Reklama

Żywy trup w Twierdzy Przemyśl. Prawda o legendzie

Czy makabryczne historie z żywymi trupami w roli głównej zdarzają się jedynie w hollywoodzkich horrorach? Otóż nie. Wystarczy trafić w nieodpowiednie miejsce, w nieodpowiednim czasie...

W 1926 roku ukazał się w 5. numerze miesięcznika "Naokoło Świata" artykuł Wandy Kohutnickiej pod tytułem "XII fort" (tytuł był błędny), opisujący przerażające wydarzenie, jakie miało miejsce w XIII Forcie "San Rideau" Twierdzy Przemyśl, leżącym na terenie miejscowości Bolestraszyce, około 8 km na północny-wschód od Przemyśla.

Reklama

Pisała ona wówczas: "W krwawym blasku latarni, na tle szarego betonu, pośrodku beczek, skrzyń i śmieci, stała mara okropna, upiorna, nagi kościotrup, obrośnięty masą splątanych siwych włosów. Nie wiedząc, z kim mają do czynienia, ze zjawą, żywym człowiekiem czy jakimś potworem, nie mogli złapać tchu ani wykrztusić jednego słowa. Dopiero po chwili, gdy z następnej sali nadeszli pozostali robotnicy, krzycząc, że znaleźli w niej ludzki szkielet, upiór na głos ludzki drgnął, podniósł ręce do uszu, skrzywił się, zaczął rytmicznie chwiać się w prawo i w lewo, wydając przy tym chrapliwe jęki".

Fort XIII "San Rideau"

Fort "San Rideau" został wybudowany w latach 1892-1896 za kwotę 5 milionów koron. Był to fort określany często jako fort uniwersalny, który mógł pełnić zadania zarówno obrony dalekiej, jak i bliskiej. Forty klasy "Einheitsfort" były silnie uzbrojone w artylerię szybkostrzelną umieszczoną w pancernych kazamatach tradytorów i w wieżach pancernych zamontowanych na stropach żelazobetonowych bloków. Zaprojektował go Moritz von Brunner, jako fort zewnętrznej linii obronnej Twierdzy Przemyśl.

Fort uległ poważnym uszkodzeniom podczas II oblężenia twierdzy, kiedy ostatniego dnia oblężenia, 22 marca 1915 roku, został wysadzony w powietrze. Kolejne poważne uszkodzenia nastąpiły 30 maja 1915 roku, podczas III oblężenia. To prawdopodobnie wówczas rozpoczęła się opisywana przez Wandę Kohutnicką historia. Zerknijmy jeszcze raz do artykułu, który został napisany na podstawie informacji, jakie autorka miała otrzymać od anonimowego kierownika robót:

"Chcąc zwolnić tereny zajęte przez bezużyteczne, zniszczone forty, rząd zezwolił prywatnym firmom na ich rozbiórkę. Do rozbiórki fortu XIII ("San Rideau") przystąpiono latem 1923 roku. Za pomocą ekrazytu rozsadzane były jedno piętro po drugim (...) Tak powoli dobrano się po dwóch tygodniach do parteru. Kiedy korytarz został oczyszczony, robotnicy ujrzeli we wnęce żelazne drzwi, których na planie wcale nie było.

Kierownictwo robót zbytnio się tym nie zdziwiło, bo tego rodzaju niespodzianki zdarzały się często. Przypuszczając, że drzwi prowadzą do kanału, kazano robotnikom je wyjąc. Następnie jeden z nich, wiedziony ciekawością, zaopatrzywszy się w latarkę, samotnie zszedł po schodach w dół. Raptem rozległ się jego stłumiony krzyk, tak przejmujący i pełen grozy, że pozostali robotnicy odruchowo rzucili się do drzwi podziemia, gotowi nieść pomoc ciekawemu chłopcu, który mógł wpaść do jakiegoś dołu.

Zdarzało się to bowiem innym. Wielkie było jednak ich zdumienie, gdy ujrzeli go na schodach, tuż przy wejściu: leżał bez czapki, z rozwichrzonymi włosami, twarz miał bladą i wykrzywioną w strasznym grymasie, w ręku kurczowo ściskał zbitą latarkę. Wyniesiony na powietrze i ułożony na trawie, zemdlał. Po długich zabiegach i oblewaniu wodą ocknął się na chwilę, wrzasnął i znowu zemdlał. Powtarzało się to kilka razy. Wreszcie przestał mdleć, ale zakrywszy twarz rękami, tarzał się po ziemi i żałośnie skowyczał. Z jego mamrotania i wykrzykników dało się zrozumieć tylko parę słów: ‘Jakie to straszne, jakie to straszne’. Więcej nic nie mówił".

Narodziny legendy

Co zauważył młody, ciekawski robotnik? Według autorki, kierownik robót, wraz z kilkoma pracownikami zszedł do tuneli. Przeszli przez długi, wilgotny korytarz "(...) z szeregiem drzwi po obu stronach. Po ich otwarciu stwierdzili, że były to małe celki, nisko sklepione, o potężnych, betonowych ścianach. Wiało z nich pustką, w jednej tylko leżał zardzewiały kociołek i trochę zgniłej słomy".

Wkrótce znaleźli się na rozstaju tuneli. Idąc dalej znaleźli kolejne pomieszczenia "(...) pełne zwojów kolczastego drutu i armatnich łusek. Powietrze było tu jeszcze cięższe, pachniało zgnilizną i amoniakiem."

"(...) W pierwszej sali, najobszerniejszej ze wszystkich, stał szereg stelaży z resztkami prowiantów, całą masą puszek od konserw, butli, skrzynek i worków ze spleśniałymi sucharami. Wszystko to, zmieszane razem i cuchnące, walało się w straszliwym nieładzie, jakby po pogromie. Wśród tych rupieci uganiały się szczury wielkości kotów. W drugim pokoju znajdowały się resztki starego umundurowania i pościeli. Trzecie drzwi były zamknięte. Po ich wyłamaniu, gdy we dwóch weszli do wnętrza sali, zaciekawieni, co tu zastaną, zdrętwieli z przerażenia".

Tam właśnie została znaleziona mumia opisywana na początku artykułu. Upiorny, nagi kościotrup, obrośnięty masą siwych włosów. W sąsiednim pomieszczeniu znaleziono ubranego w resztki munduru oficerskiego kościotrupa.

Jak pisała dalej Kohutnicka: "Pod wieczór przyjechał ciężarowy samochód, szczelnie wypełniony policją. Byli także żołnierze z oficerem i sędzia śledczy. Zachowując środki ostrożności, ruszyli na miejsce niewiarygodnego odkrycia. Fort został otoczony przez posterunki wartownicze. W niespełna kwadrans ekspedycja wywlokła na światło dzienne owo ‘monstrum’, trzymając je mocno, żeby nie uciekło.

Był to nie upiór, lecz żywy człowiek, tak słaby, że ledwie trzymał się na nogach. Drżał całym ciałem, oczy miał zamknięte, przy każdym dźwięku chwytał się za uszy i jęczał, widocznie cierpiąc bóle. Mówić już nie mógł, wydawał tylko stłumione śpiewne dźwięki i jakieś szmery. Na próżno biedził się sędzia śledczy, usiłując dowiedzieć się jego imienia, nazwiska i wieku. Odwieziono go do szpitala, gdzie tejże nocy skonał".

Pamiętnik

Pośród pustych puszek, butelek, zgniłych produktów, znaleziono zeszyt, z którego wypadła fotografia, pięknej kobiety, z zatartą przez czas dedykacją na odwrocie w języku rosyjskim: "...strzeże Bóg i moja miłość... wszędzie z Tobą... zawsze Twoja... 25/VII - 1914". W zeszycie znajdowały się zapiski w języku rosyjskim, które przytacza autorka:

"Nie wiem już, ile dni upłynęło od tego nieszczęśliwego ranka, kiedy najniespodziewaniej dostaliśmy się do austriackiej niewoli - ja i sztabskapitan Nowikow. Te dziwne warunki, w których obecnie żyjemy, uniemożliwiają mi wszelką rachubę czasu. Zanotuję więc bieg wypadków w ich kolejności.

Po tradycyjnym zbadaniu i obrabowaniu nas zostaliśmy umieszczeni w małej celce podziemnych katakumb fortu. Nie upłynęła doba prawdopodobnie, bo dostaliśmy tylko dwa razy jeść, gdy stało się coś, czego dotychczas nie rozumiem. Oto w pewnej chwili rozległy się straszliwe pioruny, zatrzęsło się i zatrzeszczało całe nasze podziemie. (...)

Fort widocznie rozpadał się. Rzucony na chłodny beton i pewny już śmierci, nie żałowałem życia i ludzi, tylko (nieczytelne) ziemia jęknęła jak wielkie zwierzę i później przeciągle huczała. Cierpi ból - a ludzie nie wiedzą - przemknęła mi myśl, szybka, ostra i jasna jak błyskawica. Czułem, że to ostrze potrafi wszystko przeniknąć i dlatego myśl jest prawdziwa. Długo jeszcze rozlegały się grzmoty i drżenie ziemi, ale już dalekie i obce. Wsłuchując się w te niesamowite dźwięki, snuliśmy najrozmaitsze domysły, zaczynając od ewentualności wulkanicznych wybuchów i trzęsienia ziemi, a kończąc na bombardowaniu fortecy przez lotników Ententy.

Byliśmy zgodni co do tego, że musiało zajść coś poważnego, tym bardziej że nikt do nas nie zaglądał przez tyle czasu i nie dochodziły nas żadne odgłosy. Znękani głodem i pragnieniem, wyłamaliśmy drzwi w naszej celi, usiłując wydostać się na wolność lub przynajmniej przypomnieć o swoim istnieniu, ale na próżno. Żelazne drzwi nie ustępowały, a wołanie było bezskuteczne.

Błądząc po omacku w poszukiwaniu innego wyjścia, natrafiliśmy w podziemiu na studnię i dość bogate magazyny: prowianty i mundury, widocznie dla załogi fortu. Oprócz rozmaitych wiktuałów w konserwach znaleźliśmy rum, tytoń, świece i zapałki. Używamy tego po trochu, obawiając się austriackich władz, ale. trudno, same winne, pozostawiwszy nas tu bez żadnej opieki.

Sądząc z zarostu twarzy, musiało upłynąć jeszcze ze dwa tygodnie. Cały ten czas spędziliśmy na najrozmaitszych próbach wydostania się z więzienia. Niestety, ani żelazne drzwi, ani betonowe ściany nie uległy naszym dziecinnym narzędziom, zrobionym z blachy i mosiężnych łusek.Kaleczyliśmy tylko ręce, padaliśmy ze zmęczenia, przeklinaliśmy w najstraszliwszy sposób, płakaliśmy jak dzieci. Wreszcie doszliśmy do wniosku, że nie wydostaniemy się sami, lecz musimy spokojnie czekać, przecież przypomną sobie o nas... Żyjemy tylko nadzieją...

Opowiedzieliśmy sobie wszystkie tajemnice swego życia, rzeczywiste i urojone, skrytykowaliśmy wszystkie czytane książki i dzieje świata, graliśmy w najrozmaitsze gry, urządzaliśmy przedstawienia teatralne, polowaliśmy na szczury, walcząc o rekord, wreszcie znienawidziliśmy się... Nie mamy ani dnia, ani nocy... Jednostajność wrażeń... (...)

Znaleźliśmy zajęcie. Nowikow pije na umór, a ja pracuję przy swoim zegarze. Zrobiłem go sam: ustawiłem na beczce kocioł, nalałem doń wody i wydrążyłem w dnie otworek, zacząłem rachować własny puls, przyjmując każde 70 uderzeń za minutę. W miarę tego jak obniżał się poziom wody w kotle zaznaczałem na ścianach kwadranse i godziny. Kiedy wszystka woda wyciekła, obliczyłem kreski i przekonałem się, że cała operacja zajęła mi jedną i pół doby. Odtąd wciąż czuwam nad swoim zegarem, słucham plusku kropelek, śledzę poziom wody i przelewam ją z beczki do kotła: cieszę się myślą, że dokonywam pracy, choć pozornie jednakowej, ale różnej w swojej tajemnej treści.

Wylałem 90 beczek wody, a Nowikow wypił wszystek rum. Trzeźwy i ponury chodził po korytarzu. Obliczył rozchód sucharów i bluznął cyniczną prawdę, przed którą broniliśmy się prawie dwa lata: w tym grobie nie ma żadnej nadziei, czeka nas głodowa śmierć, obłęd... Był bez litości dla mnie, bo nie miał jej dla siebie: blachą poderżnął sobie gardło i długo rzęził, miotając się we własnej krwi. Zamknąłem trupa w sali. Pozostałem sam.

(...) Śniło mi się, że byłem w swoich rodzinnych stronach, matka, siostra... ciepły słoneczny dzień, zapach kwiatów... daleko horyzont nieba... tyle cudnych barw i ona mówiła, że nie zapomniała i kocha. 530 beczek. Znowu śniłem piękne obrazy świata, wolności i ludzi. Nie chciałbym budzić się ze snu: wolałbym pozostać zawsze w szczęśliwym świecie złudy, niż zgrzytać zębami na jawie. 702 beczki... (...)

1001 beczka ciszy i ciemności dały mi więcej, niż może dać ludziom tyleż arabskich nocy. To, co kiedyś układało się dowolnie w migawkowe obrazy podczas snu i gorączki, widzę teraz plastycznie, na jawie. Moja świadoma wola tworzy nowe kształty, wśród których obcuję.

Niczym nie kalałem teraz mojej grobowej ciszy i ciemności, nie przelewam wody w swoim zegarze, nie jem, nie piję i nie odczuwam żadnego pragnienia. Jestem panem przestrzeni i czasu: mknę w przestworzach z gwiazdy na gwiazdę, rozkazuję żywiołom, wchłaniam wszystkie dźwięki, barwy i aromaty oświata, zmieniam kształty, ginę i rodzę się. Nie znam żadnych granic i zakazu, bo wszystko ulega mojej woli, której jestem panem. Błogosławię mury mego grobowca, bo w nich zaznaję najwięcej wolności i życia. Radość rozsadza mi piersi, próżno silę się ująć uczucie w słowa, które są dalekim echem. Ale już gaśnie moja ostatnia świeca".

Legenda

Artykuł opublikowany w "Naokoło Świata" wywołał spore zamieszanie wśród czytelników. Nikt nie podważał artykułu Wandy Kohutnickiej. Wydarzenie obrosło w legendę. Niestety,  wspomnienia opublikowane przez autorkę nie znajdują potwierdzenia w innych źródłach.

Śladów mistyfikacji jest wiele. Po pierwsze, błędny tytuł artykułu. Po drugie, dziwny przypadek spotkania inżyniera w pociągu, który trzy lata po opisywanych wydarzeniach miał przy sobie pamiętnik nieszczęśnika znalezionego w forcie. Po trzecie, brak śladów w lokalnej prasie przemyskiej czy krakowskiej, opisująccych wydarzenie z 1923 roku. A jest niezwykle nieprawdopodobne, aby ówcześni dziennikarze przepuścili taki temat, tym bardziej, że według Kohutnickiej było prowadzone śledztwo prokuratorskie. Czyżby cała historia była zwykłym kłamstwem?

W 1971 roku w "Życiu Przemyskim" ukazał się artykuł autorstwa P.A. Kruka, który powoływał się na list Władysława Kohutnickiego, byłego dowódcy stacjonującego w Żurawicy 2 Batalionu Pancernego, w którym oficer wyjaśniał, że  to on był autorem artykułu z miesięcznika "Naokoło Świata", a relacja była fikcyjna. W liście uzasadniał użycie pseudonimu "Wanda Kohutnicka" próbą ominięcia przepisów wojskowych, które zabraniały publikacji artykułów prasowych bez zgody przełożonych.

Mimo tak ważnego dowodu w wielu publikacjach nadal pojawia się informacja o autentyczności tego wydarzenia. Ostatecznym dowodem na mistyfikację może być osoba Wandy Kohutnickiej, która nie figuruje w żadnych rejestrach, a jej nazwisko pojawia się jedynie w tym jednym przypadku.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Sławek Zagórski | historia | Twierdza Przemyśl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje