Reklama

Tajemnice wyższej konieczności

Czy doczekamy się kiedyś zdjęć satelitarnych z 1980 roku dokumentujących koncentrację wojsk radzieckich wokół naszych granic? A może tych wojsk tam nie było?

Od przeszło dwudziestu lat rocznice wprowadzenia stanu wojennego pokazywane i obchodzone są w Polsce w zasadzie tak samo. 13 grudnia telewizja nadaje psychologiczno-propagandowe programy, w których dominuje ponura fizjonomia generała Wojciecha Jaruzelskiego, przeplatane migawkami z manifestacji przed jego domem. Całości dopełniają dyżurne komentarze.

Reklama

Sfera starych pytań

Z góry wiadomo, że nic nowego o tajemnicach stanu wojennego się nie dowiemy. Ci, którzy go pamiętają, wiedzą swoje i z wiekiem najczęściej tępi się ostrze ich krytyki, bo im dalej od wydarzenia, tym pytań i refleksji coraz więcej, młodzi zaś częstowani są po wielekroć czarno-białymi opowieściami z gatunku bajek dla nierozgarniętych dzieci lub widowiskowego horroru.

Profesor Wiesław Władyka powiedział kiedyś słusznie na łamach "Polityki", że każda epoka ma swe uwarunkowania. Po latach niełatwo je odtworzyć, a już zwłaszcza zrozumieć pokoleniom, które nie doświadczyły ich osobiście. Czy stan wojenny coraz bardziej pozostaje sferą starych pytań starych ludzi, na co zwrócili uwagę w tymże tygodniku Cezary Łazarewicz i Mariusz Janicki?

"To nie miała być wojna"

Wojskowy Instytut Wydawniczy może pochwalić się wydaną akurat w przeddzień 30. rocznicy wprowadzenia stanu wojennego książką poświęconą tamtym wydarzeniom - "To nie miała być wojna". Zaprosiliśmy do wspólnego stołu uczestników ówczesnych wydarzeń, a jednocześnie ich recenzentów. Dyrektor WIW Marek Sarjusz-Wolski napisał we wstępie:

"Nie zrobiliśmy tego, by zadać rozstrzygający cios. Nie służymy w żadnej z armii walczących na współczesnym froncie ideowym za pomocą propagandy historycznej. Uznaliśmy, że pył bitewny opadł już na tyle, by wróciła ostrość widzenia. Mamy nadzieję, że dołożymy jedno szkiełko do witraża pamięci".

Okazało się jednak, że w tym witrażu pamięci brakuje wielu szkiełek, jest on przerażająco niekompletny, a podczas promocji naszej książki, która odbyła się 1 grudnia 2011 roku, jeszcze się w tym przekonaniu utwierdziliśmy.

Zero dostępu

Profesor Jerzy Eisler powiedział wprost, i warto, by pamiętali o tym wszyscy pospieszni historycy i komentatorzy wydarzeń sprzed 30 lat: - Wciąż mamy bardzo ograniczony dostęp do źródłowych dokumentów. Pewne nigdy nie powstały, część została zniszczona, niektóre są dla historyków nieosiągalne. Niedostępne są właściwie wszelkiego rodzaju materiały poradzieckie, przechowywane w archiwach Rosji. Jeśli chodzi o wojsko i KGB, profesor mówi jasno: zero dostępu. Podobnie w przypadku dokumentów partyjnych.

Generał Franciszek Puchała dodał, że dyskusja o przyczynach stanu wojennego toczy się przy bardzo ograniczonym dostępie do tak zwanych pierwotnych źródeł archiwalnych. Na dodatek, jak stwierdził Jerzy Eisler, nikt nie wie, jaką częścią całości dysponujemy. Zresztą analogicznie jest po stronie amerykańskiej. Profesor Andrzej Paczkowski starał się kiedyś w CIA o materiały dotyczące Józefa Światły.

- Bardzo elegancko mu odpisano, że dokumenty te dla historyków są niedostępne i prawdopodobnie nigdy nie będą udostępnione. Myślę, że wiele materiałów amerykańskich służb specjalnych czy wywiadu jest utajnionych i bardzo możliwe, że nigdy nie będzie można po nie sięgnąć - uważa Jerzy Eisler. - Chodzi zresztą nie tylko o te, które dotyczą interesującego nas tematu.

Sprawca stanu wojennego był w Moskwie

Cokolwiek mówić o tajemnicach stanu wojennego, pomijając kwestie prawne, odpowiedzialności czy rozliczeń, jedno pytanie pojawia się zawsze i wszędzie, i od niego też rozpoczęła się emocjonalna chwilami dyskusja podczas promocji książki "To nie miała być wojna", a mianowicie, czy przed 13 grudnia 1981 roku istniało zagrożenie interwencją radziecką.

Waldemar Kuczyński już w kuluarach podgrzał emocje profesorów Jerzego Eislera i Andrzeja Friszkego, kiedy powiedział, że ludzie władzy tamtej epoki uczestniczyli w wielkiej grze, więc wypowiadane wówczas słowa były swoistym kodem, podszytym dodatkowo ideologią, i dziś różnie można je interpretować. Bali się jednocześnie, by nie przewieziono ich w kapturach na głowach do Moskwy. Do dziś nie ma więc odpowiedzi na pytanie, czy generał Jaruzelski odebrał narodowi realną szansę na odzyskanie niepodległości, czy uprzedził najazd Armii Radzieckiej na czele wojsk Układu Warszawskiego. No i się zaczęło.

- Gdyby Sowieci weszli do Polski, ofiary liczylibyśmy w dziesiątkach tysięcy, mielibyśmy drugi Katyń - twierdzi profesor Andrzej Friszke. Jego zdaniem, sytuacja w Polsce w 1981 roku wyglądałaby inaczej, gdyby rewolucja solidarnościowa odbywała się w innych warunkach geopolitycznych. Jeśli władza byłaby bardziej suwerenna, mogłaby iść na jakieś kompromisy. Od jesieni 1980 roku na polską ekipę rządzącą wywierany był niezwykle silny, typowo imperialistyczny nacisk Kremla. Te tajne rozmowy, niespodziewane i częste wizyty, dalekie od dzisiejszych standardów, były po to, by wymuszać działania skierowane przeciwko Solidarności: - Sprawca stanu wojennego był w Moskwie, wykonawca w Warszawie. Pytanie istotne brzmi więc, jaki był margines wolności Polski. Dziś wiemy, że w zasadzie żaden. Jak się czyta, co mówiono na Kremlu o wydarzeniach w Polsce i na co nalegano, to rzeczywiście "mróz po kościach".

Czy musiało tak być?

- Czy więc w takiej sytuacji Wojciech Jaruzelski wykorzystał wszystkie możliwości rozwiązania konfliktów? - pytał Janusz Onyszkiewicz. - Jeśli mam pod jego adresem zarzuty, to nie dotyczą one tego, że wprowadził stan wojenny, bo to było raczej nieuniknione, ale chodzi właśnie o niewykorzystanie wszystkich możliwości dogadania się z Solidarnością i zrozumienia, o co w jej chodziło.

Tymczasem sam Wojciech Jaruzelski w swej najnowszej, właśnie wydanej książce "Starsi o 30 lat" znajduje odpowiedzi na takie pytania. Szanse ówczesnego porozumienia widział w słynnym spotkaniu trzech 4 listopada 1981 roku, czyli Józefa Glempa, Lecha Wałęsy i jego. Uznał, że nie zostało ono wówczas należycie wykorzystane. I postawił pytanie: "Dlaczego wciąż brak jest logicznego wytłumaczenia, kto i dlaczego spowodował, iż nawet owe "zalążki" porozumienia nie znalazły stosownej kontynuacji. Ja staram się wznieść ponad jednostronną ocenę "zapętlenia" ówczesnej sytuacji, która przypominała antyczną tragedię grecką. Funkcjonował obustronny syndrom nieufności, podejrzliwości, wrogości".

Zdzisław Najder powrócił do swego ulubionego wątku w dyskusjach o stanie wojennym, a mianowicie kondycji społeczeństwa obywatelskiego: - Czy to, co nastąpiło, musiało nastąpić, czy wysiłki ze strony solidarnościowej albo społecznej były daremne, czy nie? Chciałbym, byśmy sobie uświadomili, jak olbrzymią eksplozją była Solidarność. Takiego uczestnictwa zbiorowego w życiu narodu nie mieliśmy ani przedtem, ani potem. To zostało zduszone przez stan wojenny. Kto wie, czy dalekosiężną konsekwencją tego nie jest dziś znikome wręcz uczestnictwo obywateli w organizacjach pozarządowych. Stan wojenny przygotowany był niezwykle fachowo, perfekcyjnie. Czyli Polak potrafił! Dziś jednak za mało wiemy o tym, co zostało tak perfekcyjnie zduszone.

Najder powiedział również, że stan wojenny i późniejsza emigracja były na miarę dużego powstania narodowego. Nie krwawego, ale ludzkiego, bo ludzie wyjechali, zniknęli i nie wrócili. - Czy musiało tak być? Ja do końca w ten determinizm nie wierzę.

Interwencja czy pomoc?

- Nie było tak, że elita komunistyczna była gotowa na jakiekolwiek ważniejsze zmiany - ani mentalnie, ani intelektualnie, ani ideologicznie - powiedział z kolei Andrzej Paczkowski. - Operacja zlikwidowania Solidarności była wpisana w ówczesny system.

Polemizował też z tezą profesora Friszkego o brutalności nacisków: - Z tego by wynikało, że Wojciech Jaruzelski, Albin Siwak, Mirosław Milewski, Mieczysław Rakowski o niczym innym w 1981 roku nie marzyli, jak tylko o Polsce wolnej i demokratycznej, a jeżeli coś złego robili, to jedynie dlatego, że Moskwa na nich wywierała nieprawdopodobnie brutalny nacisk, wyrywała paznokcie, sadzała na odwróconym taborecie, i tak dalej.

Operacja likwidacji Solidarności była wpisana w tamten system. Wprowadzane wówczas reformy zostały wymuszone przez związek - likwidacja cenzury, ustawa o związkach zawodowych, et cetera. Paczkowski jest przekonany, że władzy chodziło wyłącznie o obronę status quo.

Zdaniem Andrzeja Paczkowskiego, warto zastanowić się też nad słowem "interwencja". Dziś rozumiemy je niewłaściwie. Wejście wojsk w 1980 czy 1981 roku nie miało oznaczać najazdu na Polskę, wypowiedzenia wojny i rozpoczęcia związanych z nią działań. W języku sowieckim nie istniało pojęcie "interwencja", lecz "bratnia pomoc". Sowieci zawsze wchodzili w ramach bratniej pomocy, niejako na zaproszenie. Wręcz lubili być zapraszani.

"Daleko idąca próba politycznego puczu"

Tak było na Węgrzech w 1956 roku, potem w Afganistanie, gdzie zaprosił ich ówczesny przywódca tego kraju. Gdyby nie bałagan z głosowaniem w czechosłowackim biurze politycznym w 1968 roku, też byliby do tego kraju zaproszeni. Tak więc nie wszystko się wielkiemu mocarstwu udawało. I zawsze też tam, gdzie się wybierali, istniała jakaś grupa inicjatywna, jakaś struktura, która prosiła o pomoc. Tak zwane "zdrowe siły", które i w Polsce przecież chciały odsunąć w 1981 roku Jaruzelskiego od władzy. Próba obalenia była, to pewne.

- Czy u nas nie było przypadkiem takiej grupy na Śląsku? - pytał Marek Sarjusz-Wolski.

- Taka grupa nie mogła istnieć na Śląsku, lecz w Warszawie - odpowiedział Paczkowski. - Na X Plenum Komitetu Centralnego PZPR była przecież próba obalenia Stanisława Kani i Wojciecha Jaruzelskiego.

Sam Jaruzelski pisze wprawdzie na ten temat w swej najnowszej książce, nadal jednak nie wyjaśnia wszystkiego: "Oczywiście były kręgi zachowawcze, tak zwani prawdziwi, a faktycznie gabinetowi komuniści. Tworzyli jakieś partyjne fora, najliczniejsze w Katowicach, kluby, seminaria, kooperując - co szczególnie niebezpieczne - z naszymi sąsiadami. Przeszkadzali, utrudniali, hamowali. W czerwcu 1981 roku zaistniała nawet - inspirowana i popierana z zewnątrz - daleko idąca próba politycznego puczu". Kto to był? Trudno nie zadać takiego pytania? Można się tylko domyślać, że Mieczysław Moczar, Stefan Olszowski, Andrzej Żabiński, Tadeusz Grabski, Mieczysław Milewski. Dziś zapomniani, wtedy silni. Polscy puczyści?

Karnawał wolności

Kilka wątków poruszył Waldemar Kuczyński: - Słabość twórczości Wojciecha Jaruzelskiego na temat tamtych czasów wynika z tego, że zwraca on uwagę na taką oto okoliczność: zmierzaliśmy do gospodarczej katastrofy i różnych plag wskutek ówczesnego ruchu rewolucyjnego, który uniemożliwiał wychodzenie z kryzysu. Uważam, że w 1981 roku nie istniała żadna możliwość wybicia się Polski na niepodległość, i że ruch Solidarności musiał być wtedy stłumiony, a został stłumiony najmniej strasznie, gdy weźmie się pod uwagę to, co się mogło wydarzyć.

Kuczyński powiedział również, że nie zgadza się z powszechnie używanym wówczas określeniem, modnym szczególnie podczas zjazdu Solidarności, iż mieliśmy do czynienia ze swoistym karnawałem wolności: - Karnawał to coś radosnego, w czym nie ma lęku. Jeśli porównywać tamten okres do jakichś zjawisk, to raczej do burzy, która ma swoje piękno i grozę jednocześnie. W tamtym czasie było bardzo dużo grozy. Właściwie co kilka miesięcy społeczeństwo wprowadzane było w stan przedzawałowy, dlatego że to była rewolucja w toku. Nie zgadzam się z entuzjastycznym opisywaniem kondycji ówczesnego społeczeństwa. To nie było ujawnienie się jakichś ukrytych cech obywatelskich narodu, które potem generał Jaruzelski zniszczył.

To był dość normalny przykład rewolucyjnego pobudzenia, stan przejściowy charakterystyczny dla takiego okresu, kiedy społeczność wyrywa się z jakiejś niechcianej rzeczywistości. Istnienie wielkiego wroga wytwarza określoną psychologię. Rzeczywiście byliśmy zjednoczeni przeciwko temu wspólnemu wrogowi, ale jak tylko znikał on z pola widzenia, to wychodziła Polska, którą znamy dziś. Podzielona na różne grupy, na prawdziwych Polaków, nieprawdziwych, półprawdziwych, którzy się żarli. Chcę przypomnieć, że jedną z ciekawszych gazetek w czasie zjazdu Solidarności był "Pełzający Manipulo", a do najpopularniejszych słów wówczas używanych należała "manipulacja". Nie tylko władza nami manipulowała, ale też jedni delegaci drugimi. Nawet mówiło się, że Solidarność powinna zmienić nazwę na Nieufność.

Broń jądrowa składowana w Polsce

Swoje żarliwe wystąpienie Kuczyński zakończył uwagą, że po trzydziestu latach jest okazja, by odejść od konwencji czasów walki i spojrzeć na obie strony ówczesnego konfliktu na zasadzie: dwie części narodu - większa i mniejsza weszły w konflikt w wyniku sytuacji, na którą w ogóle nie miały wpływu. I dodał, że narzucono nam tamtą rzeczywistość, i to podzieliło naród. Jedna część "obsługiwała" tę rzeczywistość, a gdyby tego nie zrobiła, to wyręczyliby ją w tym Ruscy; tymczasem cała reszta była poddana: - Spójrzmy więc na to wszystko, jak na konflikt obu części narodu, w którym żadna ze stron nie miała stuprocentowej racji.

Waldemar Kuczyński, który również napisał posłowie do publikacji "To nie miała być wojna", zdaje się swymi poglądami potwierdzać opinię socjologa Grzegorza Makowskiego z Instytutu Spraw Publicznych, zacytowaną w przywołanym numerze "Polityki", że w ostatnich badaniach najbardziej zaskakujące jest to, iż stosunek respondentów do PRL-u wcale nie jest jednoznacznie krytyczny. Tak jak nieoczywista jest ich akceptacja działań Solidarności.

Skalę zagrożenia w grudniu 1981 roku przedstawił na promocji generał Franciszek Puchała, podówczas jedna z najważniejszych osób przygotowujących stan wojenny od strony wojskowej. Potwierdził swe dotychczasowe poglądy na ten temat, dodając, że bez wątpienia Polsce groziła wówczas interwencja wojskowa, w której wzięłoby udział 30 dywizji z ZSRR, Czechosłowacji i NRD.

Oprócz wielu przesłanek jego zdaniem świadczących o tym, że miało dojść do najazdu na Polskę obcych wojsk istnieje dokument z sierpnia 1980 roku, z którego jednoznacznie wynika, że po podpisaniu porozumień sierpniowych władze sowieckie w czasie posiedzenia Biura Politycznego KC KPZR wyraziły zgodę na wzmocnienie sił wojskowych wzdłuż granic naszego państwa. W grudniu 1980 roku wojska Układu Warszawskiego rozpoczęły ćwiczenia "Sojuz '80". Kadra sztabu generalnego nie miała wątpliwości, co one oznaczają, i parafrazowała nazwę manewrów - "Są już", mając na myśli nie tylko dywizje, o których mowa we wspomnianym dokumencie, lecz także stałą obecność radzieckich wojsk w Polsce, 370 tysięcy ich żołnierzy w NRD, broń jądrową składowaną w naszym kraju, i wiele innych "drobiazgów".

Wojsko bało się inwazji

Polscy wojskowi bez wątpienia obawiali się inwazji rosyjskiej. Generał rezerwy Waldemar Skrzypczak, były dowódca Wojsk Lądowych, w wywiadzie dla tygodnika "Przegląd" powiedział między innymi: "Jesienią i zimą 1981 roku byłem dowódcą plutonu czołgów pułku 8 Dywizji stacjonującego w Słupsku. 13 grudnia o godzinie 5 rano opuściliśmy koszary. Przemieszczaliśmy się po drogach zapasowych w rejon Gdańska. Nie mieliśmy pełnej świadomości, co się tam dzieje, ale wiedzieliśmy już, że jest stan wojenny. Ta świadomość budziła obawy, że może to wywołać interwencję, tak jak w 1956 roku na Węgrzech czy w 1968 w Czechosłowacji. W rozmowach między kolegami mówiliśmy wyraźnie, że jeżeli byłaby interwencja, to bylibyśmy tymi, którzy podjęliby walkę. Obawialiśmy się bardziej interwencji rosyjskiej niż Solidarności".

Na stwierdzenie dziennikarza Roberta Walenciaka, że w 1968 roku armia czechosłowacka dała się zamknąć w garnizonach, natomiast polskie wojsko w pierwszych godzinach stanu wojennego było poza nimi, generał Skrzypczak odparł: "Wyszliśmy spod uderzeń. Pamiętam, że kiedy byłem w Akademii Sztabu Generalnego w latach 1985-1987, w tejże uczelni byli też oficerowie armii radzieckiej, czechosłowackiej, węgierskiej. Czasami na wieczornych biesiadach rozmawialiśmy o różnych sytuacjach. I wiem od kolegów z armii radzieckiej, że oni w sierpniu 1981 roku odbyli rekonesans na terenach Polski. Zbadali wszystkie drogi ze wschodu na zachód, mosty, lotniska, węzły komunikacyjne i dyslokację naszych jednostek. Mieli pełne rozpoznanie, więc jeżeli doszłoby do interwencji, wiedzieliby, gdzie uderzać i co blokować. Decyzja o wyprowadzeniu naszych wojsk z koszar była więc przemyślana, wybiegająca w przyszłość w przewidywaniu, że może być interwencja".

- Co to oznaczało? Ano to, że polska armia była przygotowana do działań bojowych - dodał Franciszek Puchała - a jej dowództwo było praktycznie nieuchwytne.

A może tych wojsk nie było?

Warto uzupełnić przytoczone informacje tym, co dalej powiedział Franciszek Puchała. Na przełomie marca i kwietnia 1981 roku nad Polską został uruchomiony most powietrzny, najprawdopodobniej w celu wzmocnienia Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej w naszym kraju: - To nie były loty turystyczne. W tym czasie rozpoczęto również ćwiczenia "Sojuz '81", a we wrześniu "Zapad '81" - wielkie manewry prowadzone na terytorium od Morza Czarnego do Morza Bałtyckiego.

- Daję wiarę szacunkom generała Puchały, kiedy pisze o nawet milionie wojsk Układu Warszawskiego i 25 tysiącach czołgów, które mogły interweniować w Polsce - powiedział Jerzy Eisler. - Bez trudu mogę to sobie wyobrazić, tym bardziej że do Czechosłowacji w 1968 roku skierowano siły kilka razy większe niż alianckie 6 czerwca 1944 roku. W pierwszym rzucie alianci wysłali do Francji 115 tysięcy żołnierzy, wojska UW do CSRS - 450 tysięcy i 6,5 tysiąca czołgów.

Na zakończenie dyskusji wrócił wątek ograniczonej, a w zasadzie dramatycznie małej dostępności do dokumentów dotyczących stanu wojennego.

- Na materiały ze strony rosyjskiej mamy małe szanse - mówił szef Centralnego Archiwum Wojskowego doktor Czesław Andrzej Żak. - Ale polscy badacze mają szanse poszerzyć swą wiedzę o stanie wojennym, CAW przekazało bowiem Instytutowi Pamięci Narodowej 2740 teczek z dokumentami z tamtych czasów.

Profesor Jerzy Eisler prowokacyjnie zakończył debatę pytaniem: - Czy doczekamy się kiedyś amerykańskich zdjęć satelitarnych z 1980 roku, które przecież z pewnością były wówczas wykonywane, dokumentujących koncentrację wojsk radzieckich wokół naszych granic? A może tych wojsk tam nie było?.

Oddzielne pytanie, na osobną debatę brzmi: dlaczego Rosjanie nie chcą przyznać, że w 1981 roku byli gotowi do wkroczenia do Polski? Czy rację ma generał Jaruzelski, który powiedział, że historia każdego narodu jest nie tylko sumą faktów dokonanych, lecz także tych, którym udało się zapobiec? Czy Waldemar Kuczyński, który w posłowiu do publikacji WIW napisał, że najważniejsze odpowiedzi na pytania dotyczące stanu wojennego "nigdy nie padną, choćby wszystkie archiwa zostały otwarte, bo decydującym argumentem, że ZSRR by wkroczył, byłoby samo wkroczenie, zaś fakt, że tak się nie stało, nie przesądza o tym, że by się nie stało".

I dodał: - Stan wojenny będzie można piętnować albo go bronić, ale ostatecznie osądzić się go nie da.

Wojciech Kiss-Orski

Śródtytuły pochodzą od redakcji portalu INTERIA.PL

Polska Zbrojna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje