Reklama

Zamach w Wilczym Szańcu. Zamachowcy "mają wisieć jak bydło w rzeźni"

Przesluchanie Ericha Hoppnera przed Trybunalem Ludowym /domena publiczna

20 lipca 1944 roku w Wilczym Szańcu pułkownik Claus von Stauffenberg dokonał zamachu na Adolfa Hitlera. Wybuch podłożonej przez niego bomby nie zabił jednak wodza III Rzeszy. Ranny dyktator postanowił, że spiskowcy muszą umierać w męczarniach. Ich egzekucja miała być spektaklem. Uwieczniono ją nawet na taśmie filmowej.

Reklama

W trakcie 12-letnich rządów Hitlera wielokrotnie próbowano dokonać na niego zamachu. Najbliżej uśmiercenia wodza III Rzeszy był szef sztabu Armii Rezerwowej pułkownik Claus von Stauffenberg. Oficer działał z ramienia spiskowców wywodzących się głównie z dowództwa Wehrmachtu.

Reklama

Wojskowi doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że polityka dyktatora prowadzi do nieuchronnej klęski Niemiec. Planowali zatem przejęcie władzy i podpisanie pokoju z zachodnimi aliantami. To z kolei pozwoliłoby na przerzucenie wszystkich sił na front wschodni. Cała intryga nie miała jednak żadnych szans powodzenia bez pozbycia się brunatnego przywódcy.

Hitler o włos od śmierci

Właśnie dlatego w czwartek 20 lipca 1944 roku von Stauffenberg podłożył w baraku, gdzie odbywała się narada wojenna z udziałem Hitlera, bombę. Następnie opuścił pokój i czym prędzej udał się w drogę do Berlina.

Był pewien, że eksplozja materiałów wybuchowych pozostawionych w teczce pod stołem konferencyjnym zabije wszystkich uczestników zgromadzenia. Tak się jednak nie stało. W wybuchu, do którego doszło o 12:42 Hitler został tylko ranny; zdołał nawet opuścić pomieszczenie o własnych siłach.

Jak podkreśla Bartosz T. Wieliński w książce pt. Wojna lekarzy Hitlera wodza III Rzeszy ocaliło to, że von Stauffenberg "włożył do teczki tylko jedną kostkę plastiku, a drugą zostawił u adiutanta". Jednoręki oficer nie zdołał bowiem na czas zamontować drugiego zapalnika. Kolejnym czynnikiem było to, że w momencie wybuchu Hitler:

(...) akurat nachylał się nad rozłożoną na stole mapą, by lepiej dojrzeć rozlokowanie niemieckich jednostek nad jeziorem Pejpus. Masywny dębowy blat zadziałał jak tarcza. Swoją rolę odegrało też mazurskie lato.

20 lipca był ciepłym dniem, w sali narad otworzono więc okna. Fala uderzeniowa rozeszła się przez nie. Gdyby okna były zamknięte, liczba ofiar byłaby znacznie większa. Gdyby zaś bunkier Hitlera skończono na czas i narada odbywała się w jednym z pomieszczeń w jego wnętrzu, zamachu nie przeżyłby nikt, bo energia wybuchu nie miałaby jak ujść na zewnątrz.

_________________________________

Przeczytaj również o tym, że naziści chcieli żywić miliony ludzi drewnem. Eksperymenty na więźniach obozów zakończyły się katastrofą. 

Wielka Historia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje