Reklama

Szalony kaznodzieja Savonarola

- Ktoś jest w pokoju obok - stwierdza z niepokojem pewien florentczyk, przerywając rozmowę z żoną. Jest czerwiec 1496 r. Trzymając w dłoni prowizoryczną broń w postaci flakonu wypełnionego pachnidłem, mężczyzna powoli zbliża się do drzwi. Jego oczom ukazuje się chłopiec, który odwraca się doń i oznajmia: - Perfumy również konfiskuję!

Chłopiec jest funkcjonariuszem swego rodzaju "dziecięcej milicji". W owym czasie jej członkowie odwiedzali domostwa mieszkańców Florencji o dowolnej porze dnia i nocy, celem konfiskaty oraz późniejszego zniszczenia przedmiotów (w tym dzieł sztuki) promujących zepsucie moralne. Dlaczego to robili? Działali na polecenie Girolamo Savonaroli (1452-1498) fanatycznego kaznodziei i reformatora religijno-politycznego, którego wysiłki zmierzały m.in. do usunięcia z kościołów oraz gospodarstw domowych zbędnych, luksusowych rzeczy, a także nieprzyzwoitych i niemoralnych dzieł sztuki.

Zawód miłosny

Reklama

Początki awersji Savonaroli do społeczeństwa sięgają 1472 r. Gdy przebywał na północy Włoch, w Ferrarze, zakochał się w rozkosznej dziewczynie o imieniu Loadamia, która pochodziła z czcigodnej florneckiej rodziny Strozziów. Jednak wybranka na jego wyznanie zareagowała chłodno.

- Twój status społeczny jest zbyt niski - oznajmiła. Savonarola mógł jej wypomnieć pochodzenie z nieprawego łoża, nie zrobił tego jednak, ponieważ darzył ją wielkim uczuciem. Przyszły mnich leczył złamane serce, pisząc wiersze, w których wyrażał sprzeciw zarówno wobec funkcjonującego systemu społecznego, jak i zeświecczonego Kościoła.

W broszurze zatytułowanej "De ruina mundi" (O upadku świata) napisał: "Żyjesz w czystości i niewinności? Uważają cię za głupca. Jesteś nabożny? Mają cię za hipokrytę. Pokładasz nadzieję w Bogu? A więc jesteś prostakiem. Czynisz akty miłości? Bywasz zniewieściały".

Odszedł bez pożegnania

Rankiem 25 kwietnia 1475 r. rodzice Savonaroli (ojciec był bankierem i handlowcem) stwierdzili, że syna nie ma w domu. Początkowo nie byli zaniepokojeni, dopiero po kilku dniach nieobecności potomka zaczęli się martwić.

- Dokąd mógł pojechać? - zastanawiała się matka. Odpowiedź na jej pytanie przyniósł list, który Girolamo wysłał z klasztoru dominikanów w Bolonii. Matka otworzyła go pośpiesznie, po czym wraz z mężem zagłębiła się w lekturze.

Decyzja wstąpienia do klasztoru podyktowana została chęcią walki z ubóstwem i cudzołóstwem, które szerzą się na świecie. Gorsze są jednak nagminne bluźnierstwa wobec Boga, ponieważ uniemożliwiają odnalezienie Sprawiedliwego. Rodzice milcząc popatrzyli na siebie ze smutkiem. Chcieli przecież, aby ich syn był lekarzem.

- Czyż posiadanie dziecka będącego rycerzem Chrystusa nie jest wielką łaską? - pocieszyła męża matka Girolamo.

Zbyt nudne nabożeństwa

Już w maju 1482 r. konwent dominikanów polecił Savonaroli udać się do klasztoru San Marco we Florencji. Jego msze nie cieszyły się popularnością, ponieważ były nudne. Po pięciu latach mnich opuścił klasztor celem podjęcia studiów retoryki w Ferrarze, Pawii oraz Genui. Powrócił w 1489 r., podobno zupełnie odmieniony.

Legenda głosi, że zanim oszołomił mieszkańców Florencji elokwencją oraz pewnością siebie, przed bramami miasta spotkał tajemniczego człowieka. Nieznajomy miał stanąć na jego drodze i rzec:

- Pamiętaj, że musisz wykonywać zadania wyznaczone przez Boga. Savonarola nigdy więcej go nie zobaczył. Wierzył jednak, że odwiedził go sam Bóg, który powierzył mu misję przeprowadzenia reformy Kościoła. Okazja ku temu pojawiła się w 1494 r.

Żarliwie witał nieprzyjaciela

- Patrzcie! Bóg prowadzi wojsko. Już przybywa! Jest tutaj! Ja tego nie przepowiedziałem, lecz Pan - ogłasza Savonarola podczas jednego ze swych przemówień. W rzeczywistości nie chodziło o Najwyższego, ale o francuskiego króla Karola VIII (1470-1498).

Władca, stojąc na czele swojej armii, domagał się uznania przysługującego mu prawa do sukcesji neapolitańskiego dziedzictwa. Girolamo widział w nim narzędzie przydatne do zreformowania Kościoła. Nieskrywana sympatia, jaką darzył francuskiego monarchę, sprawiła, że zyskał wielu wpływowych nieprzyjaciół.

Kaznodzieja popadł w konflikt z Królestwem Neapolu, Wenecją, Mediolanem, cesarzem rzymskoniemieckim, królem hiszpańskim oraz rodem Medyceuszy, którzy uciekli z Florencji w obawie przed Francuzami. Co więcej, mnich znieważył także papieża Aleksandra VI (1431-1503), chociaż biskup Rzymu do tej pory go szanował.

Skuteczny negocjator

Karol VIII był dla Savonaroli prawdziwym darem niebios, ale wielu mieszkańców Florencji lękało się francuskiego króla, obawiając się przemocy, grabieży i mordów. 15 czerwca 1495 r. kaznodzieja jako przedstawiciel obywateli udał się na spotkanie z nowym władcą. Mnich poprosił, aby armia ominęła miasto, a w dalszej perspektywie, aby król dał jego mieszkańcom pracę oraz wsparł ubogich.

Król zaaprobował przedstawione prośby, a ksiądz zyskał niebywały szacunek społeczności miasta. - Wielu mężczyzn i mnóstwo kobiet nie zawahałoby się iść za nim w ogień - twierdzili świadkowie. Wielka popularność Savonaroli ułatwiła mu przekonanie mieszkańców Florencji, że zostali wybrani przez Boga celem naprawy świata.

Na kwitnące renesansowe miasto padł cień teokratyzmu, ideologii, wedle której wszystko podporządkowane jest prawu Bożemu.

Lichwiarze zwracali pieniądze

- Prałaci! Filary Kościoła! Popatrzcie na ufryzowanego księdza, jak pachnący kroczy chwiejnym krokiem z pełną sakiewką w kieszeni. Idźcie do jego domu. Zobaczycie tam stoły uginające się pod ciężarem sreber! - grzmiał Savonarola.

- Myślicie, że on otworzy wam wrota Bożego domu? Miażdżąca krytyka spotkała się z odzewem. Wszyscy mieszkańcy Florencji żarliwie się modlili, kobiety przestały nosić ozdoby, a lichwiarze zwracali nieuczciwie zarobione pieniądze.

Prostytutki musiały się spakować

Był rok 1497. Do przygotowanego stosu podchodziły dzieci, trzymając w dłoniach przedmioty uznane za nieprzyzwoite. W płomieniach kończyły karty do gry, pachnidła, piłki, obrazy, książki oraz wiele innych. Zgodnie z opinią Savonaroli młodzi ludzie byli idealnym narzędziem realizacji odnowy moralnej. Ich niewinne twarze zachęcały do modlitwy, były również przydatne w czasie zbierania jałmużny, czy też likwidacji zbędnych przedmiotów o charakterze świeckim.

Dziecięca policja wdzierała się do domów mieszkańców Florencji. Bez skrupułów przetrząsano rzeczy osobiste obywateli, przy czym wszystkie podejrzane przedmioty były konfiskowane. Co prawda niektórzy śmiałkowie próbowali bronić swojego majątku, ale zazwyczaj karani byli chłostą, a w niektórych przypadkach nawet śmiercią.

Savonarola zachęcał młodych współpracowników do większego wysiłku słowami: - Miast zabawie, poświęcajcie swój czas użytecznej pracy. Chcąc uzdrowić sytuację w mieście nakazał dodatkowo: - Zamknijcie gospody i domy publiczne. Wygnajcie z miasta kobiety lekkich obyczajów!

Próba ognia nie odbyła się

Savonarola w swoich kazaniach coraz częściej krytykował papieża Aleksandra VI. 13 maja 1497 r. biskup Rzymu ukarał go za sprzeczne z linią Kościoła poglądy ekskomuniką. Oczywiście, kaznodzieja nie zaakceptował tego faktu. Zgodnie z wolą mieszkańców Florencji, miał udowodnić, że poglądy, które głosi, są rozpowszechniane z woli Bożej.

7 kwietnia 1498 r. w ramach procedury sądu bożego na florenckim placu Piazza Della Signoria wybudowano stos. Przejście Savonaroli przez płomienie bez uszczerbku miało zobligować mieszkańców do zaakceptowania głoszonej przez niego prawdy. W sytuacji, gdyby nie udało mu się tego dokonać, byłby to sygnał, że kłamie.

Ostatecznie próby nie przeprowadzono ze względu na opór dominikanina oraz z powodu padającego deszczu. Savonarola stracił więc w oczach florentczyków wiarygodność. Później został uwięziony, a następnie postawiony przed sądem inkwizycyjnym. Mimo nieludzkich tortur, jakim był poddawany, trwał w swoich przekonaniach aż do końca.

Heretyk czy pobożny

Jego śmiałe, wręcz bezczelne zachowanie względem przełożonych w hierarchii kościelnej tylko pogarszało jego sytuację. 23 maja 1498 r. wraz z dwoma innymi mnichami został oskarżony o herezję, a następnie stracony na Piazza della Signoria.

Mimo brutalnej eliminacji Savonaroli historyk Francesco Guicciardini (1483 - 1540) wspomina go z podziwem, mówiąc: - We Florencji nigdy nie było tyle dobra i pobożności jak w jego czasach.

Dominika Eliasz

21 wiek

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: ksiądz | miłość | uczucie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje