Reklama

Tak Ziemianie budowali latający spodek

Zimna wojna to czas, w którym wszystkie kraje świata czekały z zapartym tchem, aby zobaczyć, co wyniknie z wielkich zawodów zbrojeniowych pomiędzy USA a Związkiem Radzieckim. Wyścig zbrojeń przynosił niekiedy absurdalne rozwiązania, które później nie znalazły naśladowców. Jednym z nich był... latający spodek.

Przez lata, od zakończenia II wojny światowej do upadku muru berlińskiego, toczył się wielki wyścig o dominację nad światem. Wydawano ogromne kwoty na zbrojenia i działalność szpiegowską.

Reklama

Większość działań agentów, zwłaszcza w początkowym okresie, opierała się na zbieraniu plotek czy podsłuchiwaniu rozmów na oficjalnych spotkaniach, stąd też czasem pojawiały się opowieści o niesamowitej broni, jaką miał jakoby posiadać przeciwnik. I tu też było pole do popisu dla wynalazców i poważnych naukowców, którzy prowadzili nie do końca poważne badania.

Zielone ludki

Przed wynalezieniem skutecznych rakiet balistycznych zagłada atomowa nie zaprzątała głów mieszkańcom Stanów Zjednoczonych. Faktycznie, Rosjanie aż do połowy lat 50. XX wieku nie byli w stanie zagrozić Ameryce Północnej atakiem jądrowym.

W latach 50. na topie, oprócz rock’n’rolla, byli kosmici. Zielone ludki zawładnęły umysłami zwykłych ludzi  od czasu wypadku w okolicach małego miasta Rosewell. Oficjalnie rozbił się tam prototyp nowego samolotu sił powietrznych USA, jednak wiele osób wierzyło i nadal wierzy, że wciąż można tam znaleźć wrak kosmicznego statku.

Histeria dotycząca zielonych ludków czy Marsjan była ogromna - pojawiały się na stronach komiksów, grały czarne charaktery w filmach i w serialach telewizyjnych. Psychoza z nimi związana doszła do takiego stopnia, że siły amerykańskie powietrzne zaczęły brać ją na poważnie.

W pewnym momencie wśród generalicji pojawiła się sugestia, że latające spodki mogą posiadać nie tylko kosmici, ale także... Rosjanie. A co będzie, zastanawiano się,  jeśli oni naprawdę mają taki spodek? Może dobrze by było, żeby i Amerykanie taki mieli? - rozumowano.

Latający spodek

Choć pierwsze próby z latającym spodkiem były już podejmowane i w III Rzeszy, i w USA podczas II wojny światowej (Vought-Zimmerman V-173 oblatany przez słynnego Charlesa Lindbergha i Vought XF5U-1 Skimmer - oba projekty szybko zostały zamknięte), to amerykańskie lotnictwo na poważnie zainteresowało się spodkami dopiero w obliczu nacisków opinii publicznej, która wywierała presję w tej sprawie na senatorów.

Powstał wówczas "Projekt sił powietrznych numer 1794", który został opisany w oficjalnym dokumencie z 1956 roku i był próbą stworzenia statku latającego pionowego startu i lądowania, podobnego do latającego spodka. W przeciwieństwie do poprzednich prób z latającymi spodkami ta konstrukcja miała mieć napęd odrzutowy.

Lotnictwo Stanów Zjednoczonych zgłosiło się do kanadyjskiej filii brytyjskiej firmy Avro, aby wybudowała prototyp takiego statku powietrznego. W tym czasie do prac nad projektem włączyły się wojska lądowe, widząc w tym szanse utrzymania własnego lotnictwa.       

W drugiej połowie 1956 roku amerykański Sztab Generalny przedstawił Avro Aircraft Limited wymagania, jakie miał spełniać projekt. Były one bardzo wyśrubowane jak na tamte czasy: pułap lotu do 100 tys. stóp (30 tys. metrów), prędkość lotu - ok. 4800 km/h, zasięg operacyjny 1000 mil (ok. 1600 km), no i przede wszystkim obiekt miał być spodkiem.

Głównym konstruktorem został John Frost, a  jednym z konstruktorów płatowca polski inżynier Wacław Czerwiński. Nadali oni pojazdowi kształt, jaki znamy. Wywodził się on bezpośrednio z zawieszonego "Projektu Y", który miał pomóc w "wypłoszeniu" Rosjan z północnej części Kanady. Armia USA chętnie przejęła projekt i przeznaczyła na prace rozwojowe 750 tys. dolarów. Projekt zmienił też nazwę. Od tej chwili miał się nazywać "606A Weapons System".

Po 3 latach prac koncepcyjnych i pięciu odrzuconych próbach 7 października 1959 roku z fabryki wyjechał prototyp Avro Canada VZ-9 AV "Avrocar" - uboższa wersja planowanego i zamówionego Projektu 1794. Został wywieziony w nocy po opuszczonych ulicach Malton, małego miasteczka na obrzeżach Toronto, silnie strzeżony przez policję i wojsko. Do miejsca przeznaczenia trafił na pokładzie holownika, a następnie, przewożony ponownie tylko nocami, do tajnego ośrodka badań w Rosewell. Tam rozpoczęły się próby cudownego dziecka Kanadyjczyków.


Upadek

W czasie pierwszego lotu testowego spodek zaczął się trząść niekontrolowanie tuż nad ziemią i nigdy nie poleciał szybciej niż 100 km/h, choć niektórzy twierdzą, że widzieli go lecącego nad pasem startowym z prędkością 160 km/h. Prawdopodobnie tylko żartowali, ponieważ w oficjalnych raportach NASA pisze, że w czasie badań w tunelu aerodynamicznym okazało się, że jest całkowicie niestabilny w locie przy prędkości większej niż 130 km/h.

Do tego okazało się, że z wymarzonych 30 kilometrów lotu nad ziemią niewiele zostało. W czasie prób spodek wzniósł się raptem na wysokość 3 stóp, to jest trochę ponad 90 centymetrów. Projekt został bardzo szybko zamknięty, a prototyp trafił do magazynu. Dziś można go oglądać w National Museum Of The United States Air Force w Dayton.

Armia USA wydała na niego ponad 3,5 miliona ówczesnych dolarów. Obecnie kosztowałby ponad 24 miliony dolarów. Taki był koszt budowy ledwie jednego latającego prototypu...

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje