakceptowania, gdyby powiedzieli, że to ich wersja wydarzeń. Ale oni stwierdzili, że zbadali fakty dogłębnie i to, co jest w serialu, jest autentycznym odwzorowaniem historii. Nie jest.

- Świetnie, że dzięki tej produkcji więcej ludzi dowie się o tragedii, jaka wydarzyła się w Czarnobylu, ale nie jestem przekonany co do tego, w jaki sposób została ona przedstawiona. Ludzie, o których mówiłem, mieszkańcy Prypeci, są bezkształtnym motłochem, który nie ma uczuć. To tylko "cywile" bez historii. A przecież oni nadal żyją. Żyją też krewni tych, którzy już umarli. Żona Anatolego Diatłowa, z którą rozmawiałem, nadal żyje. Wyobraź sobie, że ogląda serial, w którym jej mąż przedstawiony jest jako wąsaty złoczyńca z żądzą mordu oczach, rzucający w ludzi przedmiotami, traktujący ich jak nic nie warte kukły... Niedorzeczne.

Czy książka może być czymś w rodzaju hołdu dla ofiar?

- Nie szedłbym tak daleko. Chciałem tylko przedstawić prawdę i wytłumaczyć ludziom, co stało się w Czarnobylu.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje