Trzy dekady skrywał swoją twarz. Od 300 lat nie wiedzą, kim był

Kim był człowiek w żelaznej masce? Od 300 lat trudno jest to wyjaśnić /East News

Ukrywając swoją twarz, spędził w odosobnieniu trzy dekady. Od ponad 300 lat badacze spierają się o to, kim był. Wiadomo tylko, że jego tożsamość stanowiła jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic francuskiego dworu. Dlaczego? Świat Wiedzy Historia przeprowadził własne śledztwo..

Reklama

Dziewiętnastego kwietnia 1687 roku ulicami Grasse, małego miasteczka na południu Francji, przechadzał się miejscowy ksiądz. Ku swemu zdziwieniu dostrzegł, że na spokojnym zazwyczaj placyku z fontannami panuje wielkie poruszenie. Przyczyną zamieszania okazał się więzień otoczony niebywałą, bo aż 50-osobową eskortą, transportującą go na wyspę św. Małgorzaty.

Więzień ten budził niezwykłe zainteresowanie - jego twarz zasłonięta była maską. Zaciekawiony duchowny, poszukując informacji o tożsamości skazańca, zwrócił się do nielegalnej prasy - i sprowokował lawinę publikacji na temat człowieka w żelaznej masce. Mężczyzna, o którym świat miał zapomnieć, stał się jedną z najczęściej dyskutowanych postaci Francji czasów Ludwika XIV.

Zbyt niewygodny by żyć. Zbyt cenny, by zginąć

Aż 34 lata miał łącznie spędzić w trzech różnych więzieniach: w Pignerol, na wyspie św. Małgorzaty oraz w paryskiej Bastylii. Pozostały po nim jedynie strzępki informacji. Co więcej, znaczna ich część jest fałszywa - miały za zadanie wprowadzić ciekawskich w błąd. W źródłach historycznych roi się od sprzeczności i niezgodności. Według jednej z wersji nosił maskę z czarnego aksamitu, a nie z żelaza. Jak było naprawdę? Nie wiadomo. Pewne jest tylko, że zabroniono mu kontaktować się z kimkolwiek. Trzymano go w celach o grubych murach i kilku parach drzwi - by nikt go nie usłyszał. Przed wizytą lekarza czy spowiednika zakładał na twarz osłonę.

Jedną z niewielu osób, które znały jego prawdziwe personalia, był Bénigne d’Auvergne de  Saint-Mars. Przez ponad trzy dekady osobiście zajmował się więźniem i dbał, aby tajemnica nie wyszła na jaw. To właśnie lakoniczna korespondencja tego strażnika z ministrem wojny, markizem Françoisem de Louvois, który odpowiadał za skazańca przed królem, stanowi dziś dla naukowców główne źródło informacji. Dlaczego nie można go było po prostu zabić? I czemu jego tożsamość trzymano w sekrecie? Lista "kandydatów" na człowieka w żelaznej masce jest długa. Spróbujmy przyjrzeć się najczęściej powtarzanym i najbardziej prawdopodobnym hipotezom.

Zły brat bliźniak

Reklama

Legenda tajemniczego więźnia stała się popularna dzięki trylogii Aleksandra Dumasa o przygodach muszkieterów. W trzeciej części, zatytułowanej Wicehrabia de Bragelonne, bohaterowie próbują uwolnić zamaskowanego skazańca, bliźniaka Ludwika XIV. To tłumaczyłoby, dlaczego nikt nie mógł ujrzeć jego twarzy...

Czyżby naszym "podejrzanym" był brat Króla Słońce, będący głównym konkurentem do tronu? Tezę tę forsował m.in. słynny filozof Wolter, choć jednak w nieco zmienionej wersji. Według niego człowiek w żelaznej masce był żywą konsekwencją romansu francuskiej monarchini Anny Austriaczki (matki Ludwika XIV) z kardynałem Julesem Mazarinem. Ale czy przyrodnie rodzeństwo z nieprawego łoża było aż takim zagrożeniem dla władcy? Cóż, do dziś wiele osób powątpiewa w prawowitość pochodzenia samego monarchy. Jego ojciec, Ludwik XIII, nie krył się z awersją do kobiet (najprawdopodobniej był homoseksualistą), a narodziny królewicza w roku 1638 uznano za cud.

W takiej sytuacji półbrat faktycznie mógłby upomnieć się o swoje prawa do korony - a to uzasadniałoby tak skrzętne ukrywanie jego tożsamości. Teorię Woltera podważa jednak większość historyków - znaczna część przesłanek wskazuje bowiem na innych kandydatów. Ponadto, jeśli Ludwik XIV rzeczywiście stanowił owoc niewierności królowej, zamaskowanym więźniem mógł być każdy, kto znał prawdę na ten temat (w tym niezidentyfikowany ojciec Króla Słońce). A zatem, skoro nie odtrącony brat, to kto?

Najbogatszy człowiek Francji

Kluczem do rozwiązania tej zagadki może być próba zrozumienia zawiłych stosunków panujących na dworze Burbonów. W XVII-wiecznej Francji król stanowił centrum pajęczej sieci zależności. O zbliżenie się do niego - i w ten sposób zdobycie wpływów - walczyło kilkaset osób. Co więcej, monarcha, choć teoretycznie sprawował władzę absolutną, w praktyce obarczał rządzeniem swoich przedstawicieli. A ci skrzętnie to wykorzystywali.

Epokę manipulacji, spisków i grabieży zapoczątkował kardynał Armand Jean Richelieu, pierwszy minister Ludwika XIII. Proceder kontynuowali kolejni urzędnicy - w bardziej lub mniej udany sposób. Wśród tych, którzy doskonale radzili sobie z okradaniem państwowej kasy, był nadintendent finansów Króla Słońce, Nicolas Fouquet. Na swoich malwersacjach zbił fortunę. Jednak i jemu w końcu powinęła się noga. Gdy deficyt w skarbcu wyszedł na jaw, władca stracił zaufanie do obnoszącego się z bogactwem ministra.

W 1665 roku Fouquet trafił do twierdzy w Pignerol. Czy to jego zmuszono do ukrywania oblicza za żelazną maską? Skazaniec zmarł nagle w 1680 roku, na krótko przed prawdopodobnym uwolnieniem (już od jakiegoś czasu sugerowano mu, że niebawem opuści więzienie i traktowano go łagodniej). Część badaczy uważa jednak, że śmierć została sfingowana. W jakim celu? Mistyfikację mieli zlecić wpływowi politycy, którzy bali się, że oszust rzeczywiście wyjdzie na wolność - i zagrozi im posiadanymi informacjami.

Na potwierdzenie tej tezy przywołuje się słowa dozorcy Bénigne’a de Saint-Marsa, który oświadczył, że jego "podopieczny" spędził kilka lat w  Pignerol, po czym wiele osób uznało go za zmarłego, podczas gdy w rzeczywistości wciąż żył w ukryciu - oczywiście  zamaskowany. Większość historyków sądzi jednak, że Fouquet rzeczywiście wyzionął ducha w swojej celi w 1680 roku, ale nie z przyczyn naturalnych. Kto mu w tym "dopomógł"? Podejrzenie pada na lokaja, który towarzyszył byłemu nadintendentowi w Pignerol (według niektórych źródeł - sam odsiadywał tam wyrok). Co więcej, to właśnie tego tajemniczego sługę wskazuje się jako kolejnego kandydata na człowieka w żelaznej masce.



Zawodowy morderca

Kim był domniemany służący nadintendenta? W 1903 roku pewien szkocki badacz wskazał na Eustachego Daugera (lub Dangera) alias Szczepana Martina. To niezwykle tajemnicza postać. Pochodził z niższych sfer, lecz zdołał utorować sobie drogę na salony. Był zawodowym trucicielem oraz szpiegiem, który zatrudniał się jako lokaj. Świadczył swe usługi zwalczającym się frakcjom: Francuzom, angielskiemu władcy Karolowi II (wrogowi Ludwika XIV) i hugenotom, chcącym wzniecić we Francji powstanie.

Zabójstwo Fouqueta miał mu zlecić minister wojny François de Louvois - jedyny pośrednik między Saint-Marsem (strażnikiem człowieka w żelaznej masce) a monarchą. Wiedza, którą posiadał podstępny kamerdyner, była niebezpieczna dla wysoko postawionych ludzi, dlatego - według jednej z hipotez - Louvois kazał go aresztować.

W 1669 roku trafił za kratki w Pignerol, pod straż Saint-Marsa. Wprawdzie w zachowanych źródłach brakuje wzmianek o ukrywaniu twarzy skazańca, ale znajdziemy w nich zapis o kategorycznym zakazie rozmów z osadzonym (pod groźbą kary śmierci) - przynajmniej ta część legendy byłaby prawdziwa. Czy zatem znamy już tożsamość człowieka w żelaznej masce? Niekoniecznie. Z listu Louvoisa do  Saint-Marsa wynika bowiem, iż Dauger popełnił samobójstwo w czerwcu 1680 roku (być może wcześniej otruł również Fouqueta). A wiadomo przecież, że najbardziej tajemniczy więzień w dziejach zmarł dopiero w 1703 roku. Kim w takim razie był?



Bohater w żelaznej masce

Wielu historyków kieruje podejrzenia w inną - dość zaskakującą -  stronę. Chyba każdy słyszał o odważnym kapitanie królewskich muszkieterów, d’Artagnanie (jego pomnik obok). Podczas oblężenia twierdzy Maastricht w 1673 roku wraz ze swoimi żołnierzami podjął się szaleńczego szturmu - na rozkaz niecierpliwego króla, który nie mógł się doczekać upadku warowni - i zginął w boju. A przynajmniej taka jest oficjalna wersja...

Historyk Roger Macdonald twierdzi, iż d’Artagnan został jedynie ranny. Potajemnie zabrano go z pola bitwy i pod opieką lekarza wysłano do... Pignerol. Dowód? Przebywający pod Maastricht Louvois wezwał do siebie Saint-Marsa, by "zapobiec kryzysowi". A przecież strażnik nigdy nie opuszczał więzienia (w końcu pilnował tam najważniejszych osadzonych: Fouqeta i Daugera), poza tym miał do pokonania około tysiąca kilometrów - nie była to więc błaha wyprawa.

W korespondencji ministra i dozorcy znajdziemy też restrykcje dla skazańca: nikt nie mógł zobaczyć jego twarzy ani z nim rozmawiać. Na tej podstawie Macdonald wysnuł przypuszczenie, że człowiekiem w żelaznej masce był właśnie słynny kapitan muszkieterów. Ale dlaczego był tak ważny? Ludwik XIV stracił zaufanie do d’Artagnana po tym, jak ten nieudolnie zrealizował rozkaz aresztowania Nicolasa Fouqueta. Na urzędnika zastawiano pułapkę. Król zaprosił go na audiencję, po której gwardzista miał go pojmać - z dala od świadków.

Ostatecznie do zatrzymania doszło dopiero na zatłoczonych ulicach Paryża. Władca miał więc powody do niezadowolenia. A kto raz wypadł z jego łask, nigdy już nie mógł liczyć na przychylność. Na domiar złego d’Artagnan w procesie Fouqueta opowiedział się po stronie oskarżonego. Tego Ludwikowi XIV było za wiele. Aby pozbyć się niewygodnego muszkietera (który na dodatek sporo wiedział na temat dworskich intryg), Król Słońce mógł wydać na niego wyrok. Oficjalne aresztowanie i proces nie wchodziły jednak w grę. Samobójcza szarża pod Maastricht była natomiast wygodnym pretekstem... Czy tak było naprawdę?



Kim był francuski więzień numer jeden?

Fouquet, Dauger czy d’Artagnan? Który z nich spędził życie w niewoli, skrywając twarz za żelazną maską? A  może był to jeszcze ktoś inny? Choć jedna z  najbardziej niezwykłych zagadek historii nowożytnej pozostaje nierozwiązana, to hipoteza brytyjskiego historyka Rogera Macdonalda wydaje się najbardziej przekonująca. Eustachy Dauger mógł posiadać wiedzę obciążającą wielu arystokratów na dworze Ludwika XIV oraz króla Anglii Karola II, jednak nie ma żadnego logicznego wytłumaczenia, dla którego miałby ukrywać swoje oblicze.

W przypadku Nicolasa Fouqueta przeszkodą był wiek. Nawet jeżeli faktycznie sfingowano śmierć ministra, to w roku 1703 (kiedy zmarł człowiek w żelaznej masce), miałby niemal 90 lat. W tamtych czasach dożycie tak sędziwego wieku byłoby nie lada osiągnięciem, zwłaszcza za  kratami. Ponadto jego rodzina nigdy nie zakwestionowała oficjalnej daty zgonu. Z kolei d’Artagnan był najsłynniejszym muszkieterem Ludwika XIV, osobą powszechnie znaną i szanowaną. Jego aresztowanie wzbudziłoby społeczne niezadowolenie, stąd decyzja o utrzymaniu tożsamości skazańca w tajemnicy byłaby w pełni zrozumiała.

Dlaczego jednak po prostu go nie zgładzono? Być może król nie chciał z zimną krwią zamordować swojego gwardzisty. Zresztą Saint-Mars mógłby odmówić wykonania takiego wyroku - w końcu sam kiedyś służył w oddziale bohaterskiego kapitana. Po latach, na prośbę księdza, by wyjawił jakąkolwiek informację o więźniu, miał odpowiedzieć: - Nie wszyscy, których uważamy za martwych, są naprawdę martwi...

Łukasz Kaczmarczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje