Reklama

Tak mógł zginąć Hitler. Uratował go przypadek

Ilości prób dokonania zamachu na Adolfa Hitlera chyba nikt nie jest w stanie dokładnie określić. Jedną z pierwszych podjęli żołnierze polskiego podziemia

Przez cały okres władzy Adolfa Hitlera były przygotowywane na niego liczne zamachy. Do rozpoczęcia wojny jedynie sami Niemcy próbowali się pozbyć swego fuhrera. W czasie II wojny światowej plany przeprowadzenia zamachu na Hitlera były rozważane w ZSRR i w Wielkiej Brytanii. Najbliżej wdrożenia ich w życie byli Brytyjczycy, którzy opracowali plan operacji "Foxley". Jednak po głębszym zastanowieniu ostatecznie zrezygnowali z zabójstwa Hitlera, uznając, że bardziej korzystne jest utrzymanie wodza podejmującego w wojnie złe dla Niemiec decyzje, niż ryzykowanie, że jego następca będzie dobrym strategiem.

Reklama

Jedyne dwie operacje zlikwidowania Hitlera, które wyszły poza fazę planowania przeprowadzili żołnierze polskiego podziemia w 1939 roku, tuż po upadku Warszawy i w 1942, kiedy wódz wracał z Prus do Berlina. Właściwie cały plan opierał się na założeniu, że Hitler przyjedzie do zdobytego miasta, aby odebrać osobiście defiladę zwycięstwa. Okazało się, że mieli rację.

Warszawa pod okupacją

Kiedy na wschodzie Polski toczyły się jeszcze działania wojenne do Warszawy wkraczały coraz większe oddziały Wehrmachtu. Całkowitą kontrolę nad miastem Niemcy przejęli 2 października. Już wówczas zaczęli przygotowywać się do defilady.

Hitler przyleciał na Okęcie 5 października 1939 roku. Na lotnisku czekali na niego generałowie Brauchitsch, Blaskowitz i Reichenau, którzy po krótkim powitaniu ruszyli w uzbrojonym konwoju do Śródmieścia. Nie wiedzieli, że na trasie przejazdu ukryty jest ładunek ponad pół tony materiałów wybuchowych.

Bomba

Na pomysł przeprowadzenia zamachu wpadł generał Michał Karaszewicz-Tokarzewski, który pod koniec września zaczął tworzyć zalążki podziemnej armii - Służby Zwycięstwu Polski. W swoich pamiętnikach napisał: "Z kolegą przewidzianym na szefa dywersji omówiłem założenie ładunku pod budynkiem Dyrekcji Kolei i zorganizowanie odpalenia go w momencie przewidywanego tamtędy przejazdu Hitlera po prawdopodobnej defiladzie zwycięstwa".

Tym kolegą był major Franciszek Niepokólczycki, pseudonim "Teodor" (później używał pseudonimów m.in. "Szubert" i "Franek"). To on opracował plany operacji, którą mieli wykonać żołnierze z 60. Batalionu Saperów należącego do Armii Modlin.

Materiały wybuchowe dostarczył porucznik Dominik Żelazko. To z jego relacji wiadomo, jak wyglądały przygotowania do zamachu. Żelazko z kilkoma żołnierzami pobrał z magazynu przy ul. Burakowskiej ładunek materiałów wybuchowych, który miał przewieźć na róg ul. Książęcej i Rozbrat. Ładunek został załadowany na wozy taborowe i konwój ruszył ulicami stolicy.

Generał Karaszewicz-Tokarzewski wspominał po wojnie, że podłożono dwa ładunki wybuchowe, każdy po 250 kilogramów i kilka pocisków artyleryjskich. Wszystkie materiały umieszczono w rowie przeciwczołgowym tuż pod nosem Niemców, którzy nadzorowali zasypywanie przeszkód terenowych i likwidowanie barykad pozostałych po walkach w obronie Warszawy.

Ładunki zostały połączone kablem, który został podpięty do zapalnika umieszczonego w piwnicy Cafè Clubu przy Nowym Świecie 15. 4 października wszystko było gotowe. Saperzy obliczyli, że zasięg fali uderzeniowej wyniesie około 70 metrów. Gdyby zamach się powiódł, Hitler nie miał prawa przeżyć.

Niewypał

W kawiarni i sąsiadującym budynku na zmianę czuwały dwa posterunki. Na najbardziej prawdopodobnych trasach przejazdu Hitlera wystawiono czujki, które miały informować o przejeździe kolumny pojazdów. Wszystko było zapięte na ostatni guzik. Czekano jedynie na przylot Hitlera do Warszawy.

Przyjazd wodza miał być zachowany w ścisłej tajemnicy. Nikt z zamachowców nie wiedział, czy to on będzie przyjmował defiladę, czy może dowódca 8 Armii, generał Johannes Blaskowitz. Sami Niemcy do ostatniej chwili stwarzali pozory całkowitego spokoju.

Dopiero tuż przed przejazdem kolumny zamknęli całe centrum miasta, wszystkim napotkanych zaganiali do budynków i zakazali wychodzić. To pokrzyżowało plany zamachowców. Niemcy przez przypadek zlikwidowali wszystkie czujki na trasie przejazdu Hitlera. Zamachowcy pozbawieni rozpoznania nie wiedzieli, kto siedzi w mercedesie pędzącym ulicami miasta.

Mercedes wodza bez kłopotów przejechał przez Aleje Ujazdowskie i Nowy Świat. Hitler przyjął defiladę. Tuż po jej zakończeniu wsiadł do samochodu i zamiast na planowany obiad, kazał zawieść się na lotnisko. Jeszcze tego samego wieczora był w Berlinie.

Po zamachu

Kiedy generał Karaszewicz-Tokarzewski dowiedział się o niepowodzeniu zamachu nakazał zdemontować i zabezpieczyć materiały wybuchowe, a całą akcję objął najwyższym priorytetem tajności. O akcji świat dowiedział się dopiero po wojnie. Dziś można jedynie dywagować, jakby potoczyła się wojna, gdyby zamach się udał.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje