Tajna wojna w Antarktyce

Operacja High Jump to najdziwniejsza i charakteryzująca się największą liczbą niedopowiedzeń i tajemnic akcja amerykańskiej armii. Po co flotylla dowodzona przez kontradmirała Byrda wybrała się na Antarktykę? Po kosmitów? Niemców? A może po ropę?

Dotychczas niewiele wiadomo było o genezie i samym przebiegu operacji High Jump. Oficjalnie w 1946 roku na Antarktykę wysłana została przez sekretarza marynarki Jamesa Forrestala Task Force 68 (Grupa Operacyjna 68) pod dowództwem znanego odkrywcy i polarnika, kontradmirała Richarda E. Byrda. Oficjalna nazwa operacji: "The United States Navy Antarctic Developments Program, 1946-47", jak i dowództwo tego oficera sugerowało, że jest to wyprawa badawcza. Tak zresztą była w mediach reklamowana.

Misja badawcza, czy wojenna?

Reklama

Faktycznie mogło tak się wydawać, ponieważ główne siły wyprawy wyglądały zwyczajnie. W skład trzech grup wchodziły dwa okręty zaopatrzeniowe, dwa tendery łodzi latających, dwa lodołamacze i okręt dowodzenia "Mount Olympus" (ACG-8). Całość w eskorcie dwóch niszczycieli i okrętu podwodnego.

Zdziwienie może budzić fakt, że w dalekiej eskorcie grupy badawczej był lotniskowiec typu Essex, USS "Philippines Sea" (CV-47) wraz ze swoją grupą eskortową. W sumie w skład sił TF-68 weszło ponad 40 jednostek pływających, ponad 100 samolotów i śmigłowców, oraz ponad 4700 osób.

Wyprawa miała trwać kilka miesięcy. Skończyła się po niecałych ośmiu tygodniach. Amerykanie przybyli na Ziemię Królowej Maud w połowie grudnia 1946 roku. Od razu ponieśli też pierwsze straty. Pod koniec miesiąca na Wyspie Piotra I rozbił się w zamieci wodnosamolot Martin PBM Mariner. Taka jest przynajmniej oficjalna wersja.

Katastrofę przeżyło sześciu członków załogi, którzy zostali uratowani po trzynastu dniach, lecz zmarli wszyscy w ciągu kilku lat na raka.

To wydarzenie oraz fakt, że jedną z gór na wyspie nazwano imieniem jednego z członków załogi, Maxwella A. Lopeza, utwierdziło zwolenników teorii spiskowych w przekonaniu, że nie był to zwykły wypadek, a Mariner został zestrzelony przez nierozpoznany statek powietrzny.

Zwiad

Kiedy kolejna grupa amerykańskich okrętów dotarła do Zatoki Wielorybów i zaczęła budować polowe lotnisko nazwane "Little America IV", zdarzyły się kolejne wypadki. Na lotnisku miały stacjonować samoloty R4D (wersja samolotu pasażerskiego DC-3 używana przez Marynarkę Stanów Zjednoczonych) wyposażone w sześć najnowocześniejszych wówczas kamer szpiegowskich "Trimetricon". Każdy z R4D miał również zamontowany magnetometr, wskazujący zmiany zachodzące w polu magnetycznym Ziemi.

Po pierwszym locie okazało się, że pięć maszyn wróciło z tak naświetlonymi kliszami, że nie udało się wywołać zdjęć, a wyniki z magnetometru były wręcz nieprawdopodobne. Szósta maszyna wróciła trzy godziny po czasie, w którym powinno skończyć się jej paliwo.

Załoga stwierdziła, że nigdzie nie lądowali, a mieli jedynie awarię silnika, przez co musieli pozbyć się całego zbędnego balastu. W tym aparatów. Filmy się zachowały, jednak - podobnie jak pozostałe - były prześwietlone.

Kolejne mapowanie i badanie powierzchni kontynentu Amerykanie wykonali w 1948 roku.

Rosyjscy podglądacze

W 1946 roku Stany Zjednoczone i Związek Radziecki były jeszcze sojusznikami. Choć sojusz ten miał już bardzo słabe podstawy i zaczynał się powoli rozpadać. Nie może dziwić fakt, że Rosjanie bacznie przyglądali się działaniom Amerykanów w Antarktyce. Z odtajnionych radzieckich dokumentów można się dowiedzieć, że sprawą tą bardzo interesowali się szef NKWD, Ławrientij Beria, i sam Józef Stalin.

Z dokumentów określonych jako "tajne, tylko do wiadomości oficerów" można się dowiedzieć, że Amerykanie wysłali ekspedycję militarną, aby znaleźć i zniszczyć tajną niemiecką bazę na Antarktyce. Tak twierdzili radzieccy szpiedzy usadowieni w Połączonym Sztabie Armii Stanów Zjednoczonych. Według nich, po drodze natknęli się na nieznane siły, które zaatakowały wyprawę, zatapiając kilka jednostek i zestrzeliwując nieznaną liczbę samolotów.

Faktycznie, Amerykanie ponieśli straty w czasie operacji High Jump, jednak oficjalnie nie były one tak duże. Dopiero w czasie odwrotu wyprawy, kiedy TF-68 zawinęło do chilijskich portów, dziennikarze wypytując marynarzy dowiedzieli się o dziwnych wydarzeniach, jakie miały miejsce kilka tygodni wcześniej. Potwierdził to też kontradmirał Byrd, który bez ogródek powiedział, że "TF-68 napotkała nowego wroga, i że może on latać od bieguna do bieguna z niesamowitą prędkością". Wszystkie te informacje pojawiły się w chilijskiej prasie, jednak rząd USA nigdy ich nie potwierdził.

Istnieje też hipoteza, ze amerykański kontrwywiad świadomie wprowadził Rosjan w błąd podsyłając im podwójnego agenta. A wydarzenia opisane w prasie były konfabulacją i świat nie był świadkiem pierwszej wojny z obcą cywilizacją.

Nowa Szwabia

Obszary wewnątrz Ziemi Królowej Maud były w centrum zainteresowań Niemców jeszcze w czasie cesarstwa. Wówczas na tereny nazwane Nową Szwabią wybrały się dwie ekspedycje naukowe, mające za zadanie zbadać możliwość założenia tam stałych baz i wydobywania surowców.

W latach 1938 -1939 Niemcy zorganizowali kolejną wyprawę, która miała na celu założenie stacji wielorybniczej, przystani i przeprowadzenie kolejnych badań. Wykonali ponad 11 tysięcy zdjęć i zrobili mapy obejmujące około 600 tysięcy km².

Kolejne wyprawy miały być organizowane w latach 1940-1941. Chodziło o znalezienie dogodnego miejsca do założenia kolejnej stacji wielorybniczej. Ostatnia wyprawa miała zbadać możliwość osadzenia stałej bazy morskiej dla Kriegsmarine, co dałoby Rzeszy kontrolę nad południowym Atlantykiem i Oceanem Indyjskim.

Według oświadczenia  admirała Dönitza, w 1943 roku niemiecka flota podwodna stacjonowała na Antarktydzie, skąd wykonywała patrole na Ocean Indyjski. Po kapitulacji III Rzeszy część najwyższych dowódców i naukowców miało uciec na pokładach oceanicznych okrętów podwodnych do Argentyny i baz w Nowej Szwabii. Obecnością niemieckich żołnierzy tłumaczono również skład amerykańskiego zespołu badawczego.

Amerykanie walczyli więc z UFO czy może z Niemcami, wyposażonymi w tajną broń wywiezioną z ośrodków badawczych w Europie?

Radzieckie raporty

Amerykanie niewiele powiedzieli o wydarzeniach, jakie miały miejsce w czasie operacji High Jump. Jedynie oświadczenie kontradmirała Byrda i wywiady z marynarzami wnoszą do całej historii nieco "smaczku". Oficjalny raport marynarki nie mówi nic więcej, a wręcz przeciwnie - stara się powiedzieć jak najmniej.

W materiałach radzieckiego wywiadu pojawiają się wypowiedzi dwóch amerykańskich marynarzy biorących udział w operacji High Jump. Pierwszym jest John P. Szehwach, radiooperator z niszczyciela USS "Browson", który opisał wydarzenia z 17 stycznia 1947 roku:

"Ja i moi koledzy staliśmy na lewej burcie sterówki i obserwowaliśmy przez kilka minut jasne światła, które wyleciały spod wody pod kątem 45 stopni i przeleciały bardzo szybko za horyzont. Nie mogliśmy ich śledzić na radarze, bo mieliśmy go ustawionego do obserwacji na wprost i operator nie zdążył nawet obrócić".

W ciągu kilku kolejnych dni, według radzieckiego raportu, UFO przeleciało w pobliżu amerykańskiej flotylli kilka razy, a okręty miały otworzyć ogień do nieznanych obiektów. Skończyło się to tragicznie dla Amerykanów.

Według porucznika Johna Sayersona, pilota łodzi latającej Mariner, jeden z samolotów tego typu został zestrzelony i spadł do morza. W tym samym czasie około 10 mil od głównych sił został zaatakowany niszczyciel USS "Maddox", który szybko stanął w płomieniach i zatonął.

Zagadki

Pojawiają się pytania, w jaki sposób Amerykanom udałoby się zamaskować tak duże straty? W zeznaniach por. Johna Sayersona jest mowa o niszczycielu USS "Maddox", natomiast u Rosjan raz pojawia się "Maddox", a innym razem "Murdoch". Problem w tym, że w tym czasie nie służył w US Navy żaden niszczyciel o nazwie "Murdoch", a "Maddox" nie uczestniczył w operacji High Jump.

Wielu badaczy sądzi, że Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych zmieniła nazwy kilku jednostek, aby ukryć straty poniesione w Antarktyce. Taka operacja była bardzo prosta. W latach poprzedzających II wojnę światową i w trakcie jej trwania wybudowali oni 783 niszczyciele 16 różnych typów. W chwili zakończenia wojny prawie 200 stało jeszcze na pochylniach w różnych stadiach budowy. Zniknięcie jednego czy dwóch nie stanowiło większego problemu.

Zastanawiający jest los kontradmirała Byrda, który po powrocie z wyprawy chciał opublikować swoje wspomnienia, jednak mu tego zabroniono. Wkrótce potem został wysłany na emeryturę, a gdy nadal opowiadał o wydarzeniach z lat 1946-1947, trafił do zakładu dla obłąkanych. Czyżby rząd Stanów Zjednoczonych chciał zamknąć usta jednemu z największych bohaterów Ameryki?

Siarczysty mróz

O Byrdzie, awansowanym na stopień admirała, przypomniano sobie na początku roku 1950. Wówczas Komitet Połączonych Szefów Sztabów zdecydował się na wysłanie kolejnej wyprawy na antarktyczne wody. Nie doszła ona do skutku w planowanym terminie z powodu amerykańskiej interwencji w Korei. Po podpisaniu zawieszenia broni w 1953 roku admirał Byrd został uznany za zdrowego psychicznie i na mocy rozkazu prezydenta Eisenhowera przywrócony do służby w stopniu admirała. Miał dowodzić nową wyprawą pod kryptonimem Deep Freeze.

O tej wyprawie wiadomo niewiele: znamy jej skład oraz fakt, że Amerykanie nie kryli tego, iż zamierzają przeprowadzić testy broni atomowej. Chile, Nowa Zelandia i Argentyna zaprotestowały przeciwko użyciu broni jądrowej w rejonie Antarktydy. Oficjalnie nic nie wiadomo na temat prób jądrowych w rejonie Nowej Szwabii. Przynajmniej nie w czasie trwania wyprawy.

Skończyła się ona na początku 1957 roku. Rok później samoloty rozpoznawcze Republiki Południowej Afryki zarejestrowały dwa wybuchy nuklearne nad powierzchnią Ziemi Królowej Maud. Oficjalnie Amerykanów już tam nie było, a nawet gdyby byli, to wyprawa Deep Freeze posiadała jedynie samoloty aerofotogrametryczne, a nie bombowe. Kto wywołał eksplozje, nie wiadomo.

Nie wiadomo też, co tak naprawdę stało się z admirałem Byrdem. Miał on umrzeć zaraz po powrocie do Stanów Zjednoczonych, we śnie, w swoim domu w Bostonie. Jednak nigdzie nie można znaleźć osoby, która widziałaby jego ciało po śmierci. Został bardzo szybko pochowany wraz z wieloma tajemnicami ostatnich wypraw arktycznych.

Antarktyka - znajdujący się na półkuli południowej obszar, który obejmuje Antarktydę wraz z lądami oraz otaczającymi ją wodami i wyspami. Amerykanie prowadzili działania na samym kontynencie, jak też na otaczających go wodach. Kiedy mowa jest o Antarktydzie, to mamy na myśli część kontynentalną.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje