Reklama

Tajemnicza katastrofa sterowca L8

Katastrof sterowców było wiele, ale ta z 1942 do dziś wzbuda ogromne kontrowersje... /Getty Images

Wielu ludzi, którzy brali udział w działaniach zbrojnych, uznaje się za zaginionych. To nikogo nie dziwi. A jednak zniknięcie dwóch członków załogi sterowca w 1942 roku podczas rutynowego patrolu u wybrzeży USA do dzisiaj wzbudza liczne kontrowersje. Co sprawiło, że porucznik Ernest Cody oraz chorąży Charles Adams rozpłynęli się w powietrzu, a pilotowana przez nich maszyna spadła na ziemię?

Reklama

Latem 1942 roku USA wygrały z Japonią wielką bitwę o atol Midway. Walki zakończyły się całkowitą klęską japońskiej floty. Jednak w pamięci amerykańskich żołnierzy całkiem świeże były wspomnienia o jej ataku na bazę wojskową Pearl Harbor, dlatego nie tracili czujności. Do wykrywania zagrożenia ze strony japońskich okrętów podwodnych amerykańskie siły zbrojne wykorzystywały napełniane gazem statki powietrzne - sterowce. Maszyny te mogły stacjonować w wyznaczonym miejscu przez dłuższy czas bez konieczności uzupełniania paliwa oraz prowadzić długotrwałe, nieprzerwane obserwacje.

Początkowo podwodne działania wroga kontrolował sterowiec o nazwie Ranger, zastąpiony z czasem przez nowszy model: L-8. Stacjonowały one w zatoce San Francisco na wyspie Treasure Island i stamtąd startowały w poszukiwaniu japońskich okrętów podwodnych. Feralnego poranka 1942 roku L-8 wyruszył w powietrzny patrol uzbrojony w karabin maszynowy oraz dwie 160-kilogramowe bomby głębinowe. Z tego względu liczebność załogi została ograniczona do dwóch osób - bez mechanika pokładowego.

Rutynowy patrol

Reklama

Pierwszym pilotem sterowca był Ernest Cody, absolwent Akademii Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych, który na swoim koncie miał kilka zakończonych sukcesem misji bojowych. Nikt nie wątpił w jego umiejętności i profesjonalizm. Drugim członkiem załogi został 38-letni chorąży Charles Adams. Zadanie, które otrzymali 16 sierpnia 1942 roku, nie było szczególnie trudne. Sterowiec miał przelecieć wzdłuż wybrzeża Kalifornii, a następnie wrócić do bazy.

Lot rozpoczął się, jak zwykle, o 6:00 rano. Około 8:00 w bazie odebrano komunikat radiowy nadany przez Cody’ego. Pilot informował w nim o jakiejś podejrzanej plamie na wodzie w  pobliżu Wysp Farallońskich. Jego zdaniem przypominała wyciek ropy. Następnie dodał, że załoga kontynuuje lot i pozostaje w łączności z bazą. Potem kontakt z L-8 urwał się bezpowrotnie.

Sterowiec widmo

Dziwna cisza w eterze zaniepokoiła kontrolerów ruchu. Wszyscy piloci samolotów oraz kapitanowie okrętów znajdujących się w tamtym rejonie otrzymali rozkaz natychmiastowego powiadomienia bazy w przypadku zlokalizowania sterowca. Jak się okazało, widziało go wielu. Według relacji członków załogi kutra rybackiego, statek raz wznosił się, raz opadał, prawie dotykając powierzchni wody. Zrzucał też bomby oświetlające.

Około 10:00 sterowiec miał skierować się w stronę bazy. Około 11:00 widzieli go piloci kilku samolotów pasażerskich, które zbliżały się do San Francisco. Ich zdaniem na pokładzie sterowca wszystko było w porządku. Jednak w pewnym momencie maszyna zaczęła błyskawicznie nabierać wysokości, by po chwili zniknąć w chmurach. Po około 20 minutach sterowiec pojawił się nad przybrzeżną drogą. Komuś ze świadków udało się zrobić zdjęcie. Maszyna była w opłakanym stanie: z wyłączonymi silnikami i częściowo zniszczoną powłoką. Jednak o dreszcz grozy przyprawiał obserwatorów widok pustej gondoli. Tymczasem L-8 stopniowo tracił wysokość. W pewnym momencie podmuch wiatru zepchnął go w stronę pola golfowego, gdzie doszło do pierwszego kontaktu z ziemią - jedna z  bomb głębinowych, zerwawszy mocowanie, runęła w dół, ale na szczęście nie wybuchła.

Kiedy sterowiec pozbył się tego ciężaru, znów zaczął się wznosić, a wiatr poniósł go w stronę przedmieść San Francisco. Tam zderzył się z ziemią, uszkadzając kilka dachów, dwa samochody i zrywając linie elektryczne. Policjanci oraz świadkowie tragedii nie czekali na wojskowych. Strażak W. Morris jako pierwszy rzucił się na ratunek załodze. Jednak wewnątrz gondoli nikogo nie było. Ekipy ratownicze przeszukały też zniszczony kadłub maszyny, z którego zdjęto poszarpaną powłokę. Bez skutku... Żołnierze, którzy przyjechali na miejsce katastrofy, ustalili, że baki z paliwem były jeszcze pełne, a ołowiana skrzyneczka z tajnymi informacjami nie została uszkodzona. Wszystko leżało na swoim miejscu: spadochrony, radiostacja, broń, tratwa ratunkowa. Co więcej, nawet drzwi w gondoli były zamknięte od środka!

Gdzie są piloci?

W pierwszej kolejności śledczy sprawdzili stan silników. Co zaskakujące - były sprawne, nie licząc uszkodzeń powstałych w  wyniku uderzenia o ziemię. Przełączniki na kokpicie znajdowały się w pozycji "włączone", a przecież świadkowie twierdzili, że silniki nie pracowały! Załoga, zauważywszy usterkę, powinna natychmiast poinformować o tym bazę, jednak z jakiegoś niezrozumiałego powodu nie zrobiła tego.

Warto dodać, że radiostacja również działała prawidłowo. A nawet gdyby była uszkodzona, piloci mieli jeszcze do dyspozycji głośnik i mogli skontaktować się przez niego z jednostkami na morzu. Nie zrobili tego. Nie użyli też spadochronów. Brakowało jedynie kamizelek ratunkowych, ale - zgodnie z instrukcją - piloci wkładali je przed wylotem.

W toku śledztwa wykluczono możliwość przypadkowego wypadnięcia załogi przez otwarte drzwi: wypadając, nie zdążyliby zatrzasnąć ich za sobą. Istniała również wersja, wedle której jeden z pilotów zabił drugiego. Jednak i ona zdawała się nie mieć nic wspólnego z rzeczywistością. Niby jak i gdzie ukrył się ewentualny morderca? Poza tym współpracownicy i krewni opisywali obu pilotów jako ludzi zrównoważonych, spokojnych i rozsądnych.

Dwóch czy trzech?

 Na koniec została jeszcze jedna, całkiem realistyczna, wersja. Dwoje świadków, którzy przez lornetkę obserwowali upadek sterowca, twierdziło, że na pokładzie widzieli trzy osoby. Być może to ten trzeci był zabójcą? Niemniej śledczy doszli do innych wniosków. Gondola była zbyt mała, by ktoś mógł się w niej ukryć. Poza tym na zdjęciach wykonanych w czasie katastrofy widać, że kabina jest pusta. Najprawdopodobniej świadkom coś się przywidziało.

Jednak do tej ostatniej relacji można podejść w inny sposób. Wyobraźmy sobie bowiem, że Cody i Adams zauważyli w wodzie tonącego człowieka, który okazał się żołnierzem wrogiej armii. Oleista plama w tamtym miejscu mogła być śladem po zatopionym okręcie. Fakt, że załoga nie poinformowała bazy o dodatkowym pasażerze, można objaśnić dwiema okolicznościami: albo piloci spieszyli się, żeby przetransportować go do miejsca, w którym otrzymałby pomoc medyczną, albo czuli na swoich skroniach lufę pistoletu.

Tak czy inaczej, zmiana kursu sterowca świadczy o tym, iż na pokładzie stało się coś niespodziewanego. Kiedy jeniec bądź ocalony zrozumiał, dokąd lecą, postanowił uciec. Jednak by maszyna mogła wykonać zwykły lot, trzeba było pozbyć się zbędnego balastu w postaci dwóch pilotów. Ale wtedy sterowiec stał się zbyt lekki i zaczął się szybko wznosić. Kiedy znalazł się na wysokości krytycznej, zadziałał system awaryjny powodujący utratę helu i obniżenie lotu. Niedoszły jeniec wyłączył silniki, a gdy maszyna maksymalnie zbliżyła się do tafli wody - wskoczył do niej.

Wszystko to brzmiałoby całkiem logicznie, gdyby nie szereg pytań, które nadal pozostają bez odpowiedzi. Z jakiego powodu piloci wojskowi złamali rozkaz i zmienili kurs? Dlaczego drzwi do sterowca były zamknięte? Jak to możliwe, że przy prawidłowo ustawionych włącznikach nie działały silniki? Brakuje wiarygodnych informacji i dowodów, dlatego ta historia ciągle czeka na wiarygodne wyjaśnienie... Rok po tragedii Ernest Cody i Charles Adams zostali uznani za zaginionych. Po remoncie L-8 jeszcze przez długi czas pełnił rolę sterowca szkoleniowego.    

Świat Tajemnic

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje