Reklama

"Wy mi dajcie sprawców, a nie akta"

To zdanie nabazgrał czerwoną kredką Eugeniusz Dowkan (Dowgan), Komendant Wojewódzki Milicji Obywatelskiej we Wrocławiu, na otrzymanym pod koniec listopada 1946 roku sprawozdaniu ze śledztwa sprawy "dot. pozostawienia skarbu przez ambasadora v. Moldke". Sprawy tym bardziej intrygującej, że poszukiwania owego skarbu trwały zaledwie... pół godziny. Co więcej, zakończyły się pełnym sukcesem!

Poszukiwanie skarbów to proces długotrwały, mozolny i niezwykle trudny, co gorsza, gwarancja odniesienia spektakularnego sukcesu jest porównywalna do trafienia "szóstki" w Lotto. Tak brzmi wersja realistyczna, choć niektórzy mogą ją uznać za zbyt pesymistyczną.

Reklama

Odnalezienie poszukiwanego skarbu

Dla równowagi więc uzupełnijmy ją wersją optymistyczną. Ona jest bowiem bodźcem, który pobudza rzesze rządnych przygód amatorów fortuny. Każdorazowo gwarantuje niezapomniane emocje, trochę ruchu i jest zajęciem na całe dekady. W tym wypadku sam fakt "pogoni za króliczkiem" jest wystarczająco satysfakcjonujący, bez specjalnego napinania się na efekt, czyli odnalezienie poszukiwanego skarbu.

Jakbyśmy nie spojrzeli, odnalezienie go jest w obu przypadkach co najmniej niezbyt częste, żeby nie powiedzieć rzadkie. Ale i to można zignorować, gdy za skarb uznać łuskę, guzik, starą monetę - wówczas niemal każda akcja zakończy się powodzeniem. I w przypadku hobby o to przecież chodzi. Gorzej, gdy szukamy nazistowskich depozytów, Bursztynowej Komnaty, zaginionych dzieł sztuki, podziemnych fabryk, ukrytych ciężarówek, Św. Gralla czy skarbu Nibelungów. Wówczas jednak chyba lepiej zagrać w totka, niż liczyć na odnalezienie czegokolwiek...

Udokumentowane relacje świadków

W większości przypadków historie ze skarbami w tle, mimo że fascynujące, są opowieściami głównie o przebiegu poszukiwań, podejmowanych tropach, czy też akcjach, które kończą się mniej lub bardziej spektakularnym fiaskiem. Często nawet przedmiot poszukiwań nie jest zdefiniowany i funkcjonuje jedynie w wątłej przestrzeni przekazu źródłowego, najczęściej w relacji wiekowego świadka, czasem na mapie, czy też koniecznie tajemniczym i dodatkowo zaszyfrowanym liście.

Tym razem wystąpią wszystkie powyższe elementy, z tą różnicą, że skarb z całą pewnością został odnaleziony! Z tą historią będziemy mieli okazję zapoznać się niezwykle szczegółowo, co w przypadku opowieści "skarbowych" zdarza się niezwykle rzadko. Dysponujemy bowiem udokumentowanymi relacjami wszystkich świadków, biorących udział w niezwykłym zdarzeniu, jakie miało miejsce 20 X 1946 roku w jednym z dolnośląskich majątków niemieckiego ambasadora Hansa Adolfa von Moltke.

Powód do świętowania

Niedziela 20 X 1946 roku, majątek państwowy Brzózka (obecnie Brzezica), gmina Borów, powiat Strzelin, godzina 16:30. Na kilka minut przed dojazdem do celu umilkły wszelkie rozmowy w wojskowym Studebakerze. Ósemka mężczyzn jechała w milczeniu, skupiając się przed czekającym ich za chwilę zadaniem.

- Panowie pozapinać płaszcze, czapki na głowę, przeładować broń. Powinno wszystko pójść gładko - rzekł najstarszy z oficerów, odruchowo zakrywając wystającą spod szynela cywilną marynarkę. Z szoferki widać było już światła zabudowań. W tym samym czasie zarządca majątku Brzózka Mieczysław Zbiżek rozlewał swoim gościom następną kolejkę. Miał powód do świętowania.

Udało mu się przywrócić energię elektryczną w obiekcie, którym gospodarował od początku roku. Nie było to łatwe w ciężkich czasach, lecz pomogli dobrzy ludzie. Teraz chciał się choć trochę odwdzięczyć. Alkohol miał zawsze, o zagrychę na wsi łatwo. Zaprosił kilku najbliższych przyjaciół. Przyszli piekarz z pobliskiego Borowa Piotr Królik i sołtys zagrody Brzózka Michał Chrobak, po służbie miało też przyjechać dwóch zaprzyjaźnionych milicjantów. Całkiem niespodziewanie zjawił się, kilka minut wcześniej, wójt gminy Borów Stanisław Nowaczek, poszukując sołtysa Brzózki, którego nie zastał wcześniej w domu.

Od żony dowiedział się, że jej mąż przebywa w tamtejszym majątku, gdzie urzędnik natychmiast się udał. Sprawa była dość pilna, gdyż kolejnego dnia potrzebował ludzi do prac budowlanych na terenie szkoły w Borowie. Gdy zajechał na dziedziniec przed pałacem, zauważył to zarządca majątku, który wyszedł mu na spotkanie i serdecznie zaprosił na kielicha. Nowaczek skwapliwie skorzystał z okazji, przyłączając się do biesiadujących. Głośne odgłosy przyjęcia i hałaśliwe rozmowy w domu administratora zwróciły uwagę Fritza Henschla oporządzającego konie w stajni obok.

Smutek i przygnębienie arystokratki

- Kiedyś bywały tu zabawy - zamyślił się Niemiec, niegdyś stangret w posiadłości niemieckiego dyplomaty Hansa Adolfa von Moltke, obecnie, w jego opuszczonym i znacjonalizowanym majątku, furman. Niby funkcja ta sama - tylko czasy i gospodarze inni. W majątku Klein Bresa pracował od ponad 20 lat, pamiętał huczny ślub i wesele właściciela z grafinią Dawidą Yorck von Wartenburg, wykwintne przyjęcia, gdy jego Pan obejmował placówki w Warszawie i Madrycie, czy głośne zabawy ósemki dzieci państwa von Moltke.

Pamiętał też smutek i przygnębienie arystokratki i jej osieroconych pociech, gdy w marcu 1943 roku ambasador niespodziewanie zmarł w Hiszpanii na zapalenie wyrostka robaczkowego. Tak przynajmniej brzmiała wersja oficjalna, wiele mówiło się jednak na temat otrucia dyplomaty, gdyż jak wielu pruskich arystokratów nie był on ani zwolennikiem Hitlera, ani narodowego socjalizmu. Hans Adolf mimo to w 1937 roku został członkiem NSDAP, jedynie po to, by nie blokować rozwoju własnej kariery w Ausenwärtige Amst przy Wilhelmstrasse w Berlinie.

Nikt wówczas nie chciał narażać się reżimowi, tym bardziej mu się przeciwstawiać. Nieśmiało i niezbyt skutecznie czynili to członkowie najbliższej rodziny ambasadorostwa. Bratem Dawidy grafini Yorck von Wartenburg był Peter Yorck von Wartenburg, zaś kuzynem Hansa Adolfa sam James Helmuth von Moltke, a więc inicjatorzy, pomysłodawcy i przywódcy konspiracyjnego Kręgu z Krzyżowej. Drogo przypłacili nieudaną próbę spisku przeciwko wodzowi III Rzeszy. Nie tylko zresztą oni...

Ukryta dokumentacja ambasadora

Fritz Henschel był jednak prostym człowiekiem, chciał żyć spokojnie i wielka polityka go nie interesowała. Wiedział jednak, że pokrewieństwo państwa von Moltke ze spiskowcami z Krzyżowej nie przyniesie nic dobrego. Gdy rozmyślał tak o starych czasach, zauważył snop świateł zbliżającej się do majątku ciężarówki. Z zaciekawianiem obserwował, jak zajeżdża na dziedziniec. O dziwo, wyglądający na wojskowych lub milicjantów osobnicy, po wyjściu z pojazdu nie skierowali się do pałacu, lecz udali się od razu w stronę budynku zarządcy.

Po chwili naprzeciwko nim wyszły dwie postacie, których Niemiec w ciemnościach nie mógł rozpoznać. Przybycie niespodziewanych gości wzbudziło również zainteresowanie świętujących Polaków. Na spotkanie im wyszli zarządca i wójt Borowa. - Co panów do nas sprowadza? - zapytał mocno już podpity Zbiżek. Przed nim stało pięciu wojskowych: dwóch poruczników, kapral i dwóch szeregowych, za nimi jeszcze trzech cywili.

- Chcielibyśmy rozmawiać z właścicielem majątku - odrzekł jeden z oficerów. - Majątek ten jest pod zarządem państwowym i znajduje się pod moją opieką - odrzekł zarządca. - W takim razie poprosimy pana na bok w sprawie służbowej. Chcielibyśmy zejść do piwnicy znajdującej się pod budynkiem administratora majątku - odpowiedział oficer, po czym dodał: - mamy rozkaz odzyskania ukrytej tam dokumentacji ambasadora von Moltke. Brzmiało to wystarczająco wiarygodnie. Ostatecznie oddział Wojska Polskiego mógł w tamtym czasie takie działania realizować. Dlaczego tylko u licha w niedzielę po południu?

Furman, niegdyś stangret ambasadora

Administrator zaprowadził wojskowych do interesującego ich pomieszczenia. Gdy weszli do środka, jeden z towarzyszących wojskowym cywili wyciągnął złożoną kartkę, rozłożył, spojrzał na rozrysowany na niej plan, po czym stwierdził, że wszystko się zgadza, wskazując porucznikowi coś na schemacie. - Dobrze obywatelu zarządco, potrzebujemy dwóch ludzi do pomocy przy kopaniu dołu, najlepiej z łopatą i kilofem. Administrator wyszedł na klatkę schodową i zawołał pracujących przy obejściu autochtonów.

- Fritz! Richard! Chodźcie tu! Weźcie ze sobą szpadle! Po chwili zjawiło się dwóch mężczyzn w wieku około 50 lat, a następnie wszyscy zgromadzeni zeszli do piwnicy. Tam obaj Niemcy, wraz z szeregowcami, wzięli się do odkopywania części klepiska wskazanego wcześniej przez cywila nazywanego przez wojskowych "inżynierem". Ten jednak po chwili, widząc, że praca nie przynosi efektów, kazał ją przerwać. Sięgnął ponownie do kieszeni po plan. Spojrzał na niego, po czym szepnął coś do ucha porucznikowi. Oficer zwrócił się do zarządcy:

- Czy pracuje u was niejaki Fritz Henschel? - spytał. - Tak, jest w stajni - odpowiedział nieco zdziwiony znajomością przez obcych personaliów swojego pracownika. - Obywatelu, zawołajcie go - poprosił porucznik. Mieczysław Zbiżek oddalił się w kierunku pobliskiej stajni, bacznie obserwowany przez stojącego na zewnątrz kaprala. - Fritz, chodź ze mną do piwnicy, wojsko ciebie szuka. Furman, niegdyś stangret ambasadora, przestraszył się, zwłaszcza gdy usłyszał, że ma zejść do piwnicy budynku zarządcy. Zaczął się domyślać, o co może chodzić.

Zawiniątka opakowane w szary papier

Gdy tam doszli, "inżynier" zwrócił się do niego perfekcyjną niemczyzną: - Dwa tygodnie temu rozmawiałem z Dawidą von Moltke. Przekazała mi, że wiesz, gdzie zakopana jest skrzynia, którą kazała ci ukryć dwa lata temu. Fritz pobladł, o fakcie tym wiedziało niewiele osób! Próbował zaprzeczyć. Widząc jednak w dłoni cywila odbezpieczony rewolwer i słysząc nie znoszący sprzeciwu ton swojego rozmówcy, zrozumiał, że nie ma wyjścia. Poza tym był przekonany, że ma do czynienia z przedstawicielem władzy, instynktownie więc nie widział sensu dalszego skrywania tajemnicy.

- Skrzynię zakopałem dokładnie tutaj - rzekł, wskazując palcem przeciwległy róg piwnicy. "Inżynier" skinął dłonią, ponownie szepcząc coś porucznikowi do ucha. Wyposażeni w łopaty i kilofy Niemcy zaczęli kopać we wskazanym miejscu. Po krótkiej chwili i odgarnięciu cienkiej warstwy klepiska ukazało się wieko drewnianej skrzyni. Po oczyszczeniu jej krawędzi próbowali ją podźwignąć i wydobyć, lecz mimo starań okazała się za ciężka. Wojskowy nakazał więc otworzyć ją, a zawartość wyciągać pojedynczo. W jej wnętrzu znajdowało się kilkadziesiąt mniejszych pakunków - dwa lub trzy sporej wielkości pudła drewniane i reszta w postaci zawiniątek opakowanych w szary papier. Całość z pomocą niemieckich pracowników natychmiast została załadowana na ciężarówkę, która podjechała w międzyczasie tyłem pod same drzwi budynku administratora. Po wszystkim tajemniczy przybysze, nie żegnając się, wsiedli bez słowa do pojazdu i odjechali pod osłoną ciemności w nieznanym kierunku...

"Takie wojsko jak ze mnie dziewica"

- Fritz! Dlaczego nic wcześniej nie mówiłeś, że wiesz o tym skarbie?! - spytał z wyrzutem zarządca. Henschel poczuł na sobie przeszywający wzrok zgromadzonych mężczyzn. - Zostałem zobowiązany do zachowania tajemnicy - odrzekł spokojnie. - Skrzynia nie należała do mnie, więc uznałem, że mam o całej sprawie zapomnieć. O to mnie też prosiła pani von Moltke - dodał. - Oj głupiś ty Fritz, obcym ją oddałeś bez zająknięcia, a nam poskąpiłeś. Odpowiesz za to...

Nim administrator majątku zdążył dokończyć zdanie, zauważył wyłaniające się z ciemności postacie. Do majątku zbliżali się dwaj wcześniej zaproszeni na przyjęcie milicjanci z Borowa - Michał Bogacz i Piotr Bartko. - Dobrze, że jesteście, ale się spóźniliście - przywitał ich wójt. - Wiemy, ale nie mogliśmy się wcześniej wyrwać. Co to za smutne miny, wódka się skończyła czy ktoś umarł? - spytali ze swadą funkcjonariusze. Jednak i im miny zaczęły rzednąć, w miarę wysłuchiwania relacji o tym, co się wydarzyło pół godziny wcześniej. - Było to takie wojsko jak ze mnie dziewica! - krzyknął oburzony posterunkowy Bogacz.

- Daliście się zwyczajnie obrabować i tyle! - dodał, po czym wydał swojemu koledze dyspozycje: - Piotr, dowiedz się jak najwięcej, przyciśnij też tego szkopa, ja pędzę na komendę zawiadomić centralę i zorganizować pościg. Na szczęście dużo czasu nie minęło! Odwrócił się i pobiegł co tchu z powrotem do Borowa. Gdy dotarł na posterunek, natychmiast zatelefonował do dyżurnego Komendy Powiatowej w Strzelinie z meldunkiem na temat wydarzeń w Brzózce i prośbą o wsparcie. Wysłał też z miejscowej poczty, do której ściągnął pracownicę, telefonogram z informacją, że: "w miejscowości Borów zostały zabrane przez nieznanych wojskowych skarby o wartości milionowej".

Pościg nie miał sensu

Organizuje również, a raczej improwizuje, pościg za ciężarówką. Choć to za dużo powiedziane. Jeden z miejscowych milicjantów wsiada na... rower i jedzie do pobliskiego Piotrkowa, gdzie rozpytuje mieszkańców o przejeżdżający przez wieś samochód wojskowy. W związku z tym, że nikt żadnego pojazdu nie widział, wraca z powrotem do Borowa.

W tym samym czasie drugi z milicjantów decyduje się, po wysłuchaniu szczegółowych relacji biorących w zdarzeniu osób, na zatrzymanie i doprowadzenie do aresztu w Borowie Fritza Henschla. Mijają kolejne cenne minuty, później już godziny i nadal nic się nie dzieje. Zniecierpliwiony brakiem reakcji Strzelina posterunkowy Bogacz po raz kolejny wysyła telefonogram i dzwoni ponownie ok. 21:00 do tamtejszej komendy. Po drugiej stronie słuchawki zgłasza się tym razem Grzegorz Pauczuk, który przejął dyżur przed godziną. Nic nie jest mu wiadome o wcześniejszych zgłoszeniach.

Stara się przekazać meldunek swoim przełożonym, lecz jest niedziela wieczór i żadnego z nich nie ma w pracy. Decyduje się opuścić posterunek i odnaleźć ich w miejscu zamieszkania. Niestety, dowódcy plutonu operacyjnego nie zastaje w domu. Udaje mu się jednak skontaktować z z-cą Komendanta Powiatowego MO plutonowym Zarembą. To jednak na niewiele się zdaje, gdyż dowiaduje się, że jedyny dyżurujący tego dnia samochód został zabrany przez... strzelińskich funkcjonariuszy Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Zważywszy, że ciężarówka po 3 godzinach od wyjazdu z majątku Brzózka mogła być już dosłownie wszędzie, w promieniu co najmniej 100 km, jakikolwiek pościg, w dodatku w nieznanym kierunku, nie miał już sensu...

Skrzynia, w której przywieziono trumnę

Następnego dnia w całej okolicy aż huczy o aferze ze skarbem. Powiadomiony o incydencie przez wójta Borowa wicestarosta strzeliński Władysław Łazarz zjawia się na tamtejszym posterunku z samego rana. W towarzystwie miejscowych milicjantów osobiście udaje się do majątku Brzózka. Ogląda w piwnicy wykopany dół i pustą skrzynię, rozmawia ze wszystkimi uczestnikami zdarzenia. Po powrocie do swojego urzędu zgłasza sprawę do Prokuratury Sądu Okręgowego w Brzegu, z prośbą o natychmiastowe wszczęcie dochodzenia.

Następnego dnia zgłoszenie wpływa do Wydziału Kryminalnej Służby Śledczej Wojewódzkiej Komendy MO we Wrocławiu, a także do bezpośredniej realizacji przez referat Śledczy Powiatowej Komendy MO w Strzelinie. Rozpoczęły się intensywne przesłuchania wszystkich uczestników feralnego zdarzenia, zaś główny cień podejrzenia spadł na Fritza Henschla, który wskazał nieznanym sprawcom miejsce zakopania skarbu.

Dzięki zapisowi jego obszernych wyjaśnień mamy okazję dowiedzieć się więcej szczegółów odnośnie przebiegu wydarzeń, jak również okoliczności ukrycia samego skarbu: "Wyjaśniam, że pracuję w majątku Brzózka, który poprzednio należał do niemieckiego ambasadora von Moltke, który był ambasadorem naprzód w Warszawie, a później w Madrycie, gdzie zmarł. U ambasadora Moltkego pracowałem jako woźnica, a później w ogrodzie. Przed dwoma laty, gdy się zbliżał front rosyjski, na rozkaz pani von Moltke i jej córki wykopałem w piwnicy, gdzie były składowane owoce, w jednym kącie jamę głębokości 1 m i w tej jamie umieściłem jedną drewnianą skrzynię wybitą od wewnątrz blachą. Skrzynia ta była długości 2 m, szerokości i wysokości po 90 cm. Nadmieniam, że w skrzyni tej znajdowała się poprzednio trumna, w której zostały przywiezione zwłoki ambasadora von Moltke z Madrytu, co następnie zostało w tej skrzyni umieszczone nie wiem, ponieważ przy tym nie byłem obecny" - zeznawał 24 X 1946 roku.

"Był to rabunek złota"

Do samego końca oficjalnego dochodzenia pozostawał jedynym podejrzanym o współpracę ze sprawcami rabunku skarbu. Oto jak tłumaczył swoje postępowanie feralnego dnia: "Ja odniosłem wrażenie, że to była milicja i poczuwałem się do obowiązku powiedzieć, gdzie była zakopana ta skrzynia. Nie przypuszczałem nic złego, tym bardziej, że zostałem do tej czynności przywołany przez administratora majątku. Dopiero po odjechaniu administrator Mietek robił mi wyrzuty dlaczego ja mu o tym nie powiedziałem. Oświadczyłem mu, że do tego nie przywiązywałem żadnej wagi, ponieważ skrzynia ta została zakopana jeszcze przed dwoma laty i o tym nigdy nie myślałem".

W świetle zeznań wszystkich osób biorących udział w zdarzeniu trudno określić, co dokładnie znajdowało się w skrzyni. Fritz Henschel prawdopodobnie tego nie wiedział, bądź do końca nie chciał zdradzić. Spójrzmy zatem, jak kwestia ta wygląda w relacjach pozostałych świadków (pisownia oryginalna). Najwięcej szczegółów na ten temat zapamiętał wójt Borowa:

"Paczki te były dwie skrzynki drewniane, a reszta paczek w opakowaniu papierowym, ja biorąc jedną z paczek pękł sznurek i rozsypała się, a ja zobaczyłem, że było tam złoto w postaci sztabek. W czasie wynoszenia paczek oficerowie wyszli z piwnicy i obserwowali wszystkich, a paczki te wynosili żołnierze i my. I w chwili wynoszenia ja zorientowałem się, że nie były to akta, lecz był to rabunek złota".

Tę samą sytuację obserwował z boku piekarz: "Po odkryciu kazali Niemcom wynosić paczki ze skrzyni i ładować na auto, a ja, wójt i administrator przyglądaliśmy się, lecz z nas nikt nie wynosił nic, tylko wójt podniósł jedną paczkę za sznurek i sznurek pękł paczka się rozproszyła i ja zobaczyłem jak porucznik odchylił, lecz ja nic nie widziałem w niej. Po załadowaniu odjechali, a ja przyszedłem do domu administratora".

Ramy od obrazów i lichtarze

Z kolei zarządca majątku zeznał: "W ten czas żołnierze oraz wezwani Niemcy zaczęli kopać i odkopali skrzynie, z których wydobyto kilkanaście paczek, co w paczkach było tego nie wiem lecz widzieliśmy w jednej z paczek coś błyszczącego. Wydobyte paczki załadowane zostały na auto i osobnicy odjechali". Jeden z miejscowych Niemców Richard Lafeld zauważył jeszcze więcej:

"Paczki wynosiłem wraz z ludźmi, którzy byli obecni w piwnicy, prócz zarządcy majątku i wójta. Ciężar paczek wynosił około czterdziestu funtów, ogólna ilość paczek była około 30 sztuk. Prócz paczek wynosiliśmy w kocu zawiązane ramy od obrazów i lichtarze". Najdalej jednak, co symptomatyczne, posunął się w swej interpretacji wicestarosta strzeliński, który co prawda nie brał udziału w zdarzeniu, lecz wysłuchał osobiście relacji wszystkich świadków. W zgłoszeniu sprawy do prokuratury w Brzegu pisał: "Całe wnętrze tej skrzyni t.j. sztaby złota, złote, srebrne i platynowe nakrycia zostały załadowane do samochodu (...)".

Pozostaje mieć nadzieję, że wzmocnił ów opis, by przyspieszyć rozpoczęcie dochodzenia. Abstrahując od wszystkiego, niewiele ze skarbu świadkowie widzieli, jednak we wtórnych przekazach zawartość skrzyni ulega znacznemu wyolbrzymieniu. To zapewne mechanizm charakterystyczny i dla innych tego typu historii.

Po co przyjechali "żołnierze"?

Świadkowie byli zgodni co do celu wizyty, jaki przedstawili wojskowi. Mimo różnych wersji chodziło im o odzyskanie akt, czy też dokumentacji należącej do ambasadora Hansa Adolfa von Moltke. Według własnej interpretacji poszczególnych uczestników zdarzeń oraz prowadzących sprawę funkcjonariuszy, miały to być materiały z czasów piastowania urzędu na placówkach w Warszawie czy Madrycie. Mogły też dotyczyć działalności konspiracyjnej Kręgu z Krzyżowej.

Zresztą, co mogła skrzynia w rzeczywistości zawierać, pozostaje nadal kwestią otwartą. Z pewnością możemy jednak przyjąć, iż faktycznie były tam również i sztaby złota. Sugeruje to spora waga niewielkich zawiniątek, o czym dość wyraźnie wspominali świadkowie. Niezaprzeczalnym faktem jest, że kimkolwiek by nie byli sprawcy, z pewnością mieli kontakt z Dawidą von Moltke. Od niej bowiem posiadali informacje na temat miejsca zakopania skrzyni i osoby, która w tym pomagała późnym latem, bądź jesienią 1944 roku.

Grafini opuścić miała swój majątek zaledwie 7 tygodni wcześniej od opisywanych wydarzeń. Niestety, nie znamy okoliczności tego zdarzenia, z pewnością jednak nie miała możliwości zabrania ze sobą wszystkiego. Akta z przeprowadzonego śledztwa przynajmniej takiej informacji nie zawierają. Zapoznając się z materiałami tej sprawy, odnosi się wrażenie, że dochodzenie nie zostało przeprowadzone dostatecznie wnikliwie.

Cenne dla wywiadu czy kontrwywiadu informacje

Analiza relacji świadków wydaje się niedbała, podjęte zaś czynności trudno określić jako kompleksowe. Śledczy nie wyjaśniają licznych nieścisłości i nie drążą tematu wystarczająco intensywnie. Nasuwa się wobec tego pewien wniosek. Akta sprawy obejmują okres zaledwie półtora miesiąca od momentu, kiedy zdarzenie miało miejsce, do czasu sformułowania sprawozdań ze śledztwa przekazanych do Komendanta Wojewódzkiego Milicji Obywatelskiej we Wrocławiu. W zasadzie poza ustaleniem przebiegu wydarzeń śledczym niewiele się udało.

Nawet na krok nie zbliżono się do tropu mogącego naprowadzić na sprawców, co wyraźnie poirytowało Eugeniusza Dowgana. Być może istnieje dokumentacja z dalszą częścią tego śledztwa, choć mimo poszukiwań w Instytucie Pamięci Narodowej na takową nie udało się natrafić. Jest też możliwość, zresztą całkiem prawdopodobna, że sprawę przejął Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, bądź też ze względu na potencjalny udział w sprawie wojskowych, któryś z oddziałów Głównego Zarządu Informacji.

Za tą hipotezą przemawia również potencjalna wartość akt z wykopanej skrzyni, mogącej zawierać cenne dla wywiadu czy kontrwywiadu informacje pochodzące z czasów urzędowania Hansa Adolfa von Moltkego jako ambasadora w Warszawie. Jest to bowiem odrębny i niezwykle ciekawy wątek tej historii, który być może podejmiemy w najbliższym czasie. Tak czy inaczej, ciąg dalszy z pewnością nastąpi.

Piotr Maszkowski

Śród tytuły pochodzą od redakcji portalu INTERIA.PL

Odkrywca

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: historia | milicja obywatelska | skarby | sprawcy | akta | II wojna światowa | Polska | skarb | ziemie | Niemcy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje