Reklama

Zabić prezydenta. Brawurowa akcja północnokoreańskich komandosów

Park Chung-hee jako generał armii koreańskiej tuż po przejęciu władzy /Wikimedia

I się wydało

W momencie, kiedy prawda wyszła na jaw, komandosi znajdowali się już tylko 100 metrów od zabudowań. Pierwsze strzały rozległy się, zanim wartownik odłożył słuchawkę. Teren rezydencji przekształcił się w pole regularnej bitwy.

Reklama

Napastnicy rozproszyli się i w małych grupach zaczęli się wycofywać. Stronie południowokoreańskiej udało się schwytać jednego z zamachowców, jednak zaraz po złapaniu popełnił on samobójstwo. Kolejne dni upłynęły na poszukiwaniu reszty niedoszłych zabójców. Z pozostałych 30 żołnierzy jednego udało się aresztować, jeden uciekł do Korei Północnej, a resztę zlikwidowano.

Bilans próby zamachu na Parka Chung-hee był tragiczny. Zginęło 26 ludzi, a 66 zostało rannych. W czasie strzelaniny przez linię ognia przejechał autobus, co spowodowało około dwóch tuzinów ofiar cywilnych. Dodatkowo kiedy usiłowano powstrzymać uciekających do Korei Północnej komandosów, śmierć poniosło 4 amerykańskich żołnierzy pilnujących granicy.

Czytaj też: Polak potrafi! Przez Związek Radziecki i Koreę do wolności

Teoria czy plan?

Komandosem schwytanym przez żołnierzy Republiki Korei okazał się 27-letni podporucznik Kim Shin-jo - bardzo otwarty na współpracę. Jeniec bez większych nacisków opowiedział bardzo szczegółowo o planowanych oraz już przeprowadzonych przez Koreańską Republikę Ludowo-Demokratyczną akcjach sabotażowo-dywersyjnych.

Zdradził również detale operacji, w której brał udział - pokazał miejsce, w którym jego oddział pokonał granicę oraz przekazał treść rozkaz, jaki żołnierze dostali, wyruszając z Pjongjangu. Brzmiał on: "Podciąć gardło prezydentowi Parkowi Chung-hee".

Kim Shin-jo został wypuszczony z aresztu 10 kwietnia 1970 roku. Został obywatelem Korei Południowej. W nowej ojczyźnie założył rodzinę oraz przyjął chrzest. Prezydent Lee Myung-bak powołał go na stanowisko doradcy do spraw praw człowieka. Reżim północnokoreański za zdradę ojczyzny skazał jego najbliższych, którzy zostali w kraju, na śmierć.

Istnieje teoria, według której informacja o zamachu miała być sygnałem do rozpoczęcia II wojny koreańskiej. Po północnej stronie do ataku były rzekomo gotowe oddziały spadochroniarzy i wojsk lądowych. W pierwszej kolejności wspomniane jednostki miały - zgodnie z domniemanym planem - zajmować poczty i rozgłośnie radiowe. Na 22 stycznia 1968 roku przewidywano wybuch powstania komunistycznego na południu oraz pierwsze szturmy na jednostki wojskowe, które pozostałyby wiernie Republice Korei.

Czy faktycznie istniały takie ustalenia? Raczej nie, jednak po przywódcy Korei Północnej można spodziewać się wszystkiego. Tym bardziej że chwilę po ataku komandosów oficjalne media w jego państwie po raz pierwszy podały informację o wybuchu na południu półwyspu "zbrojnej walki partyzanckiej".

Czytaj też: Cudowne dziecko rewolucji, czyli spreparowane dzieciństwo Kim Ir Sena

Ciekawostki Historyczne

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Korea Północna | 1968 | zamachy | komandosi | ciekawostki historyczne

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje