Reklama

Zbrodnia w Nankinie - jedna z największych rzezi XX wieku

Zbrodnia w Nankinie była jedną z największych w historii ludzkości. W ciągu niecałych dwóch miesięcy w mieście i wokół niego w nieprzerwanej rzezi mogło zginąć nawet pół miliona Chińczyków.

Japończycy rozpoczęli ekspansję na kontynencie azjatyckim już w 1894 roku. Zajęli wówczas Formozę oraz część półwyspu koreańskiego. Po zakończeniu wojny rosyjsko-japońskiej z lat 1904-1905 znacznie zwiększyli swe wpływy w Mandżurii. Następnie w 1910 całą Koreę, a w 1931 roku pozostałą część Mandżurii w wyniku tzw. "incydentu mukdeńskiego".

Reklama

Wówczas wojska japońskie niosąc hasła wyzwolenia Azjatów spod panowania Europejczyków i zjednoczenia ich zajmowały kolejne ziemie bogate w strategiczne surowce. Surowce, które były niezbędne dla dalszego rozwoju rozpędzonego japońskiego przemysłu.

W zamierzeniach japońskich strategów i polityków Chiny miały być perłą w koronie japońskiego imperium. Władze w Tokio potrzebowały jedynie kolejnego pretekstu, który pozwoliłby ruszyć do ataku. Aby nie pozostawiać niczego przypadkowi, podobnie jak 18 września 1931 roku Japończycy sami taki pretekst sprokurowali.

Pretekst

Wykorzystując polityczny zamęt i ciągłe wtrącanie się zachodnich mocarstw w politykę wewnętrzną Chin 7 lipca 1937 roku Japończycy sprowokowali tzw. "incydent na moście Marco Polo".

Wersje tego wydarzenia są nieco odmienne w zależności od źródeł do jakich odwołują się autorzy. Najpowszechniej przyjęła się wersja o rzekomym ostrzelaniu przez chińskich komunistów żołnierzy japońskich na moście Marco Polo. Inna wersja z kolei mówi o zastrzeleniu przez chińskich żołnierzy japońskiego piechura, na co Japończycy odpowiedzieli ogniem w kierunku koumintangowskiego fortu.

Jaka by nie była pierwotna przyczyna wojny, to doprowadziła ona do śmierci milionów ludzi. Nawet współczesnych ten fakt mało zajmował. Ważniejsze okazały się skutki. Ówczesny niemiecki ambasador w Tokio, Herbert Dirkens, miał powiedzieć: "Odpowiedzialność za incydent na moście Marco Polo jest kwestią drugorzędną. Istotą rzeczy jest to, że odpowiedzialność za wybuch wojny z Chinami ponieść musi Japonia, a to z tej racji, że prowadziła ona nieustanną politykę agresji".

Wówczas jeszcze Niemcy prowadziły bardzo ożywioną wymianę gospodarczą z Chinami, a na ich terenie znajdowały się liczne niemieckie faktorie. Japoński atak i wybuch wojny był bardzo nie na rękę władzom III Rzeszy, stąd wkrótce niemieckie statki zaczęły dostarczać do Chin czołgi, samoloty i karabiny.

Nankin

Japoński szef sztabu, Sugiyama Hajime, zakładał, że kampania potrwa najwyżej dwa-trzy miesiące. Niestety srogo się zawiódł. Dzięki wsparciu wspomnianych Niemców, a wkrótce też Amerykanów, którzy dostarczyli bombowce, myśliwce i instruktorów (m.in. słynny płk. Claire Lee Chennault) oraz Rosjan, którzy sami tocząc liczne walki z Japończykami, bali się zwiększenia wpływu Japończyków w regionie również dostarczyli samoloty i czołgi, Chińczycy dość sprawnie powstrzymywali ataki Armii Kwantuńskiej

Jednak Nankin stanowił dla chińskich sztabowców nie lada problem - miasto, które od 1928 roku było stolicą kraju znajdowało się tuż przy linii frontu. W związku z tym nie było nawet możliwości rozbudowania systemu punktów oporu. Pierwszy nalot stolica przeżyła już 15 sierpnia i powtarzały się one w kolejnych dniach.

Z dnia na dzień przez miasto przechodziły rozbite oddziały, które wycofywano na tyły w celu odtworzenia. Codziennie były one nękane nalotami japońskiego lotnictwa pokładowego i lądowego. Najsilniejszy nalot broniące się miasto przeżyło 7 grudnia, następnego dnia z miasta odleciał głównodowodzący wojskami chińskimi marszałek Czang Kaj-szek co wywołało panikę. Upadek miasta był tylko kwestią czasu.

Rozpoczęła się paniczna ucieczka przedstawicieli handlowych zagranicznych spółek, dyplomatów i ich rodzin. 9 grudnia na miasto zamiast bomb spadły ulotki wzywające do kapitulacji. Generał Dang Shengshi publicznie stwierdził, że prędzej zginie niż podda miasto, jednak wspierany przez zagranicznych oficerów i polityków po cichu prowadził rozmowy próbując wynegocjować pokój. W tym czasie Europejczycy i Amerykanie po cichu starali się ewakuować jak największą liczbę mieszkańców.

Tuż przed zajęciem przez Japończyków Nankinu na Jangcy pozostawało 13 brytyjskich kanonierek rzecznych, sześć amerykańskich i trzy francuskie oraz kilkadziesiąt statków handlowych. Większość cumowała w wyniszczonym mieście. Brytyjski kontradmirał Reginald Holt bezskutecznie negocjował możliwość wycofania wszystkich zachodnich jednostek. W końcu wieczorem 10 grudnia 1937 roku udało mu się uzyskać zgodę Japończyków.

Następnego dnia Japończycy rozpoczęli przygotowanie artyleryjskie do ostatecznego szturmu na miasto. Generał Shengshi nie wytrzymał nerwowo i wydał rozkaz odwrotu, a sam w nocy z 11 na 12 grudnia przedostał się na drugi brzeg Jangcy do Pukou. W Nankinie panowała panika. Jak wspominał jeden z chińskich oficerów: "A gdy miasto zostało okrążone, zabrakło także dowódców pułków. Nikt się nikim nie interesował. Żołnierze rwali to na zachód, to na wschód, ale wydostać się nie mogli. W tej panice swoi zabijali i tratowali na śmierć swoich; nic dziwnego, że tragedia ta pochłonęła wiele ofiar".

Incydent Panay

Mimo ustaleń pomiędzy alianckim a japońskim dowództwem 11 grudnia rano HMS "Ladybird" i HMS "Bee" dostały się pod ogień japońskiej artylerii. Nim okręty zdołały się wycofać "Ladybird" została trafiona sześć razy, a "Bee" raz. Japończycy tłumaczyli, że nie widzieli bander narodowych, choć na okrętach powiewały aż trzy, a kolejna była namalowana na dachu jednostki...

 Następnego dnia rano około 40 kilometrów w górę rzeki od Nankinu kanonierka rzeczna USS "Panay" eskortowała trzy tankowce należące do firmy Standard Oil: "Mei Ping", "Mei An" i "Mei Hsia". Na pokładzie kanonierki znajdowało się 5 oficerów, 54 marynarzy, czterech pracowników ambasady USA i dziesięciu cywili, w tym siedmiu korespondentów wojennych.

Po kilku godzinach marszu napotkano wypalony frachtowiec pod brytyjską flagą. Była to zapowiedź zbliżających się wydarzeń. Konwój ponownie się zatrzymał. Drugi sekretarz ambasady USA, George Atcheson postanowił ponownie poinformować o przepływających jednostkach. Kiedy jego japoński odpowiednik odbierał depeszę z pokładu lotniskowca startowała grupa uderzeniowa składająca się z 3 bombowców Yokosuka B4Y niosących po dwie 250 kilogramowe bomby i 9 myśliwców Nakajima A4N uzbrojonych w bomby 60-kilogramowe. Około godziny 13:40 rozpoczął się atak.

W wyniku ataku zatonęły wszystkie okręty. Japończycy nie szczędzili również rozbitków i łodzi ratunkowych. Dziennikarz Colin MacDonald pisał: "Myśliwce zaatakowały małą łódź ratunkową z karabinów maszynowych. Potem kolejną, na której byli ranni. Wszystkie ataki były prowadzone z małej wysokości, mimo że widoczne były wielkie amerykańskie flagi". Rozbitkowie, wciąż atakowani, musieli ukryć się w nadbrzeżnych bagnach.

Na czterech zatopionych jednostkach zginęło od 150 do ponad 200 osób. Prócz marynarzy z USS "Panay", byli to ewakuowani chińscy i amerykańscy pracownicy Standard Oil, wraz ze swoimi rodzinami oraz dziennikarze i dyplomaci. (Szerzej o incydencie "Panay")

Rzeź w mieście

Japończycy dosłownie urządzili sobie zawody w mordowaniu. Jak podaje Jakub Polit: "7 grudnia 1937 r. anglojęzyczny "The Japan Advertiser" nie zawahał się przed zamieszczeniem następującej notatki: "Podporucznik Mukai Toshiaki i podporucznik Noda Takeshi, obaj z jednostki Katagiri z Kuyung, przeprowadzający przyjacielskie zawody zmierzające do sprawdzenia, który z nich pierwszy powali stu Chińczyków w walce przy użyciu miecza zanim wojska japońskie całkowicie zajmą Nankin, są w końcowej fazie swej rywalizacji, idąc nieomal łeb w łeb. W niedzielę [tj. 5 grudnia] wynik był następujący: podporucznik Mukai - 89 i podporucznik Noda - 78."

Niestety zawodów nie udało się rozstrzygnąć, więc podniesiono poprzeczkę do 150 zabitych Chińczyków. Po wojnie obaj zostali skazani za zbrodnie i rozstrzelani 18 grudnia 1947 roku.

Jako pierwsi zostali zamordowani jeńcy, do których Japończycy żyjący i walczący zgodnie z Kodeksem Bushido żywili szczerą pogardę. Według różnych szacunków rozstrzelaną bądź ścięto od 90 do ponad 100 tysięcy żołnierzy. Rzeź rozpoczęła się 13 grudnia, kiedy został wydany rozkaz, aby "podzielić jeńców na grupy po dwunastu i pojedynczo rozstrzeliwać". W jednym tylko miejscu koło góry Mufu za pomocą karabinów maszynowych Japończycy rozstrzelali 57 000 żołnierzy i cywilów.

Kapral Kurihara Riichi, przyszły dziennikarz, później pisał: "Zwłoki oblewano benzyną i podpalano, ale benzyny wkrótce zabrakło". Następnie spalone, lub nie, zwłoki wrzucano do rzeki Jangcy. Niektóre z nich dopłynęły aż do Szanghaju.

Jak można przeczytać u wspomnianego Jakuba Polita: "(...) masakry w samym Nankinie cechowała sięgająca granic perwersji pomysłowość. Ofiary zakopywano żywcem (czasem tylko po szyję; cięto je wtedy mieczami), tratowano końmi i czołgami, wieszano za języki na hakach. Niektórych, zakopanych w ziemi po pas, kazano rozszarpywać wielkim psom, innych krzyżowano, przybijano do drzew i słupów telegraficznych, oddzierano im pasy skóry, odcinano nosy i uszy. Jedną z ulubionych zabaw było wpędzanie Chińczyków na dachy drewnianych przeważnie domów, oblewanie parteru benzyną i podpalanie; nieszczęśnicy, podobnie jak Żydzi w getcie warszawskim sześć lat potem, popełniali samobójstwo rzucając się w dół. Póki nie zabrakło benzyny palono też nankińczyków żywcem gromadnie, po uprzednim spędzeniu na skwery i place."

Gwałt na Nankinie

W anglosaskiej historiografii Rzeź w Nankinie jest nazywana gwałtem. Nie ma w tym przesady. Kobiety, po jeńcach wojennych, były najbardziej narażone na agresję ze strony Japończyków. W sumie w ciągu sześciu tygodni rzezi zostało zgwałconych i zabitych od 20 do 80 tysięcy kobiet w rożnym wieku. Od niemowląt do staruszek.

Ofiary pochodziły ze wszystkich grup społecznych, począwszy od mniszek na bogatych mieszczankach skończywszy. Japończycy organizowali wręcz swoiste polowania z nagonką, w czasie których wyłapywano kobiety i wywożono je do koszar, gdzie były przez kilka dni gwałcone przez całe oddziały, a na końcu zabijane.

Podobnie również traktowano mężczyzn. Gwałcono również i ich. Japońscy żołnierze nie ograniczali się w swojej perwersji do niczego: Zmuszano ojców do gwałcenia własnych córek, nakłaniano siłą do gwałcenia zwłok, a mnichów buddyjskich, którzy odmawiali odbywania stosunków kastrowano.

Zbrodnie te stały się na tyle głośne w Japonii, że dowództwo... wydało rozkaz, aby ofiary napaści seksualnych na wszelki wypadek zabijać.

Ratunek

Rzeź przeżyło około 200-300 tysięcy mieszkańców miasta i uchodźców, którzy w nim się znaleźli. Stało się tak dzięki 27 obywatelom państw europejskich i USA. Na czele tej grupy stanął Heinrich Detlef Rabe, znany jako John Rabe - niemiecki przedsiębiorca, pracownik Siemens AG i szef NSDAP w Nankinie.

Wraz z tą grupą stworzył "Nankińską Strefę Bezpieczeństwa", w której znajdowały się budynki uniwersyteckie, oraz, co ważniejsze, szpitale. W nich pracował jeden z trzech ocalałych z rzezi lekarzy - chirurg, Amerykanin, Robert Wilson. Dzięki ich pracy i poświęceniu udało się uratować przede wszystkim wiele dzieci.

Strefa została zlikwidowana na przełomie stycznia i lutego 1938 roku, kiedy Japończycy powoli wyhamowywali mordy. Wówczas wojskowy gubernator miasta nakazał mieszkańcom powrót do domów. Jednak w obawie o życie ostatni mieszkańcy strefy opuścili ją dopiero w maju.

Sam Rabe po powrocie z Chin pragnął szeroko opisać zbrodnie popełnione przez Japończyków. Jednak po wysłaniu raportu do Hitlera zamiast zaproszenia do kancelarii III Rzeszy doczekał się wizyty gestapo. W Chinach do dziś jego pamięć jest bardzo czczona. Chińczycy zwą go "Oskarem Schindlerem Azji" lub "Dobrym Niemcem z Nankinu".

Pamięć

Według różnych szacunków w Nankinie w ciągu 6 tygodni zostało zamordowanych od 50 (wstępne raporty Rabego) do 400 tysięcy ludzi. Do dziś ludobójstwo w Nankinie stanowi nie lada problem w relacjach pomiędzy Chinami a Japonią. Podsycane co jakiś czas antagonizmy bardzo często zwracają się w stronę niezabliźnionych ran.

Tym bardziej, że Japończycy bardzo często negują zajścia w Nankinie. W 2012 roku burmistrz Nagoi stwierdził, że "masakra nankińska prawdopodobnie nigdy się nie wydarzyła". Takie głosy niestety nie są odosobnione. W kwestii Nankinu Japończycy zachowują się nieco, jak Rosjanie, kiedy w Polsce jest wspomniany Katyń, albo negują całkowicie te wydarzenia, albo udają, że nic o nich nie wiedzą.

Tutaj możesz się dowiedzieć więcej o flotyllach rzecznych.

Źródła:

Jakub Polit; “Smutny Kontynent. Z dziejów Azji Wschodniej XX wieku"; Kraków 2002

Harlan J. Swanson; "The Panay Incident: Prelude to Pearl Harbor"; US Naval Institute Proceedings"; 1967

Angus Konstam; "Yangtze River Gunboats 1900-49"; Osprey Publishing 2011

Archiwum Marynarki Wojennej Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Sławek Zagórski | Flotylla Rzeczna | historia | Nankin

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje