Reklama

Tajemnice poszukiwaczy podwodnych skarbów

Na morzu

Wstajemy wczesnym rankiem, kiedy większość Paceville, gdzie mieszkamy, jeszcze śpi po nocnych imprezach. Poranek wita nas chłodem, zapachem wymiocin i wszechobecnymi pustymi kubkami po alkoholu. Tak kończy się każda noc w rozrywkowej stolicy Malty.

Reklama

My z plecakami i najpotrzebniejszym sprzętem idziemy na autobus, który zawiezie nas do Sliemy. Patrick czeka na nas w centrum nurkowym, z którego będziemy wypływać. Przygotowujemy akwalung, sprawdzamy sprzęt, pakujemy wszystko do koszy i idziemy na łódź.

Po kwadransie dopływamy na miejsce. Na pokładzie cały czas pracuje sonar, jednak nic nie zauważamy. Pod wodą nie ma nic, co mogłoby przypominać samolot. Jest całkowicie pusto. Czyżby świadkowie się mylili? Cóż ludzka pamięć jest zawodna. Po ponad godzinie pływania natrafiamy na wrzecionowaty przedmiot. Może to być kadłub samolotu. Decydujemy się zejść pod wodę. Choćby po to, żeby wykorzystać powietrze zamknięte w butlach.

Zakładam na siebie akwalung, sprawdzam automat oddechowy, pluję i przecieram maskę, a na końcu ustawiam bezel w moim zegarku, żeby wiedzieć, jak długo jestem pod wodą. Rozglądam się - wszyscy są gotowi.

Prowadzi Patrick, jako najbardziej doświadczony, po nim ja i Kasia. Na końcu para Włochów. Wśród ryb schodzimy powoli na dno, które mamy około 14 metrów poniżej. Widoczność jest znakomita. Świetnie widać skały i piasek pod nami.

Niestety, kiedy do niego dopływamy nie widać nic, co przypominałoby wrak samolotu. Na dnie leży jedynie coś co wygląda jak głowica torpedy. Po bliższym zapoznaniu się z żelastwem okazuje się, że to fragment skorupy po półtonowej włoskiej bombie. Ale to nie ją widzieliśmy na ekranie sonaru. Szukamy dalej, pływając w parach po okręgu.

Nie znajdujemy nic. Po 45 minutach pod wodą rezygnujemy i wracamy na powierzchnię. Dno Morza Śródziemnego nas oszukało. Kolejna wyprawa jutro, na dziś dajemy sobie spokój. Siadamy przy kolacji i rozprawiamy, gdzie "zarzucimy sieci" kolejnego dnia.

Rezygnacja

Kolejnego dnia scenariusz niestety się powtarza. Po przeszukaniu innego rejonu nie znajdujemy nic. Na dnie nie ma choćby śladu wraku. Kończy nam się czas i fundusze. Wynajem sprzętu wcale nie jest taki tani. Nawet po sezonie.

Dajemy sobie ostatnią szansę. Schodzimy pod wodę i ponownie nic. Jedynie ryby, skały i rafa. Najciekawszym znaleziskiem jest konik morski, którego zauważył Patrick, nasz biolog morski. Próbujemy sfotografować zwierzę, ale chowa się w morskiej trawie. Wracamy na powierzchnię. Wyprawa się nie udała.

Tak bywa bardzo często. Jedynym pocieszeniem dla poszukiwaczy jest świadomość, że się próbowało. Planujemy szukać samolotu nadal. Może przeoczyliśmy jakieś dane? Może komuś pomyliły się kierunki, z których nadlatywały samoloty i wrak leży po przeciwległej stronie. Sprawdzimy to. Na razie decydujemy się na rekreacyjne nurkowanie do znanego już wraku.

HMS Maori

Wrak zatopionego w Grand Harbour przez Niemców niszczyciela typu Tribal leży naprzeciwko War Museum, około 150 metrów od brzegu na głębokości do 16 metrów. Jest częstym miejscem odwiedzin nurków. Po wojnie zalegający w porcie wrak postanowiono przeholować, aby nie zagradzał szlaku żeglugowego. Przecięto uszkodzony kadłub na dwie części i część dziobową pozbawioną wieży artyleryjskich zatopiono przy wyjściu z portu. Rufę przeniesiono dalej i zatopiono na głębinie.

Tym razem nie musimy nurkować z łodzi. Schodzimy po skalnych schodach wprost w fale przyboju. Płyniemy powoli i pojawia się pierwszy problem: Kasia ma awarię aparatu oddechowego. Patrick przewiązuje zepsuty aparat, a Kasia oddycha przez "octopusa" - awaryjny ustnik.

Wrak "Maori" wygląda niesamowicie. Potężny niegdyś okręt stoi na równej stępce. Możemy oglądać podstawy dział numer jeden i dwa wraz z resztkami osłony przeciwpodmuchowej. Widać podajniki amunicji i stanowisko dowodzenia z kabiną radiooperatora. Po drugiej stronie wraku czeka nas niespodzianka - na dnie stoi jakby nigdy nic krzesło. Po 40 minutach wypływamy. Akwalung Kasi działa jakby korzystały z niego dwie osoby. Nie możemy ryzykować, że coś się stanie. Zwłaszcza, że jesteśmy wykończeni - prądy przy brzegu są bardzo silne.

Wieczorem pakujemy się i jedziemy na lotnisko. Wcześnie rano mamy samolot do Krakowa. Później siądziemy nad dokumentacją i zaczniemy ponownie szukać zaginionego samolotu. Za rok planujemy kolejną wyprawę po Macchi.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje