Reklama

Rajd straceńców. Ta akcja nie miała prawa się udać

We wrześniu 1943 roku alianccy komandosi dokonali udanego ataku na port w Singapurze. Podobny rajd jesienią następnego roku zakończył się śmiercią wszystkich jego uczestników.

Od 15 lutego 1942 roku nad Singapurem, najpotężniejszą brytyjską bazą morską na Dalekim Wschodzie, powiewała flaga Imperium Wschodzącego Słońca. Japońscy okupanci czuli się tam bezpiecznie, ponieważ wyspa była oddalona o tysiące kilometrów od terenów walk z aliantami. Byli ogromnie zaskoczeni, gdy rankiem 27 września 1943 roku wybuchy wstrząsnęły siedmioma jednostkami stojącymi w singapurskim porcie. Japończycy uznali atak za dzieło miejscowego ruchu oporu, tymczasem magnetyczne miny do kadłubów japońskich jednostek podwiesiło sześciu śmiałków, którzy w trzech składanych kajakach wpłynęli niepostrzeżenie do portu.

Śmiały plan

Reklama

Wyprawa komandosów nie była łatwa, ponieważ Singapur od Australii dzieliło kilka tysięcy kilometrów wód kontrolowanych od wiosny 1942 roku przez Japończyków. Brytyjski oficer major Ivan Lyon i australijski cywil William Roy Reynolds byli jednak pewni, że grupa żołnierzy płynąca jednostką miejscowej konstrukcji ma szanse przedostać się z Indii w rejon Półwyspu Malajskiego, ponieważ im udało się wydostać z obleganego Singapuru.

Ich pomysł zyskał akceptację głównodowodzącego siłami brytyjskimi na Dalekim Wschodzie generała Archibalda Wavella. Uznał on jednak, że rajd należy przeprowadzić z Australii, ponieważ na południu Oceanu Indyjskiego aktywność floty japońskiej jest mniejsza niż na północy. Wavell wysłał Lyona ze swymi listami polecającymi do wpływowych osób na antypody. Tak zaczęły się przygotowania do operacji "Jaywick".

Rajd na Singapur mieli przeprowadzić komandosi i marynarze z Services Reconnaissance Department, lepiej znanego jako Jednostka Specjalna Z czy Z Force. Utworzono ją w tajemnicy w czerwcu 1942 roku z myślą o prowadzeniu działań wywiadowczych i sabotażowych na terenach okupowanych przez Japończyków. Była zbrojnym ramieniem powstałej w marcu 1942 roku specjalnej służby Special Operations Australia, którą w połowie tego samego roku włączono do nowo utworzonego Alianckiego Biura Wywiadu (Allied Intelligence Bureau). Obok Australijczyków w szeregach Z Force znaleźli się też Brytyjczycy, Nowozelandczycy i Portugalczycy z Timoru Wschodniego.

Do operacji "Jaywick" wybrano 14 żołnierzy (w tym dziesięciu marynarzy), a dowódcą został jej pomysłodawca major Lyon. W grupie dominowali Australijczycy, ale było też czterech Brytyjczyków. Najstarszy uczestnik operacji miał 43 lata, ale większość żołnierzy biorących w niej udział stanowili dwudziestolatkowie. Pierwsi z nich zaczęli szkolenie w obozie jednostki specjalnej w Refuge Bay w Nowej Południowej Walii już na początku września 1942 roku. Wszyscy uczestnicy rajdu na Singapur przeszli też trening w stanie Queensland. Generalnym sprawdzianem była nocna akcja w porcie w Townsville, w którym komandosom udało się umieścić atrapy min na kadłubach 15 jednostek, czym wprawili w konsternację ich ochronę.

Jako środek transportu uczestnikom operacji "Jaywick" miała posłużyć jednostka dumnie nazwana "commando boat". Faktycznie była to sprowadzona z Indii niewielka, 21-metrowa łódź rybacka "Krait" o wyporności kilkudziesięciu ton. Problem stanowiła mała prędkość, z jaką się poruszała - zaledwie 6,5 węzła - co oznaczało, że podróż w jedną stronę będzie trwała ponad dwa tygodnie.

48 dni w morzu

"Krait" wypłynął z Exmouth 2 września 1943 roku i obrał kurs na cieśninę między indonezyjskimi wyspami Bali i Lombok. Na maszt wciągnięto japońską banderę. Ludzie na pokładzie łodzi pomalowali swoje ciała na brązowo, a włosy na czarno. Mundury zamienili na sarongi, czyli spódnice upięte z jednego płata tkaniny. Z daleka mogli wyglądać jak miejscowi rybacy. By kamuflaż był skuteczny, postarano się, aby "Krait" został wyposażony w jak najwięcej oryginalnych japońskich przedmiotów - od okularów, poprzez garnki, po szczoteczki do zębów.

Te zabiegi na niewiele jednak by się zdały, gdyby kapitan jakiegoś japońskiego patrolowca okazał się bardziej dociekliwy - żaden z uczestników operacji nie znał bowiem lokalnych języków. Dlatego załoga robiła wszystko, by nie zwracać na siebie uwagi.

19 września 1943 roku "Krait" pojawił się w pobliżu Singapuru. Sześć osób z trzema kajakami, minami magnetycznymi i zapasami przepłynęło z niego na wyspę Panjang. Do samoobrony każdy z komandosów miał rewolwer ze 100 nabojami, nóż i gumową pałkę. Dostali też pastylki z cyjankiem, które mogli użyć w razie ostateczności. Zespół uderzeniowy dostał 12 dni na przedostanie się do portu i zatopienie jak największej liczby wrogich statków. "Krait" pod dowództwem porucznika Huberta Edwarda Carse’a oddalił się w kierunku Borneo.

Komandosi w wyładowanych po brzegi kajakach zaczęli przemieszczać się w kierunku portu. Pierwszą, nieudaną próbę ataku podjęli w nocy z 24 na 25 września z wyspy Dongas. Ich nowym obozowiskiem była wysepka Subar. Kolejna okazja na przeprowadzenie sabotażu nadarzyła się w nocy z 26 na 27 września 1943 roku, czyli w ostatnim terminie, kiedy mogli wykonać zadanie i zdążyć na spotkanie z "Kraitem".

Trzy dwuosobowe kajaki przeciążone minami przeniknęły do portu i skierowały się ku wybranym wrogim statkom. Los sprzyjał aliantom. Żaden Japończyk nie wypatrzył ich i nie wszczął alarmu. Komandosi przyczepili miny do kadłubów siedmiu statków i niezauważeni odpłynęli.

Rankiem 27 września 1943 roku singapurskim portem wstrząsnęły potężne eksplozje i prawdopodobnie zostało zatopionych sześć statków. Komandosi przeczekali na wysepkach Batam i Dongas japońskie poszukiwania sabotażystów, a potem popłynęli w kierunku wyspy Pompong na spotkanie z "Kraitem".

Gdy wszyscy uczestnicy rajdu na port znaleźli się na pokładzie, łódź ruszyła w drogę powrotną, ku wybrzeżom Australii. Alianccy wojskowi zachowywali czujność, ponieważ sądzili, że po sabotażu w Singapurze Japończycy staną się bardziej podejrzliwi. Ci jednak nie przypuszczali, że statki zatopili komandosi, którzy przybyli aż z Australii. Posądzali o to Malajów i stanowiących większość mieszkańców wyspy Chińczyków. "Krait" przepłynął cieśninę Lombok i zawinął do Exmouth 19 października 1943 roku. Rejs, podczas którego pokonał 5000 mil morskich, trwał 48 dni, w tym 33 po wodach kontrolowanych przez wroga.

Tragiczna powtórka

Sprawę singapurskiego rajdu alianci zachowali w ścisłej tajemnicy, a rozochoceni sukcesem operacji "Jaywick" członkowie Jednostki Specjalnej Z postanowili przeprowadzić kolejny taki atak. Tym razem zrezygnowano jednak z ryzykownego rejsu rybacką łodzią z Australii. Według nowej koncepcji, komandosów miał dostarczyć w pobliże Singapuru okręt podwodny. Mieli oni opanować jakąś jednostkę rybacką. Komandosi dostali też nowy sprzęt -"sleeping beauty", czyli jednoosobowe motorowe podwodne kanoe. Zanurzały się one na głębokość 15 metrów i miały zasięg 40 mil morskich.

Operacja "Rimau" rozpoczęła się 11 września 1944 roku, gdy bazę morską Garden Island koło Perthu opuścił brytyjski okręt podwodny HMS "Porpoise", który zabrał 23 komandosów. Wśród nich było sześciu weteranów operacji "Jaywick" - awansowany na podpułkownika Lyon, komandor porucznik David Davidson, kapitan Robert Page oraz marynarze Walter Falls, Frederick Marsh i Andrew Huston. Osiemnastu uczestników było Australijczykami - 14 z wojsk lądowych i czterech z rezerwy marynarki wojennej.

28 września 1944 roku indonezyjski statek "Mustika" został zatrzymany przez okręt podwodny. Dziewięcioosobową załogę "Mustiki" zabrano na pokład "Porpoise" i przetransportowano później do Fremantle w Australii. Na statek zaś przeniesiono zapasy i pojazdy komandosów. Ustalili oni z podwodniakami, że ci przybędą po nich w nocy z 7 na 8 listopada 1944 roku w rejon wyspy Merapas, na której zamierzali utworzyć główną bazę. Umówili się również, że gdyby nie udało im się skontaktować w tym terminie, druga próba nastąpi do 8 grudnia 1944 roku.

Plan miał jeden słaby punkt - "Mustika" była żaglowcem. Do nieszczęścia doszło 10 października 1944 roku, gdy komandosi byli blisko celu wyprawy. Wtedy do statku zbliżyła się japońska łódź patrolowa. Niestety komuś z "Mustiki" puściły nerwy i otworzył ogień. Co prawda zastrzelono trzech lub czterech członków japońskiej załogi, ale co najmniej jeden uciekł i wróg dowiedział się o obecności komandosów.

W tej sytuacji musieli oni zniszczyć żaglowiec z większością zapasów i sprzętu. Lyon postanowił podzielić swych ludzi na cztery grupy. Kanoe z komandosami zaczęły płynąć do punktu spotkania z okrętem podwodnym. Prawdopodobnie jedna z tych grup zaatakowała singapurski port - w nocy 10 października 1944 roku miała tam miejsce eksplozja, która zniszczyła trzy jednostki.

O tym, że uczestnicy operacji "Rimau" mogą mieć kłopoty, bardzo szybko dowiedziano się w Australii z przejętej przez wywiad japońskiej korespondencji radiowej. Natychmiastowa akcja ratownicza mogłaby jednak zdradzić Japończykom, że alianci złamali ich tajne kody. Dlatego zapadła decyzja o zachowaniu dotychczasowych terminów ewakuacji.

Tymczasem sytuacja komandosów z dnia na dzień była coraz gorsza. 16 października 1944 roku co najmniej trzy grupy spotkały się na wysepce Soreh koło wyspy Mapur. Tam doszło do pierwszego starcia komandosów z japońskim patrolem. Zginęli wtedy Lyon i porucznik Robert Ross, a dwaj inni żołnierze zostali ranni. Komandor porucznik Davidson i kapral Archibald Campbell popełnili samobójstwo na wysepce Tapai, kiedy 18 października dopadli ich Japończycy. Ci zaś 4 listopada 1944 roku wykryli też obozowisko komandosów na Merapas i w walce zginęło dwóch aliantów.

Siedemnastu pozostających przy życiu uczestników rajdu podzieliło się na dwie grupy i ruszyło na inne wyspy. Jedna grupa pojawiła się w nocy 7 listopada w umówionym miejscu spotkania, ale mający ich ewakuować HMS "Tantalus" nie przybył. Obecni na jego pokładzie członkowie Z Force, gdy na Merapas dotarli w nocy 22 listopada 1944 roku, stwierdzili, że obozowisko komandosów zostało w pośpiechu porzucone. Tymczasem ci, którzy przeżyli starcie z Japończykami, próbowali uciekać na południe, przedostając się z wyspy na wyspę. Dwóm z nich udało się dotrzeć aż na Timor, ale zostali schwytani, jednego złapano na Borneo i przewieziono na Jawę, żeby poddawać różnym eksperymentom medycznym, trzej utonęli, jedenastu trafiło do więzienia w Singapurze - spośród nich jeden zmarł na malarię, pozostałych 3 lipca 1945 roku japoński sąd wojskowy skazał na karę śmierci i cztery dni później ich ścięto. Losy i miejsca wiecznego spoczynku uczestników operacji "Rimau" ustalano przez kilkadziesiąt lat. I nadal nie ma pełnej wiedzy o niektórych z komandosów.

Tadeusz Wróbel

Polska Zbrojna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje