Reklama

Sziszapangma - ostatni klejnot w koronie Jerzego Kukuczki

Sziszapangma liczy 8027 metrów wysokości. Jerzy Kukuczka zdobył ten szczyt 18 września 1987 r. /East News

Trzydzieści dwa lata temu - 18 września 1987 roku - Jerzy Kukuczka zdobył Sziszapangmę, ostatni z brakujących szczytów w koronie Himalajów i Karakorum. Przed nim sztuki tej dokonał tylko Reinhold Messner. “Nie jesteś drugi, jesteś wielki” - skwitował wyczyn Polaka słynny Tyrolczyk.

Reklama

Wszystko zaczęło się czterdzieści lat temu. 4 października 1979 roku, kalendarz podpowiada, że był to czwartek, Jerzy Kukuczka wraz z Andrzejem Czokiem, Januszem Skorkiem i Andrzejem Heinrichem zdobył Lhotse, czwarty najwyższy szczyt Ziemi.

Wyścig z Tyrolczykiem o koronę

Chyba nawet główny zainteresowany nie przypuszczał wówczas, że będzie to pierwszy z czternastu szybkich kroków w stronę korony Himalajów i Karakorum - elitarnego klubu wspinaczy, zrzeszającego zdobywców wszystkich ośmiotysięczników.

Reklama

W ciągu kilku kolejnych lat wysokogórskie CV himalaisty z Katowic tak się rozrosło, że hegemonia Reinholda Messnera, osamotnionego dotąd lidera wyścigu o miano pierwszego człowieka, który postawi stopę na wierzchołkach wszystkich najwyższych szczytów świata, stanęła pod znakiem zapytania. 

Tyrolczyk się przejął i jeszcze mocniej podkręcił tempo, finiszując jako pierwszy w 1986 roku. Skompletowanie korony zajęło mu 16 lat. Jedenaście miesięcy później, w czasie o połowę krótszym od konkurenta, na metę dobiegnie Jerzy Kukuczka.

Osiemnasty dzień września to okazja do wspomnienia ostatniego etapu jego - samotnego już - wyścigu, czyli prób okiełznania Sziszapangmy, a w pierwszej kolejności... chińskich urzędników państwowych. 

Pekin milczy, a ponaglany odmawia

W 1987 roku do zdobycia Jerzemu Kukuczce zostały już tylko dwa szczyty - Annapurna i Sziszapangma. O zezwolenie na drugi z nich starał się od dłuższego czasu. Na każdy teleks wysłany do chińskiego ministerstwa turystyki przychodziła odpowiedź odmowna. 

Zrezygnowany rozważał nawet zaatakowanie góry bez oficjalnego zezwolenia, ale to, jak piszą Dariusz Kortko i Marcin Pietraszewski, autorzy biografii wspinacza, miała być ostateczność. Wcześniej raz jeszcze postanowił przetestować drogę formalną. 

Miał szczęście. W Katowicach gościł akurat... chiński minister sportu.

Dzięki wsparciu oficjeli z Komitetu Kultury Fizycznej i Sportu panowie spotkali się przy suto zastawionym stole w Varietes Centrum, najmodniejszym katowickim lokalu tamtego okresu. Między toastami dyskutują o himalaizmie. Minister obiecuje pomoc, jednak powoływanie się na ich rozmowę nic nie daje. Pekin milczy, a ponaglany - odmawia.

Brakujące tysiące dolarów

Tymczasem Jerzy Kukuczka jest już po udanej wyprawie na Annapurnę. Presja rośnie, bo chińska Sziszapangma pozostaje jedynym brakującym klejnotem w jego kolekcji.

Z Himalajów jedzie na uroczystą galę. W blasku wspinacza ogrzewają się przedstawiciele władz państwowych. Ten wykorzystuje okazję i prosi o wsparcie dyplomatyczne szefa MSZ Mariana Orzechowskiego. Minister ma siłę przebicia. Chwilę później przychodzi zaproszenie z Pekinu. 

Jerzy Kukuczka wraz z prezesem Klubu Wysokogórskiego z Katowic Januszem Majerem lecą do Chin. Na miejscu muszą określić budżet wyprawy. Celują w 28 tysięcy dolarów, ograniczając wydatki do minimum. Gospodarze przecząco kiwają głowami. Za mało! Musicie mieć przynajmniej 45 tys. dolarów.  

Polacy o takiej sumie nie mogą nawet marzyć. Muszą kombinować. Zapraszają więc chińskich oficjeli do Polski na... obóz narciarski. Pokryją wydatki, w zamian oczekują niższych stawek za wyprawę. Jakimś cudem się udaje. Mogą się pakować na Sziszapangmę!


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: sziszapangma | Jerzy Kukuczka | Himalaje | karakorum

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje